Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pierścionek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pierścionek. Pokaż wszystkie posty

piątek, kwietnia 06, 2018

Kamień Miesiąca

Kamień Miesiąca
Do trzech razy sztuka.
Fluoryt, który był kamieniem stycznia zwyczajnie mi nie leżał, za to lapis lazuli - kamień lutego, to jeden z moich ulubionych, ale co ja na to poradzę, że luty jest taki krótki? W dodatku połowę ukradły ferie 😒. Może zastanawiacie się o czym ta kobita bełkocze? Otóż dla tych, co nie wiedzą: sklep Skarby Natury ogłosił w tym roku cykliczny konkurs na biżuterię z kamieniami. Co miesiąc ogłaszany jest nowy Kamień Miesiąca. Pomysł bardzo mi się spodobał, ale dopiero za trzecim podejściem udało mi się coś zrobić, w dodatku wcale nie to, co miałam na myśli do początku. Pomysł pierwotny musiałam zarzucić, bo mimo wielu prób nie udało mi się zdobyć ogniwek, które nadały by się do jego realizacji. Na szczęście hematytów ci u mnie dostatek i w dodatku one, jak mało które kamienie pasują do chainmaille. A właśnie hematyt był Kamieniem Marca.
No, dobra, wystarczy już tego przydługiego wstępu, pora na prezentację. Oto mój "Skarb Laprehauna":

Początkowo miał być tylko naszyjnik z kolczykami, ale w miarę powstawania komplet rozrósł się co nieco.


Duże hematytowe koło kupiłam kiedyś z zamiarem zrobienia z niego kolejnego chainmaillowego łapacza snów, ale nie zdążyłam się za niego zabrać. Razem z kołem zakupiłam małe walce na "frędzelki", a te śliczne fasetowane kulki, które wykorzystałam do elementów Romanov, dostałam w prezencie od Royal-Stone za udział w akcji Polecam Royalove.


Koło jest naprawdę bardzo duże i zdecydowałam, że zamiast zwykłej "bródki" zrobię bardziej rozbudowane dyndadełko. Składa się więc na niego: Romanov, Mobiusek i trójkątna bródka z Euro 4in1.


Nie chciałam robić z tego tylko zwykłego wisiora, więc od góry koła zaczęłam budować nośnik naszyjnika. Zaczęłam od kompilacji splotu Butterfly z Romanovem, a dalej to już kombinacja Mobiusków z kulką w środku, pojedynczych elementów Byzantine i hematytowych walców. Obwód uzupełnia kilka odcinków cienkiego łańcuszka, dających możliwość regulacji długości.



Ponieważ naszyjnik jest bardzo długi, to dla urozmaicenia dodałam do niego "poprzeczkę", a właściwie dwie. Zwisający na dolnej z nich Romanov nawiązuje optycznie do wydłużonego charakteru całego naszyjnika. To pomysł mojej córki.


Podobnie jak to dyndadełko w naszyjniku wyglądają kolczyki, są tylko odrobinę mniejsze.


Są bardzo lekkie, ale na wszelki wypadek zawiesiłam je na zamkniętych biglach, żeby przypadkiem nie wybrały się gdzieś na samotną wycieczkę z ucha przeznaczenia 😉.


Małe hematytowe kółka miały być bazą kolczyków - łapaczy, ale stwierdziłam, że są za małe, za grube, a w dodatku matowe i nijak nie będą pasować do naszyjnika, wylądowały więc w bransoletce.


Połączyłam je Romanovem, takim samym, jak w pozostałych elementach kompletu.


Do wymaganej długości uzupełniłam bransoletkę podobną kombinacją splotów, jak w nośniku naszyjnika.


No i wreszcie ostatni element kompletu - pierścionek.


Prawdę mówiąc pierwotnie nie było go w planach, ale organizatorka konkursu z nadzieją pytała, czy może ktoś zrobi pierścionek, czy znowu będą prawie same naszyjniki? Jak wiecie mnie wiele nie potrzeba, więc dorobiłam ten pierścionek do kompletu. Zresztą ostatnio złapałam fazę na chainmaillowe pierścionki, więc...


Oczko stanowi Romanov, a obrączkę wyplotłam splotem Half Persian 4 in 1. Trochę się nagimnastykowałam, żeby połączyć je w sposób zadowalający, ale chyba w końcu mi się to udało.


