Moi obserwatorzy

piątek, 26 lipca 2019

Siedmiorzędowy elf

Ups! i znowu nie było mnie tu dwa miesiące. Ale mam sporo do pokazania takich rzeczy bardziej prywatnych, więc muszę się w końcu zmobilizować 😁
Na pierwszy ogień idzie bransoletka, jaką zrobiłam na prezent imieninowy dla córki. Dla tej córki, która sprowokowała mnie do zajęcia się techniką chainmaille. Jest ona gorącą wyznawczynią szerokich bransoletek bez zapięcia. No to zrobiłam jej takiego elfa.


Splot to Elfsheet, czyli elfweave w wersji płaskiej, inaczej mówiąc kilkurzędowej, a konkretnie siedmiorzędowej. Splot dość misterny, ale niezwykle efektowny. Tak wygląda z bliska:


Bransoletkę uplotłam z ogniwek ze stali chirurgicznej w rozmiarze 5/0,8 mm. Córka, podobnie jak ja nie toleruje niklu, więc muszę uważnie dobierać materiały na biżuterię dla niej.


Ciekawe czy ktoś z Was potrafi zgadnąć ile ogniwek zużyłam? Nie, nie będzie żadnego konkursu, odpowiedź na to pytanie podam na samym końcu tego posta.


Biżuteria, którą nosi moja córka na co dzień, a w szczególności bransoletki, przechodzi niezłą szkołę życia. Ponieważ prowadzi ona dość aktywny tryb życia, a przy okazji (delikatnie mówiąc) nie jest zbyt uważna, to zarówno jej rzeczy, jak i ona sama narażone są na częste urazy. Pierwszy Dragonscale, którego dla niej zrobiłam musiał być naprawiany praktycznie co kilka dni, aż w końcu zrobiłam jej drugiego, ze znacznie grubszych ogniwek. Tu ogniwka są dość filigranowe (czego nie omieszkała z obawą zauważyć), ale zarówno sam splot (dość gęsty), jak i niezwykle odporna i twarda stal chirurgiczna dają nadzieję na dłuższy żywot bransoletki.


Bransoletka jest dość szeroka. Siedem rzędów splotu, mimo dość niedużych ogniwek dało ok. 3,5 cm szerokości.


Jest też ciężka. Znacznie odbiega od średniej wagi mojej biżuterii, bo to aż 57 g z niewielkim "hakiem". Ale obdarowana twierdzi, że wcale nie jest ciężka, ręki jeszcze nie urywa 😉.


Pora na kolejne "dziwactwo" córki dotyczące bransoletek. Mają one być dość ciasne, ale bez zapięcia. I nie na gumce, bo zaraz by ją urwała. Przyznacie, że niełatwo to połączyć. Sploty też nie zawsze łatwo połączyć w kółko. Z Dragoscale była to prawdziwa droga przez mękę, na szczęście Elfa łączy się bardzo łatwo.


Bransoletka ma niecałe 18 cm w obwodzie. Robiłam ją w wielkim strachu, czy jednak nie przesadziłam. Jednak wszystkie dotychczas zrobione dla córki bransoletki kwitowała ona zawsze stwierdzeniem, że mogłyby być ciaśniejsze. Na szczęście posiada ona dość rzadką umiejętność i potrafi tak poskładać kosteczki w dłoni, że przeciśnie przez nią obręcz niewiele większą od obwodu nadgarstka. Na zdjęciu widać, że bransoletka jest naprawdę dopasowana i kompletnie nie wiadomo w jaki sposób znalazła się na nadgarstku. No, czary...


Elfia bransoletka okazała się jedną z moich najbardziej pracochłonnych prac. Mimo, że nie było tu żadnego eksperymentowania, testowania wzoru, wszystko było według znanego schematu, a praca szła mi naprawdę szybko i sprawnie. Zrobienie jej zajęło mi ok 8 godzin zaplatania, jest to czas samej pracy po odliczeniu wszelkich najkrótszych nawet przerw.


