Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o mnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o mnie. Pokaż wszystkie posty

piątek, marca 26, 2021

Akcja reaktywacja

Akcja reaktywacja

Od 20 miesięcy nie napisałam tu ani słowa. Możecie wierzyć, lub nie, ale bardzo mi to ciążyło. Przez ten czas wiele się w moim życiu zmieniło, rozwijałam firmę, szukałam swojej grupy docelowej, czasu ciągle brakowało. I kiedy już mi się wydawało, że znalazłam tego mojego klienta idealnego, to przyszła pandemia i wywróciła cały świat do góry nogami, pozbawiając mnie przy okazji kontaktu z odbiorcami mojej biżuteryjnej twórczości. Facebook stale ciął zasięgi, tak że już prawie nikt nie widział moich postów, więc założyłam własną stronę i sklep internetowy. 

U góry znajdziecie też zakładki, które przeniosą Was w te miejsca.


Jednak cały czas czegoś mi brakowało... 

Ten blog powstał przeszło siedem lat temu. Początkowo pełnił funkcję swoistego robótkowego pamiętnika. Z czasem pierwsze skrzypce przejęła biżuteria wykonywana w różnych technikach. Przełomowym momentem stała się akcja "Nauka chainmaille", która pozwoliła mi wykreować główny nurt biżuteryjnej twórczości. 

Nadal wspieram osoby, chcące spróbować swoich sił w tej jakże wdzięcznej technice, jednak od jakiegoś czasu głównym kanałem tej pomocy stała się grupa na Facebooku: "Chainmaille po polsku". Na Facebooku publikuje się szybko i wygodnie, ale to jednak nie to. Treści znikają równie szybko, jak się pojawiają. A chciałoby się, żeby pewne rzeczy zostały z nami na dłużej.

I tak oto doszłam do momentu, kiedy stwierdziłam, że jednak nie ma to jak blog. Chwilę głowiłam się nad tym jak najlepiej to rozegrać, ale po konsultacjach przeprowadzonych w grupie osób zainteresowanych tematem okazało się, że najlepszym rozwiązaniem będzie powrót do Kociołka.

No to wracam. Jak widzicie blog dostał nowe szaty. Powinno być przejrzyściej i bardziej funkcjonalnie. Oczywiście jeszcze przez pewien czas będą się docierać różne szczegóły, ale zasadniczy kierunek został ustalony. Od teraz "Z kociołka czarownicy" staje się blogiem poświęconym technice chainmaille. Będę tu publikować dużo treści ściśle technicznych, ale też pokazywać moje nowości i Wasze dokonania w tej dziedzinie. Blog nie będzie już tak osobisty, jak na początku i siłą rzeczy bardziej powiązany z moją marką Bruxa Jewelry, ale w żadnym wypadku nie będzie to komercyjny blog firmowy. Takowy, adresowany do moich biżuteryjnych klientów, prowadzę na mojej stronie, tutaj

Nowy charakter starego bloga nie przekreśla jednak przeszłości. Nie będzie żadnej grubej kreski. Dlatego nie zamierzam usuwać ani jednego z dotychczasowych 444 postów. Nadal będzie je można znaleźć (w niezmienionej wersji) w archiwum lub wyszukać, za pomocą tagów i wyszukiwarki. 

Na koniec nie pozostaje mi nic innego, jak ponownie zaprosić Was do Kociołka czarownicy, mając nadzieję, że jeszcze będziecie mieli ochotę tu zaglądać.

poniedziałek, marca 05, 2018

Ferie, ferie... i po feriach

Ferie, ferie... i po feriach
Na nartach byłam raptem 10 dni, ale przerwa w pisaniu znowu zrobiła mi się dużo dłuższa. Zawsze po takim wypadzie mam problem z dogonieniem czasu - dlaczego on nigdy nie chce na mnie poczekać?
Jednak w międzyczasie udało mi się chyba rozwiązać problem z (nie-)otwieraniem się mojego bloga. A właściwie nie mi, tylko mojej córce, która jest informatykiem. Tak, wiem, powinnam była od razu ją poprosić o pomoc, problem w tym, że aktualnie dzieli nas jakieś 1,5 tysiąca kilometrów. Na szczęście w końcu znalazłyśmy sposób na zdalne udostępnienie jej bebechów mojego bloggera. Poszperała w kodzie i znalazła. Okazało się, że winny jest widget DaWandy. Tłumaczyła mi w jaki sposób on rozrabia, ale mówiąc szczerze niewiele z tego rozumiem. Najważniejsze, że po usunięciu psuja wszystko wróciło do normy, a przynajmniej tak mi się wydaje 😀.

