Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chusta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chusta. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, listopada 21, 2016

Mój pierwszy raz...

Mój pierwszy raz...
Tak się składa, że na drutach dziergam (czyli śtrykuję, jak to mówiła moja Babcia) od z górą lat czterdziestu, ale jak dotąd nie zdarzyło mi się skorzystać z gotowego projektu. Zawsze były to własne, nawet nie projekty, a raczej improwizacje. Wykorzystywałam jedynie schematy pojedynczych ściegów, które wkomponowywałam we własne pomysły. Na miano projektu zasługują co najwyżej motywy wrabianych wzorów, które przygotowywałam sobie zawsze sama. Tak było do niedawna, bo postanowiłam w końcu wykonać coś według czyjegoś projektu. Konkretnie chustę. Według bardzo popularnego wzoru Gail (darmowy wzór z Ravelry).
W listopadzie obchodzi imieniny moja Ciocia, dla której staram się zawsze wykonać coś własnoręcznie. W ostatnich latach była to zazwyczaj biżuteria, tym razem padło na chustę. Oto ona:


Początkowo wzór mnie trochę przerażał, głównie dlatego, że był po angielsku, ale na szczęście znalazłam polski przekład autorstwa Maknety i od razu wszystko mi się rozjaśniło.


Wzór okazał się dziecinnie prosty i  bardzo szybko się go robiło. Myślałam, że na wydzierganie całej chusty będę potrzebować co najmniej miesiąca, tymczasem wyrobiłam się w niecałe dwa tygodnie (same wieczory). Znacznie dłużej zeszło mi z blokowaniem, a właściwie z zebraniem się do rozpięcia tej wielkiej płachty. Ostatecznie zaokupowałam chwilowo nieużywane łóżko najstarszej córki, a i tak nie zmieściłam się na długość i same końcówki zeszły już na boczne ścianki materaca.


Chustę zaczęłam robić dokładnie według schematu, ale dość szybko tego pożałowałam. Oryginalnie we wzorze nie ma oczka środkowego, za to co jakiś czas w tym miejscu występuje podwójny narzut, który generuje dość dużą dziurę. Niestety kiedy się zorientowałam miałam już przerobiony kawałek, a prucie nie wchodziło w grę bo włóczka mocno mocherowa. Jednak gdybym jeszcze kiedyś miała dziergać Gail to zrobiłabym to środkowe oczko, tym bardziej, że widziałam gdzieś taką wersję i wyglądała całkiem dobrze.


Dużym wyzwaniem było też znalezienie włóczki w odpowiednim kolorze. Okazuje się, że rude brązy chyba nie są na topie, bo bardzo niewielki był wybór w tej tonacji. Ostatecznie zdecydowałam się na włóczkę cieniowaną, o prawie idealnej gamie kolorów, niestety odcinki poszczególnych odcieni były bardzo krótkie, przez co chusta wyszła mocno pstrokata. Jednak wydaje mi się, że ostatecznie nie wygląda to tak źle.


Udało mi się nawet w tych ciężkich czasach złapać trochę słoneczka do zdjęć. Pierwsza sesja robiona jeszcze w zimowej scenerii - jedyne miejsce nie zaśnieżone całkowicie, na którym mogłam chustę powiesić to pałąki starej trampoliny, niezbyt reprezentacyjne, ale moja najwierniejsza modelka, która nigdy nie odmawia mi pozowania (czyli jodełka koreańska po przejściach) była wtedy całkiem biała. Na szczęście w ostatniej chwili tuż przed zapakowaniem chusty też pojawiło się słoneczko, więc i koreanka się załapała na zdjęcia.


Chusta wyszła dość spora, bo jak już pisałam dziergało się ją bardzo przyjemnie i trochę się rozpędziłam. Może zrobiłabym i większą, ale nie miałabym jej wtedy gdzie zablokować, tak więc pozostałam przy 10 powtórzeniach wzoru.
Wymiary chusty to 200 cm x 90 cm. Zużyłam na nią dokładnie 130 g włóczki Alize Angora Special (60% mocheru + 40% akrylu) w kolorze 50298. Robiłam na drutach nr 4,5.

Kolejna chusta będzie dla mnie, a zrobię ją z granatowej wełny, którą wydziergałam ten sweterek. Jednak to najwcześniej po Świętach.

wtorek, kwietnia 07, 2015

Moja pierwsza...