Na koniec jestem Wam jeszcze winna odpowiedź na pytanie ile tu jest ogniwek. Otóż cała bransoletka to dokładnie 1140 ogniwek. Robi wrażenie, nie?



czwartek, 23 maja 2019

Powrót do drutów

Obiecałam Wam opowiedzieć o tej sukience, co miałam ją na sobie podczas Kiermashu. To za chwilę, ale najpierw chciałam odnieść się do komentarzy pod poprzednim postem. Celowo nie robiłam tego na bieżąco, żeby nikomu nic nie sugerować, zależało mi na całkowicie Waszej opinii.
Widzę jednak, że Wasze spostrzeżenia generalnie pokrywają się z moimi. Czyli, że jest ciasno - szukam większego stołu, a dopóki go nie zdobędę, będę wystawiać mniej "towaru". Kolejna rzecz to kwestia obrusu. Zgadzam się, że czerwony nie jest najlepszy, ale okazało się, że to jedyny duży jednokolorowy obrus, jaki miałam w domu. I w tym momencie mnie trochę zaskoczyłyście, bo ja skłaniałam się ku kolorowi brązowemu, a Wy mi mówicie czarny (ewentualnie biały). No i teraz nie wiem. Chciałam kupić duży kawałek materiału i naprasować na niego to, co tu było wydrukowane na kartce. Ale na czarny nie dam rady, poza tym obawiam się, że za dużo byłoby tej czerni, ale skoro Wy mi tak radzicie, to może nie mam racji? Naprawdę zabiłyście mi ćwieka.


Ale wracając do sukienki. Kiedyś nie rozstawałam się z drutami nigdy, ale ostatnio zdecydowanie zbyt rzadko za nie chwytam. Kilka miesięcy temu na Pasartowej grupie na Facebooku rozpętało się istne szaleństwo flowersowe. To znaczy w sklepie pojawiły się włóczki Yarnart Flowers, obłędnie cieniowane, w dużych motkach. Nagle wszystkie dziewczyny zaczęły robić z nich szydełkowe chusty. Nie powiem, włóczki podobały mi się bardzo, ale jakoś do chusty nie byłam przekonana. Ostatnia chusta, jaką zrobiłam, już ponad dwa lata nie może doczekać się blokowania. Czyli chyba jej aż tak nie potrzebuję? Usilnie więc starałam się wymyślić jakieś lepsze przeznaczenie dla tych pięknych motków. I wtedy zobaczyłam ten kolor.


A musicie wiedzieć, że od dawna przymierzałam się do włóczkowej sukienki, tylko nie mogłam się zdecydować czy ma być ona niebieska, szara czy beżowa. Jak nie wierzę w przeznaczenie i tego typu głupoty, to stwierdziłam, że chyba ktoś chce, żebym w końcu tę kieckę wydziergała 😉.


Zakupiłam więc trzy motki, nowe druty i przystąpiłam do wybierania wzoru. Zajęło mi to dobre dwa tygodnie, albo nawet więcej. Jak dotąd wszystkie swetry, które robiłam były albo z wrabianymi wzorami, albo w warkocze. Za wszelką cenę chciałam tym razem zrobić coś innego. Przetestowałam całą masę różnych ażurów i ciągle było coś nie tak. W pewnym momencie złapałam się na tym, że zaczynam przeglądać warkocze. W momencie, kiedy byłam już o krok od złamania się i wybrania jednak jakiegoś warkocza, trafiłam na ten wzór. Znalazłam go na Pintereście. I to wreszcie było to. Wszystko pasowało: dziury nie za duże, szerokość odpowiednia i przede wszystkim spodobał mi się. 
Sukienkę postanowiłam zrobić bezszwowo od dołu. Szybko policzyłam ile powtórzeń wzoru będę potrzebować i ruszyłam z kopyta. Zaczęłam od 22 powtórzeń/pasów wzoru, ale szybko w co drugim z nich zakończyłam wzór pozostawiając tam same lewe oczka. Te pasy lewych służyły mi do odejmowania i dodawania oczek w celu uzyskania odpowiedniego fasonu.


Coś podejrzanie wolno ubywało mi włóczki. Po wyrobieniu pierwszego motka stwierdziłam, że spokojnie mogę pozwolić sobie na rękawy, których pierwotny plan nie przewidywał.

Tyle zrobiłam z jednego motka 250 g
Rękawy zrobiłam 3/4, a może 2/3? Tak odrobinę za łokieć. Robiłam je też na okrągło, na drutach pończoszniczych. Po połączeniu z dołem tułowia dalej pociągnęłam okrągły karczek zakończony ściągaczem. Kiedy już wiedziałam, że kolejne powtórzenie wzoru mi się nie zmieści, ograniczyłam się do tego fragmentu, który mogłam bezkarnie zwężać, czyli takich listków. Ściągacz zrobiłam z prawymi oczkami przekręconymi, w nawiązaniu do fragmentu wzoru. Jest on podwójny, czyli podwinięty i podszyty u nasady. W ten sposób uniknęłam sztywnego, nieelastycznego zakończenia.