Na razie jestem do tyłu ze wszystkim, ale zacznę może od kilku wspomnień z wyjazdu zatrzymanych w kadrze. Oto one, z tygodniowym poślizgiem.


Tym razem odwiedziliśmy rejon Madonna Di Campiglio.

Madonna Di Campiglio

Byłam tam pierwszy raz i muszę stwierdzić, że jest on zdecydowanie przereklamowany.


Drogo, mnóstwo ludzi, a trasy... jest kilka fajnych, ale pół dnia trzeba stracić na przemieszczanie się między nimi, bo są rozrzucone po całej dolinie i nie ma jednego wspólnego punktu początkowego.

Takie tłumy ludzi na stokach
Po raz pierwszy też od kiedy jeżdżę w Dolomity spotkałam kolejki do wyciągów w środku tygodnia.


Jednak nie zamierzam narzekać. Wyjeździłam się i wróciłam w jednym kawałku. Czegóż chcieć więcej?


Widoki były piękne, pogoda też niczego sobie.


Trochę słońca, trochę chmur, jeden dzień była mgła.


W górze sporo śniegu, a w dolinie... swojski smog 😉.


A na samym szczycie Monte Spinale (wys. 2101 m npm) taka niespodzianka:


Czasem przydałby mi się taki zimą, coby do domu dojechać 😉. Ale póki co wystarczyły narty:


A oto piękny widok z góry na Madonnę:


My mieszkaliśmy trochę na uboczu w malutkiej mieścinie Bolcenago w takim uroczym hoteliku:


A po nartach obowiązkowe bombardino:

A widzicie co mam na szyi? To smyczka z koralikami (z Preciosy), a na niej wisi komórka, którą zrobiłam większość tych zdjęć 😁. Taki mały handmade'owy akcencik, i oczywiście chainmaillowe kolczyki w uszach 😉

Ale, żeby nie było, że my tam tylko widoki i knajpa, bo na nartach też się jeździło 😉:


I taka mała niespodzianka: na górze trasy slalomowej Miramonti stoi sobie bramka startowa, w której każdy może sobie cyknąć zdjęcie i przez chwilę poczuć się jak prawdziwy narciarz:


Akurat wtedy była mgła i padał śnieg, więc niewiele widać. Zdecydowanie bardziej podobało mi się, gdy było tak:


Na koniec jeszcze taka ciekawostka. Zazwyczaj nie kupuję pamiątek z takich wyjazdów, ale tym razem nie mogłam tego odpuścić. Otóż okazuje się, że jednym z symboli regionu jest... czarownica na miotle! Podobno to właśnie tutaj została spalona na stosie pierwsza czarownica, przynajmniej tak twierdziła nasza pilotka, ale nie udało mi się nigdzie znaleźć potwierdzenia tego faktu. Jednak niezaprzeczalnie czarownice są tu ważnym elementem tradycji. Szukałam takiej latającej na miotle, jak w moim logo, ale wszystkie, które znalazłam były po prostu brzydkie, a przede wszystkim brzydko wykonane. Tak na "odwal się", niestarannie, po prostu byle jak. Moje poczucie estetyki nie godziło się na taką fuszerkę, więc musiałam się zadowolić czarownicą w miotle, o taką:


Muszę znaleźć dla niej jakieś godne miejsce. Chciałoby się powiedzieć: w pracowni, tyle, że ja jeszcze pracowni się nie dorobiłam.

Obiecuję, że następny post będzie już biżuteryjny, a na razie pozdrawiam Was jeszcze raz wakacyjnie 😀.