I tak oto rozrósł mi się ten konkursowy komplecik. Bardzo trudno było mi go sfotografować, bo moje wszystkie ekspozytory okazały się zbyt krótkie. W końcu ustawiłam "półgłowę" na takiej dziwnej konstrukcji, którą przykryłam fotograficznym czarnym tłem i tak wygląda chyba najlepiej, choć i tak naszyjnik musiałam do zdjęcia skrócić znacząco. Chyba muszę pomyśleć nad jakimś manekinem.


Na koniec jeszcze kilka szczegółów technicznych: wszystkie ogniwka to własnoręcznie cięte bright aluminium, ale rozmiarów nie pamiętam. Wykończenia (zapięcia, bigle, itp) to stal chirurgiczna. Duże hematytowe koło ma 4 cm średnicy, a te mniejsze po 1,6 cm. Oprócz tego jest tu 26 hematytowych walców 3x5 mm i 29 fasetowanych kuleczek 4 mm.
Długość naszyjnika (po złożeniu na pół) to od 43,5 do prawie 50 cm; długość kolczyków bez bigla to 6 cm (7 cm z biglem); obwód bransoletki = ok. 17 cm; a rozmiar pierścionka to 19.
Cały naszyjnik waży 29 g, z czego chyba ponad połowa to hematytowe koło; bransoletka to 7,45 g; kolczyki 2,2 g każdy i pierścionek niecałe 1,6 g.
Właściwie to jeszcze powinnam się wytłumaczyć z nazwy, którą nadałam mojej pracy. Hematyty są tęczowe, a wiadomo co kryje się na końcu tęczy - garniec złota, którego strzeże złośliwy skrzat Leprehaun (to też pomysł córki).

Zapraszam Was do przeglądania konkursowego albumu na Facebooku, bo prace są na prawdę piękne i jest co podziwiać. A jeśli i mój komplecik przypadł Wam do gustu to nieśmiało proszę o polubienie, tutaj.

piątek, września 04, 2015

Granat z labradorytem?

Granat z labradorytem?
Przeglądając wersje robocze moich postów na Bloggerze wpadłam na coś, co jest gotowe już od dawna i prawdę powiedziawszy byłam pewna, że już to opublikowałam. Tymczasem post czekał cały czas na wstawienie zdjęć, które również już dawno były zrobione. Prawdopodobnie poległam na ich obróbce. Nie da się ukryć, że to było spore wyzwanie. Zdjęcia nie są najwyższych lotów, ale już nie robiłam kolejnych, bo póki co nie ma widoków na lepsze światło, a te kryształki są wyjątkowo trudne do fotografowania. Największy problem miałam ze złapaniem właściwego kontrastu - tutaj wszystkie elementy się błyszczą, z tym że każdy inaczej. Być może rozwiązaniem byłby namiot bezcieniowy, ale jeszcze się nie dorobiłam tego dobrodziejstwa ;-D

Od pewnego czasu chodziło za mną połączenie granatu z labradorytem, najchętniej w formie gronek - mam do nich słabość. Minerały te nie należą do najtańszych, więc opędzałam się od tej myśli, ale w końcu uległam. Jednak zastosowałam opcję oszczędnościową. Wspomniane kamyczki udają kryształki Fire Polish w kolorach Garnet i Black Diamond AB. Wydaje mi się, że dają radę. A Wy jak się myślicie?


Zrobiłam alternatywną wersję, taką na bogato do mojego szarego lariatu. Wykonałam cztery identyczne gronka - dwa jako dyndadełka, dwa jako kolczyki.


Gronka są bardzo delikatne. Zastosowałam malutkie kryształki - głównie 3 i 4 mm.


Do kompletu zrobiłam też bransoletkę.


To trzy sznury (a może łańcuchy) z kryształków z małymi elementami chainmaille, połączone magnetycznym zapięciem typu slide (moje ulubione):


W wersji bardziej stonowanej świetnie spiszą się koralikowe bransoletki bangle w kolorach granatu, szarości lariatu i czegoś pod kolor ubrania. Na przykład takie zestawienia:


Szukając zapięcia do bransoletki natknęłam się na kompletnie zapomnianą bazę pierścionka z sitkiem. Tak więc zrobiłam i pierścionek.


Teraz mam już kompletną wersję z lariatem na bogato.


Mam w głowie jeszcze wisiorek, który mogłabym nosić do krótkiego sznura, albo łańcuszka, ale z pewnych względów będzie musiał trochę poczekać na swoją kolej.