Jak już wspomniałam włóczka okazała się zaskakująco wydajna. Zużyłam jej tylko dwa motki i ciut. Zostało mi jeszcze tyle (218 g!). I teraz będę musiała wymyślić co z tego zrobić 😜.


Sukienkę skończyłam dzień przed Kiermashem, a że pogoda była odpowiednia, to postanowiłam w niej tam zadebiutować. Kiecka okazała się bardzo wygodna i odpowiednia do tak zmiennych temperatur, jakie panowały w ten weekend, więc jestem z niej bardzo zadowolona.


Pranie też zniosła wzorowo. Wyprałam ją w pralce, w woreczku na 40 stopni i odwirowałam na 700 obrotów. Suszyłam rozłożoną na ręczniku, blokowanie okazało się zbędne, zresztą swetrów nigdy nie blokuję.


Jak pokazałam kieckę na fb, to miałam sporo zapytań o wzór, więc uprzedzając Wasze pytania, znajdziecie go na Pintereście, konkretnie tutaj.

piątek, 17 maja 2019

Pokiermashowe przemyślenia

Ostatnio zapraszałam Was na Kiermash, dziś opowiem jak było.

To była moja pierwsza impreza tego typu, w grudniu wprawdzie brałam udział w lokalnym jarmarku świątecznym, ale to jednak zupełnie inna skala. 
Pogoda na szczęście stanęła na wysokości zadania i wytrzymała przez większość czasu, padać zaczęło dopiero w niedzielę po południu i przez cały weekend było dość ciepło, choć nie upalnie.
Miejsce chyba nie było najszczęśliwsze. To znaczy sama hala piękna, ale jednak trochę na uboczu. Poza tym, jak się okazało każda impreza na Błoniach powoduje trudności z dojazdem. Tym razem był to maraton rowerowy, który zablokował dojazd do hali na prawie całą sobotę. Dlatego docierali do nas głównie spacerowicze z psami. Dla mnie impreza okazała się niezbyt udana, jednak co nieco się nauczyłam na przyszłość.

Moje stoisko było malutkie (tylko taki stół udało mi się zdobyć), ciężko było mi się na nim zmieścić:


Największy problem mam z odpowiednim wyeksponowaniem kolczyków. Przede wszystkim większość z nich prezentuje się dobrze tylko "w zwisie". Trudno jest zdobyć odpowiedni ekspozytor. Zrobiłam więc sobie własny, a nawet dwa, choć tutaj zmieścił mi się tylko jeden. W zwykłą, prostą ramkę oprawiłam kawałek gęstej siatki na króliki pomalowanej na czarno. Do tego czarne tło, bo jak wiadomo chainmaille najlepiej prezentuje się na czarnym tle. Do kolczyków na otwartych biglach jest to jak na razie najlepszy sposób. Tak prezentował się na grudniowym jarmarku:


Teraz wyglądał podobnie, choć chyba było na nim ciaśniej. Mniejsze kolczyki, zwłaszcza te na sztyftach powiesiłam na specjalnych paletkach, jednak okazały się one bardzo małe i kolczykom było za ciasno. Poza tym zdejmowanie ich z takiego stojaczka jest dość kłopotliwe, ale na razie nie mam lepszego pomysłu.


Dużo lepiej sprawa wygląda w przypadku bransoletek. Te stojaki spisują się całkiem nieźle. Kupiłam dwa takie, potrójne i zastanawiam się nad trzecim 😉. Pierwszy jednak zrobiłam sobie sama, o taki:


Jeśli to Was interesuje, to mogę machnąć wpis z tutorialem jak takie coś zrobić, bo mam kilka zdjęć z "w trakcie".

A teraz mam do Was prośbę. Proszę wyobraźcie sobie, że jesteście na takim kiermaszu, przechadzacie się między alejkami, zastanawiacie się co kupić i trafiacie na takie stoisko:


Jakie jest Wasze wrażenie? Totalny chaos? Co zwraca Waszą uwagę przede wszystkim? Czego Wam tu brakuje? A może czegoś jest za dużo? Czy macie ochotę zatrzymać się na chwilę, czy może coś Was do tego zniechęca? Co byście tu zmieniły (zmienili)? Co wyeksponować bardziej, a co przesunąć do tyłu? Czy taka czarna kolorystyka nie jest zbyt "mroczna"?
Mam mnóstwo pytań, zależy mi przede wszystkim na tzw. "konstruktywnej krytyce" i konkretnych, wręcz szczegółowych uwagach. Nie oczekuję zachwytów, bo wiem, że daleko mu do ideału, a poza tym one nic nie wnoszą do tematu. Ja mam już kilka spostrzeżeń i pomysłów co zmienić, ale chciałabym poznać też "spojrzenie z zewnątrz", okiem klienta, dlatego celowo nic na ten temat nie piszę.