Mam nadzieję, że problemy techniczne mam już definitywnie za sobą.

piątek, lutego 10, 2017

Ferie i po feriach

Ferie i po feriach
Jestem. Wróciłam, a właściwie cały czas jeszcze wracam, bo zaległości mi się porobiły niezłe. Ciągle nie mogę się rozłożyć ze sprzętem do fotografowania, więc dziś zaserwuję Wam trochę zdjęć z wyjazdu.
Powiem Wam, że to jest jedna z jaśniejszych stron posiadania dzieci w wieku szkolnym. Ferie. Z doświadczenia wiem, że jeśli postanowię wybrać się na narty w jakimś lepszym terminie jak ferie (np. w marcu), to zazwyczaj na planach się kończy. Dlatego starałam się jeździć razem (no prawie) z dziećmi. Niestety niedługo się to już skończy, bo mojej najmłodszej już też latka lecą i tylko patrzeć jak skończy szkołę. Ale do rzeczy. Kiedy klub narciarski, w którym jeździły moje dziewczyny zaczął organizować obozy narciarskie w Dolomitach, postanowiliśmy "na doczepkę" utworzyć grupkę "rodzicielską". Zawsze to wygodniej wybrać się w tym samym czasie, co dzieci. Wówczas obiecywaliśmy sobie, że będziemy tak jeździć co roku i początkowo nawet się to udawało. Potem przyszedł kryzys, euro podrożało i nasza grupka zaczęła gwałtownie topnieć. Ja też ostatnio jeździłam w kratkę. Jednak, kiedy w zeszłym roku nie pojechałam ani na ten obóz, ani na żadne inne narty w całym sezonie, stwierdziłam, że tak nie można, bo całkiem zardzewieję.
Jeździmy zawsze z tym samym Biurem Podróży. Podróż autokarem (15 - 18 godzin jazdy) w obie strony + 6-cio dniowy karnet narciarski. Miejsca docelowe są różne. Tym razem był to rejon Val di Fiemme. Jedna z ciekawszych narciarsko lokalizacji. Jedyne do czego można się doczepić to pogoda - jak na tamte rejony wyjątkowo nam się nie udała.

Pierwszy dzień był jeszcze piękny i słoneczny:


Trochę smętne wrażenie robił tylko całkowity brak śniegu wokół. Na szczęście trasy przygotowane jak zawsze perfekcyjnie:


Jest ich tu na tyle dużo, że żeby nie zabłądzić trzeba się wspomagać mapką (tym bardziej, że jazda poza trasami raczej nie wchodziła w grę):


W drugim dniu już się zachmurzyło. Na szczęście zdarzyło się jeszcze kilka krótkich przebłysków słońca:


Dzień trzeci zaczął się dość zachęcająco:


Ale szybko nadciągnęły chmury,...


...z których zaczął padać śnieg (zdjęcie zrobione tuż przed śnieżycą):


i skończyło się robienie zdjęć.
Czwarty dzień był chyba najgorszy (zdjęcie bez retuszu):


Na szczęście po drugiej stronie góry było odrobinę lepiej, a nawet na całe 3 minuty wyszło słońce:


Zdążyłam zrobić 3 zdjęcia i panoramę i już z powrotem schowaliśmy się w chmurze (tej co nadciąga z prawej strony).
Kolejny dzień również spędziliśmy w chmurach:


Ale mimo to humory dopisywały:


A szóstego dnia Cavalese pożegnało nas deszczem (momentami nawet ulewnym):


A oto największa gwiazda przerw śniadaniowych - bombardino, tutejsza specjalność:


A po nartach relaks, czyli np. drutowanie w pozycji horyzontalnej (w naszym pokoju nie było dość miejsca, żeby postawić krzesło):


W rękach trzymam coś, co właśnie zaczęłam, a obok mnie leży coś, co właśnie skończyłam. Kto zgadnie co to jest? Oczywiście pokażę to, ale nie wcześniej jak za tydzień.

W drodze powrotnej do Polski zatrzymaliśmy się na chwilę w Bolzano. Czasu nie było wiele, ale udało się nam odwiedzić Otziego:


Niestety w większości muzeum nie wolno fotografować, ale na pocieszenie do zdjęć pozuje pięknie zrekonstruowana postać tego "człowieka z lodu".

Zdążyliśmy jeszcze zobaczyć starówkę, gdzie uwagę zwraca katedra. Dzięki temu, że budowano ją przez kilka wieków jest niesamowitą mieszanką stylów. W skorupie romańskich murów zamknięte sklepienie z gotyckich łuków i barokowe ołtarze. To tak w dużym uproszczeniu. I jeszcze ta niesamowita dachówka:


A teraz czeka mnie nadrabianie zaległości. zarówno w realu, jak i w sieci. Pewnie nie dotrę z komentarzami wszędzie, gdzie bym chciała, ale obejrzeć postaram się wszystko. Mam też co nieco do obfotografowania.

