Moi obserwatorzy

niedziela, 20 stycznia 2019

Okrągła rocznica

Kiedy to tak zleciało? Nie wiecie przypadkiem?
Okazuje się, że w tym momencie mija równo 5 lat od czasu, kiedy opublikowałam na tym blogu pierwszego posta. Było to dokładnie 20.01.2014 o godzinie 10:08. Z tej okazji mam dla Was konkurs. Ale o tym będzie na samym końcu, a teraz...

Edit: miałam ustawioną publikację dokładnie na 10:08. O tej godzinie post ze statusu "zaplanowany" zmienił się na "wersja robocza". A ja myślałam, że to tylko fb sobie z nami w kulki leci. No cóż, więc publikuję "z palca", co zrobić...

Teraz pragnę pokazać Wam mój zeszłoroczny bestseller.


Jakieś pół roku temu z hakiem zrobiłam pierwszą taką bransoletkę. Wzór mi się spodobał, więc powstały następne. Spodobał się nie tylko mnie, bo od tego czasu zrobiłam ich jeszcze ponad dwadzieścia i większości już nie mam.


Nawet nie pamiętam, która była pierwsza. Być może, że właśnie ta, zielona.


Bransoletka jest na gumce. Gumka przeprowadzona jest przez wszystkie kulki, następnie zawraca na "podkówce" i z powrotem przechodzi przez wszystkie kulki. Po drodze jest kilka razy przewiązana, a końcówki związane mocno ze sobą i węzełek z kropelką kleju wciągnięty do wnętrza jednego z koralików. To rozwiązanie z wielokrotną asekuracją, żeby przypadkiem nic się nie rozwiązało, ani nie przetarło. Jak dotąd się sprawdza, bo nie miałam jeszcze żadnego sygnału, żeby coś się z którąś stało.


Niby zwykła bransoletka na gumce, ale jednak niezwykła. To czym wyróżnia się ona z tłumu to ten mały elemencik.


Może pamiętacie, kiedyś zrobiłam kilka takich z Romanovem. Tym razem postawiłam na inny splot i ten podoba mi się znacznie bardziej. Ten splot to Turkish Orbital.
Taki pojedynczy element ma dokładnie taki kształt, żeby otoczyć go kulkami, wręcz prosi się o to. 


Widywałam takie kolczyki, ale bransoletek na gumce nie spotkałam, dlatego uznaję to za mój autorski pomysł. Kolczyków zresztą też kilka zrobiłam, mogą być do kompletu.


Użyłam ogniwek o AR = ok. 6,5. Do kulek 8 mm  z drutu 0,8 mm, a do 10 mm z drutu 1 mm. Na jeden element potrzeba tylko 18 ogniwek.
Najwięcej wykonałam ich z bright aluminium, ale były też z mosiądzu:


Brązu


I miedzi (widzicie "drut francuski" własnej produkcji?)


A w kolczykach także ze stali chirurgicznej 6/0,7 mm.


Koraliki, z których bransoletka jest zrobiona to oczywiście kulki minerałów. Stosowałam takie o średnicy 8 lub 10 mm. Kamienie oczywiście dowolne, ale moimi faworytami są zdecydowanie bajecznie kolorowe kulki barwionego kwarcu. Zazwyczaj bransoletki były jednokolorowe, ale jedną zrobiłam nawet tęczową.


Były też z pięknego matowego agatu


Jadeitu


I z hematytu - niezwykle ciężkie


Moje koleżanki stwierdziły, że świetnie komponują się w zestawach ze zwykłymi bransoletkami na gumce, było więc też trochę i takich kompletów.


Ostatnia partia, którą zrobiłam tuż przed Świętami jest bajecznie kolorowa i dopiero co udało mi się im zrobić zdjęcia:


I jak się Wam podobają? Ponieważ zrobiłam ich już sporo i w dodatku to mój własny pomysł uznałam, że ten wzór bransoletki powinien dostać jakieś imię. Tylko jakie? Ja nie jestem najlepsza w wymyślaniu nazw, dlatego zwracam się z tym do Was.