Lista materiałów: Kryształki Fire Polish w kolorze Garnet (3 mm i 4 mm) oraz w kolorze Black Diamond AB (3 mm, 4 mm i 6mm); FP Donuts 5x3 mm w kolorze Dark Garnet; bigle otwarte ze stali chirurgicznej, pozostałe półfabrykaty (szpilki, łańcuszki, ogniwka, zapięcie slide, baza pierścionka z sitkiem) posrebrzane.

Na koniec chciałam Wam jeszcze pokazać jak piękny był u nas w zeszłą sobotę księżyc - Superksiężyc. Niedługo po wschodzie pomimo, że był już co nieco ponad linią horyzontu nadal był wielki i pomarańczowy, a w dodatku wstydliwy. Próbował się okryć strzępkami chmur, które przemykały po niebie.


poniedziałek, czerwca 29, 2015

Makrama - zadanie pierwsze

Makrama - zadanie pierwsze
Ostatnio nastała moda na wspólną naukę różnych technik. Gdyby to była zima, to pewnie spróbowałabym się zmierzyć z kilkoma z nich. Niestety o tej porze roku nie jest to takie łatwe. Jednak kiedy Aisha zaprosiła na wspólną naukę makramy, to nie wytrzymałam i zgłosiłam się. Nie jest to dla mnie całkiem nowa technika. Przeżyłam już jeden boom na makramę, który zagościł w Polsce gdzieś tak na przełomie lat 70/80 ubiegłego wieku (Jezu, jak to brzmi!). Plotło się wtedy głównie duże formy: torby na zakupy, osłonki na doniczki i takie tam, ale były też elementy biżuteryjne jak: bransoletki, naszyjniki w stylu indiańskim, paski. Używałam wtedy głównie grubych lnianych nici szewskich i sizalowego sznurka do snopowiązałek pracowicie odzyskiwanego z balików siana dla koni ;-) No i oczywiście koralików, głównie drewnianych. Operowałam przede wszystkim węzłem płaskim. Bransoletek typu shambala zrobiłam sporo i dawniej i ostatnio. Dlatego postanowiłam się trochę zabawić tematem pierwszego zadania. Ale najpierw banerek:


Pomysł chodził za mną już do dawna, tylko jakoś dotychczas nie było pretekstu, żeby go zrealizować. Ten pomysł to połączenie dwóch technik: makrama + wire-wrapping. Tak powstał ten oto shambalowy pierścionek:


Zrobiłam szkielet z posrebrzanego drutu grubości 0,8 mm, na który nawlekłam 3 kulki hematytu o średnicy 4 mm.


Następnie oplotłam dookoła makramowymi węzłami płaskimi z 3 mm drucika, również posrebrzanego. Tak te sploty wyglądają z bliska:


Żeby nie było wątpliwości, że to faktycznie pierścionek - tak prezentuje się na palcu:


Osiągnięty efekt spełnił moje oczekiwania, dlatego z pewnością sięgnę jeszcze kiedyś po ten mariaż technik. A Wy co sądzicie o takim eksperymencie?
Jako, że nie mam całkowitej pewności, czy pierścionek ten można zakwalifikować jako spełniający założenia zadania pierwszego, dlatego na wszelki wypadek zrobiłam też bransoletkę.


Postanowiłam powrócić do źródeł i zastosowałam surowy lniany sznurek i turkusowe drewniane koraliki.


Nie udało mi się znaleźć mojego starego sznurka (na pewno gdzieś jeszcze jest, tylko gdzie?), więc kupiłam takowy w markecie budowlanym. I wiecie co? Pod względem jakości daleko mu do tego starego. Po kilkakrotnym przesunięciu po nim koralików tak się zaczął rozłazić, że z obawy o trwałość bransoletki musiałam trochę zmodyfikować koncepcję i jako rdzenia użyłam zwykłego sznurka woskowanego.


Bransoletka jest zamknięta z klasycznym shambalowym systemem regulacji obwodu. Pomiędzy jego węzłami również umieściłam koraliki.