Na koniec jeszcze taka refleksja. Wakacje. Niby każdy wie co to takiego, a jednak każdy widzi je nieco inaczej. Według mnie wakacje są wtedy, kiedy możemy robić to, czego nie damy rady robić na co dzień i nie musimy robić tego, co należy do naszych codziennych obowiązków, a przede wszystkim o tym myśleć. Dla mnie taki wyjazd to właśnie prawdziwe wakacje (zresztą zazwyczaj jedyne). Przez tydzień z okładem nie muszę robić zakupów, gotować obiadów, myśleć co kupić i zrobić, żeby wszystkim dogodzić, wszędzie mnie wożą, a ja mogę się napić piwa po nartach, bo nie muszę wsiadać za kierownicę. W zamian za to mogę sobie dać w kość na stoku, pójść na basen, albo zalec na wyrku z robótką. W dodatku przez cały ten czas nie miałam dostępu do internetu, co początkowo bardzo mnie wkurzało, ale ostatecznie wyszło mi tylko na dobre. Bo tak naprawdę na wakacje trzeba wysłać przede wszystkim swoją głowę.
Jako, że ten tydzień to był "czas dla mnie", a co najmniej połowa z niego przypadła już na luty, więc mogę chyba zgłosić go do lutowej edycji zabawy u Eli. Wydaje mi się, że wręcz wyrobiłam normę na jakieś pół roku.





środa, stycznia 18, 2017

Moje mroźne warsztaty

Moje mroźne warsztaty
Tym postem chciałam przyłączyć się do akcji zainicjowanej przez Elę. Szczegóły znajdziecie tutaj. A klikając w banerek przeniesiecie się do posta pod którym dzielimy się swoimi szaleństwami.


Wbrew pozorom sprostanie wymogom zabawy wcale nie jest łatwe, ale postanowiłam spróbować.
Ela ma rację. Niewiele zdarza się nam robić tylko dla siebie. Początkowo nie bardzo wiedziałam co takiego mogłabym zaprezentować, bo do kina nie chodzę (nie lubię), do kosmetyczki także, zakupy to mój codzienny obowiązek, żadna przyjemność, fryzjer to konieczność życiowa (góra kilka razy do roku), ale jednak znalazłam.
Kiedy pod koniec listopada Beatka (Ranya) ogłosiła, że organizuje foamiranowe warsztaty coś mnie podkusiło i zapisałam się na nie. Było to czyste szaleństwo, nie poparte żadną racjonalną koniecznością. Tego typu prace raczej nie wpisują się w charakter mojej działalności, ale co ja na to poradzę, że tak bardzo mi się podobają? Dodatkowego smaczku dodaje temat warsztatów - kamelia, a tymczasem na ostanie urodziny dostałam piękną kamelię (żywą, w doniczce), ale chyba nie potrafię jej stworzyć odpowiednich warunków, bo kompletnie nie chce rosnąć. Tak więc postanowiłam zrobić jej konkurencję, która na pewno nie zwiędnie. Nawet kolor wybrałam podobny.


To była moja pierwsza styczność z foamiranem. Okazało się że praca z tym materiałem nie jest wcale trudna, za to bardzo żmudna. Wykonanie tego bukieciku zajęło mi ok. 4 godzin. Myślę, że wprawne ręce mogłyby ten czas zredukować maksymalnie o jedną trzecią. To naprawdę bardzo czasochłonna technika.


Po podgrzaniu żelazkiem pianka daje się lekko formować, choć jest dość delikatna, szczególnie dla kogoś, kto tak jak ja na co dzień zazwyczaj pracuje z drutem. Mogłam się o tym przekonać kilkakrotnie rozrywając piankę po przyłożeniu do niej zbyt dużej siły ;)


Na razie bukiecik jest niewielki, ale dostałam na koniec trochę materiałów do ćwiczeń. Co prawda nadal jeszcze czekają, bo chciałam zabrać się za nie wspólnie z moimi dziewczynami, a jakoś nie było czasu. Mam nadzieję, że uda się to w lutym, kiedy młodsza jeszcze będzie miała ferie, a starsza będzie już po sesji. Oczywiście pochwalę się efektami. A na razie ja i moja kamelia jeszcze w Katowicach:

(zdjęcie zapożyczone od Beatki)