Moja pierwsza...
...chusta.
No, tak. Sama nie wiem jak to się stało, bo pomimo, że z drutami znamy świetnie, można powiedzieć, że jak łyse konie, od lat z górą czterdziestu, to jak dotąd nie wydziergałam jeszcze żadnej. Jednak ostatnio naoglądałam się u Was tyle różnych pięknych chust, że nawet wizja blokowania już nie była w stanie mnie zniechęcić.
A wszystko zaczęło się półtora roku temu, kiedy życie zmusiło mnie do zakupienia nowej kurtki zimowej. Czarnej, a poprzednia była brązowa. Okazało się, że nie mam do niej czapki, bo przecież brązowej nie założę do czarnej kurtki ;-) Ja w ogóle czapek mam raczej niewiele, bo generalnie to ich nie używam. Na moje szczęście natura wyposażyła mnie w całkiem skuteczną zintegrowaną atawistyczną "czapeczkę" i to mi zazwyczaj wystarcza. Jednak czasem (tak średnio raz na sezon) zdarzy się splot niekorzystnych okoliczności: mróz ponad -15 stopni, wiatr i do tego jeszcze jestem przeziębiona, albo dopiero co wyszłam spod prysznica, a moja naturalna czapeczka na mokro niestety nie działa. Więc wydziergałam sobie tę czapkę. Szydełkiem. Z włóczki Alize Diva Missisipi. Chodziło o to, żeby była nieprzewiewna i nieelastyczna, bo czapki dopasowanej do głowy nie założyłabym nawet przy -30. To było jeszcze przed założeniem tego bloga, no to ją pokażę:


Miało być o chuście... No dobra. Więc jeszcze bardziej od czapek nie cierpię szalików. Przy dużym mrozie może być ewentualnie golf (byle luźny!), przy mniejszym wystarczy jedwabna chusteczka. No i znowu okazało się, że nie mam odpowiedniej. W ten właśnie sposób doszłam do chusty. Po mozolnym zwiedzaniu wielu pasmanterii (i stacjonarnych i internetowych) nie znalazłam niczego, co by mnie zadowoliło (bo ja wybredna jestem). Wtedy wymyśliłam, że zrobię ją z tej samej włóczki co czapkę. Włóczka wprawdzie mało chustowa, ale, co tam i tak ją zrobiłam. O taką:


Potrzebowałam ściegu dość prostego i o niewielkim raporcie, bo włóczka nie najcieńsza i w dodatku cieniowana. Mój wybór padł na wzór "kolczuga", znaleziony u Iwony Eriksson. W moim wydaniu wygląda  on tak:


Ponieważ, jak już wspomniałam, nie mam żadnego doświadczenia w dzierganiu chust, więc poszukiwałam też jakiś wskazówek co do tego jak zacząć i jak dodawać oczka. I znowu trafiłam na instrukcję Iwony Eriksson na chustę "Butterfly Effect". Nie dość, że dowiedziałam się jak rozpoczyna się dzierganie chusty, to jeszcze mogłam zobaczyć jak wybrany przeze mnie ścieg się w niej prezentuje. Moja chusta nie jest dokładnie taka sama, ale wykorzystałam schemat na dodawanie oczek przy "kolczudze" i na zakończenie "w zęby".


Tak właściwie to miała być chusteczka, nie chusta, ale tak dobrze mi się ją dziergało, że trochę się zagalopowałam, a przecież pruć nie będę, to została taka za duża. Jej wymiary to ok. 120 x 60 cm.


Nie zablokowała się zbyt dokładnie, ale to 100% wiskoza, więc też cudów się nie spodziewałam. Najważniejsze, że jest mięciutka i bardzo miła w dotyku.
A tak prezentuje się razem z czapką:


Czy u Was również był Sypany Poniedziałek? Bo u mnie całe Święta były sypane. Chciałyśmy z dziewczynami wybrać się na jakąś świąteczną rowerową przejażdżkę, ale chyba bardziej na miejscu byłyby biegówki ;-P  Więc zamiast tego złapałam za druty i szybko skończyłam chustę, bo chyba jeszcze w tym sezonie może mi się przydać. Muszę się Wam też przyznać, że wsiąkłam. Dzierganie chust tak mi się spodobało, że już się rozglądam za jakąś odpowiedniejszą włóczką, bo z pewnością będą następne.

Jeszcze parę szczegółów technicznych, o których zapomniałam. Włóczka Alize Diva Missisipi, kolor nr: 3730. Czapka: szydełko nr 2, waga 92 g; chusta: druty nr 4, waga 88 g.
Copyright © Z kociołka czarownicy , Blogger