Miałam przy okazji tego wpisu wspomnieć co nieco o sukience, którą mam na sobie, ale zrobiło się już trochę przydługo, więc poświęcę jej osobny post.

czwartek, 2 maja 2019

Minimalizm

Wzięło mnie na minimalizm, a nawet momentami mikrominimalizm 😉
Kiedyś, jakieś dwa lata temu zrobiłam całą serię chainmaillowych celebrytek. Teraz postanowiłam wrócić do tego pomysłu i nawet go rozszerzyć.

Prototyp był z Romanovem i od niego też teraz zaczęłam. Najpierw powstała wersja stalowa z lapis lazuli: bransoletka i kolczyki.


Kolejna, podobna, też stalowa z zielonym jadeitem, ale tym razem bransoletka z wisiorkiem. To był komplecik na zamówienie.


A skoro już zaczęłam, to poszłam dalej. Kolejne bransoletki powstały również ze stali, ale bez żadnych kamieni. Takie totalnie minimalistyczne: chainmaillowy łącznik na łańcuszku. Większość z kolczykami do kompletu. Przedstawię je więc po kolei.
Komplet industrialny z podkładkami i stopniowanym Box Chain. Bransoletka i kolczyki.


Przy okazji powstały jeszcze takie Boxowe kolczyki. Bardzo podobne do tych powyżej, tyle, że na sztyftach i z kulkami zamiast podkładek.


Do tej bransoletki nie zrobiłam kolczyków, ale mam kilka pasujących (np. z kwiatkami). Splot to 4 Wind.


Kolejna, również bez dedykowanych kolczyków to niedawno odkryty przeze mnie splot - Persephone.


To z kolei chyba najmniejsze kolczyki chainmaille jakie kiedykolwiek zrobiłam. Splot to również Persephona, ale taka jakby niedokończona. Ogniwka mają trochę mniejsze AR od dedykowanego dla tego splotu i chciałam sprawdzić czy jeszcze uda mi się z nich ją wypleść. Okazało się, że nie końca, ostatnich ogniwek już nie zmieściłam, ale uważam, że ta wersja też ciekawie wygląda. Elementem charakterystycznym dla tego kompletu są wszechobecne kulki: sztyfty z kulkami, kulkowy łańcuszek i splot zakończony kulką. Całość jest tak malutka, że zdecydowałam się zgłosić komplet do wyzwania Szuflady.


I wreszcie ostatni komplet ze stalowej celebrytkowej serii. Znowu użyłam podkładek, ale tym razem są to podkładki sprężynujące, a nie pod nity. Takie podkładki mają formę... ogniwka, tyle, że z kwadratowego drutu. połączyłam je ze stopniowanym Byzantine, dodając jeszcze dodatkowe ogniwka łączące po bokach. Dzięki temu kolczyki nabrały kształtu kropli.


Chodzą za mną jeszcze takie miniaturki w wersji złotej, ale pozłacane stalowe ogniwka są prawie nieosiągalne, więc póki co udało mi się zrobić tylko dwa takie zestawy.
Pierwszy z cyklu mini-mini to 4 Winds z kuleczkami i na najcieńszym łańcuszku, jaki znalazłam.


Kolejny komplet zdecydowanie bardziej na bogato, to Romanov z malutkimi fasetowanymi granatami. Miał być jeszcze wisiorek, ale wyczerpałam zapasy ogniwek, więc może będzie... kiedyś.


Mam też wersję całą z mosiądzu. To serduszka według projektu Weroniki Woźniczki (Verha) o wdzięcznej nazwie chainmaillove. Dodałam do nich cienki kulkowy łańcuszek. Komplet składa się z kolczyków, bransoletki i naszyjnika. Wszystko oprócz bigli wykonane jest z mosiądzu, bigle to pozłacana stal.


Nie jestem pewna czy jakiejś nie pominęłam, tym bardziej, że one cały czas powstają. Przygotowuję się do kiermaszu i uzupełniam intensywnie ofertę.