Pierwszy termin warsztatów (10 grudnia) nie doszedł do skutku i ostatecznie stanęło na 7 stycznia. Termin ten również nie okazał się zbyt fortunny, bo frekwencja zdecydowanie nie dopisała i ostatecznie byłam jedyną kursantką. Prawdopodobnie przyczynił się do tego również fakt, że ta sobota była najmroźniejszym dniem tej zimy, a Katowice, gdzie odbywały się warsztaty jednym z najzimniejszych tego dnia miast w Polsce. Pomieszczenie, gdzie odbywały się warsztaty też do najcieplejszych miejsc nie należało. Na szczęście podczas formowania płatków i listków podgrzewałyśmy sobie palce razem z pianką na żelazku i dopiero przy montowaniu kwiatków na gałązkach zaczęłyśmy się na całego telepać. Aż dziw, że ta fotka zrobiona po zakończeniu warsztatów nie wyszła ruszona:

(zdjęcie zapożyczone od Beatki)

Na koniec jeszcze jeden aspekt "egoistyczny". Do Katowic wybrałam się pociągiem, co spowodowane było głównie względami ekonomicznymi. Niemniej jednak tam i z powrotem pokonałam około dwustu kilometrów nie wsiadając za kierownicę. Ostatni raz taka sytuacja przydarzyła mi się dwa lata temu, a od kiedy przestaliśmy z dziećmi jeździć na wakacje -  może ze 3 razy. Tak więc zamiast ślipić na drogę mogłam w spokoju poczytać książkę, a od czasu do czasu zerkając za okno podziwiać widoki. Muszę tak robić częściej.

środa, sierpnia 19, 2015

Moja metryczka do wymianek

Moja metryczka do wymianek
Bardzo spodobała mi się inicjatywa Ewy (Hubki38), aby stworzyć swoisty bank informacji do wykorzystania przy wymiankach itp. Ostatnio, przy realizacji nagrody za złapany licznik, zdarzyło mi się skorzystać z informacji tam zgromadzonych i trafiłam, w dodatku umówiłam się na pierwszą w mojej karierze wymiankę, więc uznałam, że nadszedł czas, abym i ja się tam dopisała.
Banerek:


A to moje odpowiedzi na pytania Ewy:

1. Nick/imię
Na imię mam Agata, ta, co to lubi mieszać w kociołku :)
2. Co najchętniej przygarnęłabyś? Jakie techniki podziwiasz?
Podziwiam wszystkie techniki rękodzielnicze, ale szczególnie te, których sama nie umiem. Jednak w pierwszym rzędzie postawiłabym papierową wiklinę (głównie koszyki) i frywolitkę (przede wszystkim biżuterię).
3. Jakie techniki wykorzystujesz w swoich pracach?W czym jesteś najlepsza?
Są to przede wszystkim różne techniki biżuteryjne (wire-wrapping, beading, chainmalle), ale również szydełko, druty i haft (krzyżykowy), czasem coś uszyję (np. patchwork). Można powiedzieć, że cały czas szukam tej mojej jedynej, najważniejszej ;-)
4. Trzy ulubione kolory to…..
Zdecydowanie niebieski we wszystkich możliwych odsłonach, w drugiej kolejności wszelkie ciepłe odcienie brązu. Poza tym lubię większość "konkretnych" (nasyconych) kolorów, nie przepadam za pastelami, chyba że we wnętrzach. Przywiązuję dużą wagę do kolorów i ich połączeń.
5. Kolory, których nie noszę/nie lubię to…….
Różowy, fioletowy, pomarańczowy.
6. Czy lubisz dostawać przydasie? Jeśli tak, to jakie?
O tak! Przydasie, jak sama nazwa wskazuje zawsze się przydadzą. Najfajniej jest dostać coś, czego do tej pory się jeszcze nie używało lub wręcz nie znało, a mimo to można to użyć w swoich pracach.
7. Czy nosisz biżuterię? Jeśli tak, jaką?
Noszę wszelką biżuterię (szczególnie od czasu, gdy sama zajęłam się jej produkcją), pod warunkiem, ze występuje w komplecie. Najmniej kręcą mnie broszki.
8. Czy masz jakiś ulubiony motyw, który przewija się np. w Twoim mieszkaniu, ubiorach?
Lubię motywy kwiatowe, ale również geometryczne. W moim mieszkaniu króluje styl rustykalny.
9. Kawa czy herbata(jeśli tak, co lubisz a czego nie)
Herbata właściwie tylko do posiłku, ale jak już, to dobry Earl Grey lub zielona, nie lubię owocowych i silnie aromatyzowanych. Natomiast kawa zawsze i wszędzie: czarna bez cukru, z ekspresu lub rozpuszczalna.
10. Ze słodyczy to ja najbardziej…..
Nie jestem zbytnio cukrolubna, ale znalazłoby się u mnie też paru łasuchów ;-)
11. Czy ucieszyłaby Cię książka w paczce wymiankowej? Jeśli tak, jaki gatunek?
Bardzo chętnie przygarnę książkę. Najchętniej czytam dobrą szeroko pojętą sensację. Nie lubię romansów.
12. Czy ucieszyłby Cię kosmetyk? Jeśli tak, to jaki?
Zdecydowanie nie! Z racji moich skłonności alergicznych kosmetyków prawie nie używam, a te które już muszę - selekcjonuję osobiście.
13. Chciałam jeszcze dodać....
Wolę rzeczy, które mają jakieś konkretne przeznaczenie, nie lubię klasycznych "łapaczy kurzu", zresztą nawet nie mam ich gdzie stawiać.