Ogłaszam więc konkurs urodzinowy:


Na wasze propozycje nazwy dla moich bransoletek czekam równo miesiąc od dzisiaj, czyli do 20.02.2019. do północy. Po tym terminie wybiorę tę, która najbardziej przypadnie mi do gustu. Swoją decyzję ogłoszę przed końcem lutego. Autor (autorka) zwycięskiej nazwy otrzyma ode mnie upominek w postaci właśnie takiej bransoletki w dowolnie wybranej przez siebie kolorystyce.

Edit: Wybaczcie, ale wyjątkowo nie będę odpisywać na Wasze komentarze pod tym postem, choć oczywiście wszystkie czytam. Nie chcę robić bałaganu w Waszych konkursowych odpowiedziach. Z góry dziękuję wszystkim za rocznicowe życzenia.

poniedziałek, 14 stycznia 2019

Człowiek całe życie się uczy

Czy w ogóle mnie jeszcze pamiętacie? W sumie to nie zdziwiłabym się gdyby się okazało, że nie. Chociaż z drugiej strony spojrzałam w statystyki i wychodzi, że mimo wszystko jeszcze ktoś tu zagląda. Tak czy inaczej nie było mnie tu już prawie dwa miesiące. To znaczy jakiś miesiąc temu zabrałam się za pisanie, właściwie to nawet napisałam posta, ale brakło mi zdjęć. Przerażające jest to, że przez ten miesiąc nic się nie zmieniło, to znaczy nadal ich nie mam. Dlatego dziś pokażę coś innego.

Jakiś czas temu moja najstarsza córka spytała mnie czy robiłam kiedyś nausznice. No, więc nie robiłam. Ale kiedyś musi być ten pierwszy raz. 
Pod koniec grudnia córka miała urodziny, więc postanowiłam zrobić jej te nausznice na prezent urodzinowy. Miały być delikatne, takie bardziej "elfie" (to jej słowa), choć na szpiczaste uszka się nie zdecydowała. Dlatego jedyną słuszną techniką wydawało się być wire wrapping.
Szczerze powiedziawszy nie bardzo wiedziałam jak się do tego zabrać, myślałam poszukać w sieci jakichś inspiracji i wskazówek, ale ostatecznie poszłam na żywioł. Najpierw zrobiłam prototyp z miedzi, dopasowałam go do ucha, a dopiero potem złapałam za srebro. 
Najtrudniej było uformować bazę z twardego drutu. Zajęło mi to ładnych parę godzin. Ciągle coś odstawało to tu, to tam. Za to owijanie to była już sama przyjemność. 
No dobra, dość tego ględzenia. Oto efekt końcowy:


Kolczyk ma dwa punkty zaczepienia. Jest to sztyft mocowany w standardowej dziurce w uchu i pałąk, który obejmuje małżowinę u góry.


Bazę wykonałam z jednego kawałka srebrnego drutu próby 925. W miejscu złożenia wlutowałam sztyft zakończony z drugiej strony kulką. Na końcach drutu stopiłam kulki i uformowałam zawijaski.


Wybór kamyczków zostawiłam córce, która zdecydowała się ostatecznie na 3 mm fasetowane kulki labradorytu.


Kto choć raz próbował zrobić zdjęcie labradorytowi ten wie, jakie to trudne. Za żadne skarby nie umiałam wydobyć aparatem tego ognia, choć w rzeczywistości wszystkie kamyczki pięknie błyskały na niebiesko przy każdym ruchu.


Zawijasków nie ma za dużo, bo miało być delikatnie, choć muszę się przyznać, że ręce mnie trochę świerzbiły, żeby jeszcze coś dodać.


Nausznice wykonałam na jedno i drugie ucho, no może nie identyczne, ale bardzo podobne. Robiłam je na wymiar i przy okazji okazało się, że w mojej rodzinie każdy (a raczej każda) ma uszy innego rozmiaru.


Na szczęście udało się je dopasować tak, że ani nie uciskały, ani nie próbowały spadać, co zostało dokładnie przetestowane na Sylwestrowej zabawie. Podobno wzbudzały powszechne zainteresowanie.
A tak wyglądają na uchu.
Prawym:


I lewym:


Na zrobienie zdjęć miałam tylko jedno dopołudnie, i to dość pochmurne, więc są jakie są. I lepsze już nie będą, bo kolczyki poleciały z córką do Zurychu.