Przy okazji, jeśli ktoś z Was jest z Krakowa, lub będzie w Krakowie za tydzień, to zapraszam Was serdecznie na Kiermash - Lato na Hali. Impreza odbędzie się na nowej hali Cracovii przy al. Focha 40 w dniach 11-12 maja. Kliknięcie w poniższy plakat przeniesie Was wprost do wydarzenia na Facebooku.


piątek, 26 kwietnia 2019

Wiosna cała w kwiatach

I znowu minął miesiąc z hakiem (całkiem sporym hakiem), jak mnie tu nie było. Ale chciałam Wam pokazać, co ostatnio uplotło się w mojej pracowni. No dobra, samo się nie uplotło.

Powinnam była pokazać je już dawno, zaraz jak się wiosna zaczęła, ale zapału wystarczyło jedynie na publikację na fanpage'u. A wiosna u mnie przyszła cała w kwiatach, a konkretnie w całej serii kwiatowych kolczyków.
Pierwsze takie kwiatki robiłam już w zeszłym roku i chyba nawet je tu pokazywałam. Teraz nabyłam więcej kolorów i zaszalałam.

Zaczęłam od takich. Pozłacana stal, splot Cloud Cover, kobaltowe kwiatki. Zwiewne, leciutkie i takie wiosenne.


Potem wzięłam w obroty miedź. Powstały kolczyki i bransoletka. Splot 4 Winds, to ten sam element co w Cloud Cover, tylko inaczej ustawiony i połączony.


Ponieważ te kwiatki w oryginale występują tylko ze złotym wykończeniem, to musiałam coś pokombinować. Po zdjęciu okuć zobaczyłam jakie one są krzywe. Rozebrałam je więc do rosołu i złożyłam od nowa. Muszę się przyznać, że jestem zachwycona efektem. Zresztą popatrzcie sami jaka różnica. Kwiatek oryginalny contra ten po liftingu:


Następne mają zupełnie inny charakter, bo zamiast tekstylnych kwiatków wykorzystałam w nich koraliki: szklane kwiatki i akrylowe listki. Splot to znowu 4 Winds z bright aluminium.


Wracając do tekstyliów: różowe kwiatki (po obowiązkowym liftingu), bright aluminium i splot Fairy Link. 


Dla miłośniczek B&W: czarne kwiatki i bright aluminium. Splot to Persephone, moje ostatnie odkrycie.


A może ognista czerwień? Tym razem całe ze stali, splot 4 Winds.


A te, to moje ulubione. Prawda, że wyglądają jak baletnice? To zasługa łańcuszków wychodzących z kwiatka jak pręciki. Szare kwiatki i stal. Splot to połówka Byzantine.


Wszystkie do tej pory pokazane to były te mniejsze kwiatuszki, ale mam też trochę większych. Tutaj granatowe z dodatkiem kulek jadeitu zamkniętych w ogniwkach z bright aluminium. A do kompletu bransoletka.


I na koniec jeszcze takie. Splot Sweetpea, bright aluminium i błękitne kwarce. Ten wzór już robiłam, ale nie w niebieskim kolorze.


Na pewno na tym nie poprzestanę, bo kwiatki to bardzo wdzięczny motyw w biżuterii, ale póki co zrobiłam ich właśnie tyle.

niedziela, 17 marca 2019

Kaktusy i sukulenty

Z małym poślizgiem rozpoczynam sezon konkursowy. Z poślizgiem, bo na pierwszą inspirację kalendarzową nie udało mi się nic zrobić, ba nawet nie zaczęłam, choć kolorki były takie moje...
Niestety w tym roku są bardzo krótkie terminy, bo raptem trzy tygodnie od momentu ogłoszenia inspiracji i pewnie większość przejdzie mi koło nosa. Ale na kaktusy udało mi się zdążyć, choć dopiero w ostatniej chwili. Oto efekt:

Kliknięcie w zdjęcie przeniesie Was do mojej kartki z konkursowego kalendarza.

A tak wyglądała inspiracja konkursowa:


Należało się odnieść do kolorystyki lub formy przedstawionych roślinek. W pierwszej kolejności postawiłam na kolor. Głównie dlatego, że już od jakiegoś czasu czekał sobie grzecznie w pudełku ten piękny zielony smoczy agat.


Kupiłam go ze względu właśnie na kolor, mimo, że miał przewierconą dziurkę, co mocno ograniczało możliwości ciekawego oprawienia go. Jednak ta intensywna zieleń i delikatna druza spowodowały, że wołał głośno do mnie: kup mnie! Połączyłam go z mosiądzem.