Taka metryczka to świetny pomysł. Jak dotąd nie pchałam się do wymianek, a jednym z głównych powodów było to, że nie znam Was na tyle, by wiedzieć co kogo mogłoby ucieszyć, a co nie.

czwartek, kwietnia 10, 2014

Urodzinowo

Urodzinowo
Całkiem niedawno były moje urodziny. Z tej okazji dostałam od moich dziewczyn książeczkę z wzorami klasycznych szydełkowych koronek. Oczywiście od razu musiałam którąś z nich wypróbować. Zdecydowałam się zrobić taką koronkę do ozdoby koszyczka na święconkę:


Kiedyś, kiedy dzieci były jeszcze małe - każda chciała mieć swój koszyczek do święcenia - były więc trzy małe. Teraz , kiedy dziewczyny urosły koszyczek ewaluował do jednego dużego. Co roku obiecuję sobie, że za rok, to już na pewno go ozdobię czymś więcej jak tylko bukszpanem i jak dotąd na tym się kończyło. W tym roku będzie w końcu koronka. Wybrałam, jak się okazało dość ambitny wzór i przybywało go zdecydowanie wolniej, niż bym sobie tego życzyła. Dodatkowo nie miałam pewności, czy wystarczy mi nici. Koszyk jak już wspomniałam spory - w obwodzie prawie metr. Na szczęście czasu starczyło, a i nici nie brakło (zostało jeszcze ze dwa metry...).


Pomimo, że szydełkuję od dziecka, to wszelkiego rodzaju serwetki i koronki omijałam zawsze szerokim łukiem. I bynajmniej nie chodziło o samo szydełkowanie. Przerażeniem napawała mnie zawsze świadomość, że trzeba to będzie potem rozpiąć do zblokowania... brrr! Kiedy byłam mała mieliśmy w domu siatkowe firanki i pamiętam, jaka zawsze odbywała się gimnastyka, żeby to napiąć po praniu. Ale mniejsza z tym. W końcu trzeba się zmierzyć z każdym demonem...
Moja koronka okazała się tak miła, że zmieściła się na desce do prasowania i tam też ją napięłam. O tak:


"Surowy" koszyczek prezentował się tak:


A tak wygląda z koronką:


Koronkę wykonałam białym atłaskiem szydełkiem 0,7 mm. Jej szerokość to ok. 4,5 cm.
Teraz wypadałoby zrobić jeszcze serwetkę do przykrycia zawartości... Właściwie to już się robi :)

Muszę się jeszcze pochwalić jednym prezentem. Otóż okazało się, że Kadoro też obchodzi urodziny, dosłownie kilka dni po moich. Z tej okazji dostałam propozycję całkiem pokaźnego rabatu. Nie należy lekceważyć takich zbiegów okoliczności i postanowiłam zaszaleć. Fundnęłam sobie coś, co chodziło za mną od dawna, ale zawsze wydawało mi się bardziej drogie niż niezbędne. To tzw. "przenośne miejsce pracy". Coś w sam raz dla kogoś, kto tak jak ja, z braku biurka cały swój warsztat pracy rozkłada najczęściej na kolanach. Oto moja nowa zabaweczka:


Copyright © Z kociołka czarownicy , Blogger