Mam zamiar przy okazji kolejnych zadań w zabawie dorobić jej jakieś towarzystwo do kompletu.
Jeszcze przed zrobieniem zdjęć bransoletka przeszła test bojowy, zaliczając na mojej ręce całodniowy rowerowy wypad do Puszczy Niepołomickiej. Zniosła to bardzo dzielnie i bez uszczerbku na zdrowiu - w przeciwieństwie do mnie, ale czego się spodziewać, kiedy po prawie 20 latach rozbratu z rowerem robi się od razu 60 km wycieczkę, całe szczęście po płaskim. Ale dziś wieczorem odważyłam się już zejść do piwnicy (a schody mam strome) i kolanka mnie uniosły, więc chyba będę żyć ;-)
Wycieczka okazała się nader udana, bo po raz kolejny okazało się, że "telewizja kłamie". Wszystkie media zgodnie podawały, że w niedzielę w całej Polsce ma lać od rana do wieczora. Tym czasem zaliczyliśmy tylko kilka słabych przelotnych deszczyków, które prawie w całości zostały wyłapane przez gęste puszczańskie listowie i jedną krótką ulewę, którą również przeczekaliśmy pod drzewami na skraju lasu (prawie na sucho). Za to jakieś 100 m od nas wyglądało to tak:


Żubrów nie widzieliśmy, ani czarnego bociana, tylko dwa zaskrońce i wielkie stado "zwykłych" białych bocianów na łące. Niestety nie przyszło mi głowy, żeby zrobić im zdjęcia, więc dokumentacji nie ma. Za to dzięki takiej, a nie innej pogodzie w ogóle nie było komarów, co w tamtym rejonie jest prawie niespotykane.

piątek, czerwca 05, 2015

Komplet pomarańczowo fioletowy - epilog

Komplet pomarańczowo fioletowy - epilog
W ramach likwidacji półUFOków uzupełniłam mój trochę szalony pomarańczowo-fioletowy komplet o ostatnie dwa elementy, czyli naszyjnik i pierścionek. Dla przypomnienia: pierwsze były te kolczyki wykonane na lutowe Cykliczne Kolorki u Danutki, potem bransoletka na wyzwanie "Kwiecień plecień" w Craft Style.
Do naszyjnika wykorzystałam największą bryłkę masy perłowej, jaką miałam i oplotłam ją drucikami podobnie ja kolczyki, lecz zgodnie z sugestiami komentujących z większą ilością macek (bo co poniektórym kolczyki skojarzyły się z ośmiornicą). Z oplotem starałam się wpasować w naturalne kształty bryłki:


W nawiązaniu do bransoletki zamiast krawatki wyplotłam trójkątny chaimaillowy element i zawiesiłam na łańcuszku własnej roboty:


Co do łańcuszka, to "odkryłam" tę formę niechcący przy okazji bransoletki i tak mi się spodobała, że pomimo iż już od dawna miałam gotowy makramowy sznurek do powieszenia tego wisiorka to jednak zmieniłam zdanie. Było z nim trochę zabawy. Ale przynajmniej dzięki niemu po raz pierwszy od lat obejrzałam (no, może raczej wysłuchałam) całą galę Eurowizji, od deski do deski. Zaopatrzyłam się w zwój miedzianego drutu, miedziane koraliki i taki oto zestaw narzędzi:


Może Was zdziwić ten ogryzek pilniczka do paznokci, ale wierzcie mi - nie ma lepszego narzędzia do wyrównywania końcówek drutu. Koniec konkursu zastał mnie z takim pobojowiskiem:


Dokończyłam łańcuszek nazajutrz i okazało się, że w rozpędzie przygotowałam dwa razy tyle ogniwek, jak było mi potrzeba. Nie ma więc wyjścia, trzeba będzie jeszcze coś z niego zrobić ;-)
A tak prezentuje się naszyjnik razem z kolczykami:


I na ekspozytorze:


Ostatnim brakującym elementem był pierścionek. Tym razem wybrałam jedną z najmniejszych bryłek. Również starałam się wykorzystać jej naturalną strukturę. Wyszło takie coś:


I na palcu:


Całość jest psychodelicznie wręcz kolorowa:


Na szczęście na ludziu są znacznie większe odległości pomiędzy poszczególnymi elementami kompletu i nie sprawia on wrażenia aż takiej pstrokacizny.

