Moi obserwatorzy

poniedziałek, 5 marca 2018

Ferie, ferie... i po feriach

Na nartach byłam raptem 10 dni, ale przerwa w pisaniu znowu zrobiła mi się dużo dłuższa. Zawsze po takim wypadzie mam problem z dogonieniem czasu - dlaczego on nigdy nie chce na mnie poczekać?
Jednak w międzyczasie udało mi się chyba rozwiązać problem z (nie-)otwieraniem się mojego bloga. A właściwie nie mi, tylko mojej córce, która jest informatykiem. Tak, wiem, powinnam była od razu ją poprosić o pomoc, problem w tym, że aktualnie dzieli nas jakieś 1,5 tysiąca kilometrów. Na szczęście w końcu znalazłyśmy sposób na zdalne udostępnienie jej bebechów mojego bloggera. Poszperała w kodzie i znalazła. Okazało się, że winny jest widget DaWandy. Tłumaczyła mi w jaki sposób on rozrabia, ale mówiąc szczerze niewiele z tego rozumiem. Najważniejsze, że po usunięciu psuja wszystko wróciło do normy, a przynajmniej tak mi się wydaje 😀.

Na razie jestem do tyłu ze wszystkim, ale zacznę może od kilku wspomnień z wyjazdu zatrzymanych w kadrze. Oto one, z tygodniowym poślizgiem.


Tym razem odwiedziliśmy rejon Madonna Di Campiglio.

Madonna Di Campiglio

Byłam tam pierwszy raz i muszę stwierdzić, że jest on zdecydowanie przereklamowany.


Drogo, mnóstwo ludzi, a trasy... jest kilka fajnych, ale pół dnia trzeba stracić na przemieszczanie się między nimi, bo są rozrzucone po całej dolinie i nie ma jednego wspólnego punktu początkowego.

Takie tłumy ludzi na stokach
Po raz pierwszy też od kiedy jeżdżę w Dolomity spotkałam kolejki do wyciągów w środku tygodnia.


Jednak nie zamierzam narzekać. Wyjeździłam się i wróciłam w jednym kawałku. Czegóż chcieć więcej?


Widoki były piękne, pogoda też niczego sobie.


Trochę słońca, trochę chmur, jeden dzień była mgła.


W górze sporo śniegu, a w dolinie... swojski smog 😉.


A na samym szczycie Monte Spinale (wys. 2101 m npm) taka niespodzianka:


Czasem przydałby mi się taki zimą, coby do domu dojechać 😉. Ale póki co wystarczyły narty:


A oto piękny widok z góry na Madonnę:


My mieszkaliśmy trochę na uboczu w malutkiej mieścinie Bolcenago w takim uroczym hoteliku:


A po nartach obowiązkowe bombardino:

A widzicie co mam na szyi? To smyczka z koralikami (z Preciosy), a na niej wisi komórka, którą zrobiłam większość tych zdjęć 😁. Taki mały handmade'owy akcencik, i oczywiście chainmaillowe kolczyki w uszach 😉

Ale, żeby nie było, że my tam tylko widoki i knajpa, bo na nartach też się jeździło 😉:


I taka mała niespodzianka: na górze trasy slalomowej Miramonti stoi sobie bramka startowa, w której każdy może sobie cyknąć zdjęcie i przez chwilę poczuć się jak prawdziwy narciarz:


Akurat wtedy była mgła i padał śnieg, więc niewiele widać. Zdecydowanie bardziej podobało mi się, gdy było tak:


Na koniec jeszcze taka ciekawostka. Zazwyczaj nie kupuję pamiątek z takich wyjazdów, ale tym razem nie mogłam tego odpuścić. Otóż okazuje się, że jednym z symboli regionu jest... czarownica na miotle! Podobno to właśnie tutaj została spalona na stosie pierwsza czarownica, przynajmniej tak twierdziła nasza pilotka, ale nie udało mi się nigdzie znaleźć potwierdzenia tego faktu. Jednak niezaprzeczalnie czarownice są tu ważnym elementem tradycji. Szukałam takiej latającej na miotle, jak w moim logo, ale wszystkie, które znalazłam były po prostu brzydkie, a przede wszystkim brzydko wykonane. Tak na "odwal się", niestarannie, po prostu byle jak. Moje poczucie estetyki nie godziło się na taką fuszerkę, więc musiałam się zadowolić czarownicą w miotle, o taką:


Muszę znaleźć dla niej jakieś godne miejsce. Chciałoby się powiedzieć: w pracowni, tyle, że ja jeszcze pracowni się nie dorobiłam.

Obiecuję, że następny post będzie już biżuteryjny, a na razie pozdrawiam Was jeszcze raz wakacyjnie 😀.


Mam nadzieję, że problemy techniczne mam już definitywnie za sobą.

2 komentarze:

  1. piękne zdjęcia :)
    choć ja jako zmarzluch wolałabym w ciepełku przesiedzieć;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :) A ja lubię zimę, nie przeszkadza mi mróz i śnieg. A po nartach sauna i jaccuzi ;)

      Usuń