Kamień posiada szlif kaboszonowy, czyli płaskie dno i wypukły wierzch. Kiedyś opracowałam sobie sposób oprawy idealny do takiego kształtu i tu też go zastosowałam. Wokół krawędzi biegnie warkoczyk Half Persian 3 in 1, a po jego obu stronach kombinacja splotów Euro 4 in 1 i 6 in 1 tworzy coś w rodzaju koszyczka, w którym zamknięty jest kamień. Oprawa ta idealnie przylega do kaboszonu z obu jego stron.


Przewrotnie postanowiłam ustawić kamień "do góry nogami" czyli czubkiem łezki w dół.


Trochę psuł mi efekt przewiercony otworek, więc musiałam go jakoś zamaskować. zastosowałam trochę beadingową metodę, zakrywając dziurkę koralikiem Forget-me-not w bliżej nieokreślonym, złoto-żółtym kolorze.


Kolejny elementem, który wykonałam był chwost. miałam kilka pojedynczych zielonych chwostów, w sam raz na naszyjnik. Wybrałam ten z nich, który najbardziej pasował mi odcieniem. Dostał chainmaillową opaskę, którą zrobiłam splotem Half Persian 3 in 1 (to tak w nawiązaniu do oprawy kamienia). Żeby go jeszcze trochę wzbogacić zawiesiłam na niej cztery cieniutkie kulkowe łańcuszki, akurat miałam takie mosiężne.


Kiedy przyłożyłam chwost do kamienia, to jeszcze czegoś mi brakowało. Pasowało dołożyć jakiś element pomiędzy nimi. Tylko jaki? Długo nie mogłam się zdecydować. W końcu przypomniałam sobie, że gdzieś kiedyś widziałam rozetę wykonaną splotem Persephone. Ten splot to moje ostatnie odkrycie, chodził za mną od dawna i ostatnio w końcu mnie dogonił. Rozeta składa się z sześciu elementów połączonych w kółko i rozpiętych wewnątrz metalowej okrągłej bazy. Baza była sygnowana w sklepie jako wykonana z mosiądzu i faktycznie kolor ma identyczny. Dodatkowo ten element przypomina kształtem kaktusowe rozetki widoczne na zdjęciu inspiracyjnym.


Decydując się na tę rozetę, jednocześnie wybrałam splot na nośnik. Oczywiście łańcuszek wykonałam Persefoną 😁. Dwuelementowe odcinki tego splotu przedzieliłam kulkami agatu ognistego. Wybrałam ze sznurka egzemplarze najbardziej zbliżone odcieniem do kaboszonu. Obwodu dopełnia łańcuszek, który zrobiłam od podstaw z najmniejszych ogniwek, jakie kiedykolwiek dane mi było ciąć. Średnica wewnętrzna to tylko 2,25 mm.


I to było na tyle jeśli chodzi o proces twórczy. Jak już wspomniałam naszyjnik zrobiony jest mosiądzu, prawdopodobnie w 100%, oczywiście jeśli wierzyć opisom w sklepach z półfabrykatami. Szczerze mówiąc niewielkie wątpliwości mam tylko w przypadku bazy, reszta to na pewno mosiądz. Wszystkie ogniwka wycinałam mozolnie ręczną piłką z drutu mosiężnego grubości 0,8 mm. Palce już mi się prawie zagoiły, ale jak zwykle nie obeszło się bez ofiar. Mosiądz nie jest łatwy we współpracy 😜.


Naszyjnik jest dość długi, ale bez przesady, obwód łańcuszka to ok 60 cm, a cały element wiszący (kamień + rozeta + chwost) to 16 cm. Jest też dość ciężki (ok. 66 g) - to oczywiście "wina" kamienia,  który stanowi ok 2/3 tej wagi, bo reszta jest raczej lekka. 


Cały album konkursowy znajdziecie na fp royal-stone.pl, a konkretnie tutaj. Jest tam ponad 100 prac, ale polecam je wszystkie obejrzeć, bo naprawdę warto. Mój naszyjnik jest tutaj.


Jak zwykle trwa głosowanie na nagrodę publiczności. Swoje głosy można oddawać przez pozostawienie lajka lub innej reakcji przy zdjęciach poszczególnych prac. Na szczęście nie trzeba zdecydować się na tę jedną jedyną, bo to byłoby chyba niemożliwe. Możecie "polubić" wszystkie prace, które się Wam spodobają. Oczywiście bardzo byłoby mi miło, gdyby wśród nich znalazł się i mój naszyjnik.