Wykorzystane materiały: bryłki pomarańczowej masy perłowej, drut miedziany 8 mm i miedziany powlekany na fioletowo 4 mm, koraliki Metal Seed Beads 11/0 Copper, ogniwka miedziane o średnicach: 5 i 6 mm. Narzędzia - jak na załączonym obrazku. Poza tym kilka milimetrów paznokcia i parę odcisków na palcach.

piątek, maja 15, 2015

Trójkąt

Trójkąt
Wypowiedziałam wojnę UFO. Ale nie mam tu na myśli klasycznych UFO-ków, takich które kiedyś zaczęło się robić, ale z jakichś powodów wylądowały w szufladzie. Podeszłam do tematu bardziej kompleksowo. To są raczej takie półUFOki, ale mimo to spać nie dają. Już wyjaśniam o co chodzi. Jeśli ktoś zagląda do mnie czasem to wie, że mam coś w rodzaju obsesji - jestem kompletomaniaczką. Zresztą z tego powodu zaczęłam w ogóle wykonywać biżuterię. Jednak czasem tak się składa, że zrobię tylko jeden element kompletu, np. na wyzwanie. Wtedy zaraz zaczyna chodzić mi po głowie "co by tu jeszcze?". Często z powodu chwilowego braku materiałów lub czasu nie mogę zabrać się za to od razu, jednak męczy mnie to na tyle intensywnie, że projekt rodzi się w mojej głowie dość szybko. Przy najbliższej okazji zaopatruję się w potrzebne materiały, które tylko czekają na swój czas. I w ten sposób nazbierało mi się już takich półUFOków co nieco.
Na pierwszy ogień poszedł trójkąt, a to za sprawą tego wyzwania w Szufladzie:


Zawsze lubiłam geometrię i rysunek techniczny. Może to trochę nietypowe jak na kobietę, ale nigdy nie miałam problemów z wyobraźnią przestrzenną. W biżuterii też chętnie wykorzystuję proste formy geometryczne.
Jedną z najbardziej fascynujących figur geometrycznych jest jak dla mnie trójkąt równoboczny. Nie dość, że sam w sobie jest już ciekawy, to jeszcze daje tyle możliwości konstruowania bardziej rozbudowanych kształtów. O ten kształt oparłam też komplet zbudowany wokół bransoletki medalowej. Pamiętacie ją jeszcze? To było już dość dawno temu (ponad rok). Bransoletka ma trójkątny przekrój. Zrobiłam do niej jeszcze kolczyki - piramidki w kształcie czworościanów foremnych, miało być też coś na szyję, ale brakło koralików. Bo pomysł oczywiście był. Nabrał mocy urzędowej i oto w końcu jest - wisior, oczywiście w kształcie trójkąta równobocznego.


To klasyczny trójkąt peyote. Zastosowałam taki sam wzór, jak w podstawach moich piramidkowych kolczyków:


Po drugiej stronie nie chciałam robić takiego samego, więc padło na centrycznie rozmieszczone trójkąty w "medalowych" kolorach:


Zazwyczaj "naszyjne" trójkąty wolę w położeniu "czubkiem w dół", ale tym razem zrobiłam odwrotnie czyli "czubkiem w górę". Krawatkę również wyplotłam peyotem:


Zawiesiłam go na średniej grubości czarnym okrągłym rzemieniu:


Tak się rozpędziłam, że zrobiłam jeszcze pierścionek. Kolory te same, wzór również, tylko koraliki jakby mniejsze (a nawet najmniejsze):


Początkowo miał być na metalowej bazie, ale po przymierzeniu się do kilku i tak wyplotłam całość z koralików. Co ja poradzę na to, że nie lubię metalowych baz?


Z wisiorem miałam trochę przebojów, a to za sprawą urywającej się nitki. Właściwie to nawet nie urywającej się, tylko przecinanej. Same trójkąty wyplotłam błyskawicznie i bezproblemowo. Schody zaczęły się przy próbie zszycia obu w całość. Nie pamiętam, żeby kiedyś tyle razy urwało mi nitkę na tak krótkim szwie. Musiałam zabawić się w detektywa. Długo nie mogłam wyczaić, który to koralik tak rozrabia, tym bardziej, że podejrzewałam raczej któryś z metalicznych, a winowajcą okazała się jedna z magatamek. Potraktowałam ją pilnikiem i pomogło. No właśnie magatamki: zastosowanie ich na krawędziach miało być nawiązaniem do bransoletki i kolczyków, ale nie był to zbyt udany eksperyment i raczej go już nie powtórzę. Nie układają się najlepiej, są takie trochę zwichrzone.


Półkomplet - wisior z pierścionkiem zgłaszam na wyzwanie Szuflady, a całość prezentuje się następująco:


Wykorzystałam koraliki w kolorach: PFG Starlight, PFG Aluminium, Bronze i Opaque Jet. Na wisior 11/0, na pierścionek 15/0. Dodatkowo w wisiorze: Magatama 3mm Opaque Jet.
Copyright © Z kociołka czarownicy , Blogger