Moi obserwatorzy

wtorek, 31 października 2017

Ażurowo

Bardzo spodobał mi się temat 4 zadania z szydełka tunezyjskiego, a mimo to nie miałam kiedy się za niego zabrać. Wymyśliłam sobie, co chciałabym zrobić tym ażurem, ale nie udało mi się już wymyślić kiedy.


Entrelakowy kocyk cały czas nie gotowy, a tu już kolejne zadania dobiegają końca. Zdecydowałam więc, że zrobię chociaż próbki tych ażurów. No i zrobiłam. Dwie. Ale żeby nie były one tylko zwykłymi nikomu niepotrzebnymi kawałkami szmatek, to dorobiłam do nich zapięcia i ubrałam w nie kubeczek.
Ażur pierwszy:


I ażur drugi:


Kolory totalnie przekłamane, ale nie mam siły walczyć z moim aparatem, który najwyraźniej widzi rzeczywistość trochę inaczej jak ja 😝. Zdjęć więcej nie ma, ale niestety tylko te dwa nadają się do pokazania publicznie.
Nie mogę powiedzieć, żebym była z siebie zadowolona, ale przynajmniej odrobiłam zadanie. Z pewnością jeszcze się wezmę za te ażury, jak tylko będzie kiedy. Najpierw jednak muszę w końcu skończyć kocyk.

poniedziałek, 30 października 2017

Ogniste ombre

Uwielbiam wszelkiego rodzaju stopniowania. Czy to w wielkości, czy w kolorze. Takie łagodne przejścia, jak u Spielberga.

W poprzednim poście pokazałam gradient rozmiarowy, teraz pora na kolorystyczny. A wszystko za sprawą rocznicowych Cyklicznych Kolorków.


Kiedyś nabyłam, tak na próbę kilka kolorowych miedzianych drucików. Ponieważ były tego niewielkie ilości, to zwlekałam z decyzją, co z tego zrobić, do czasu, aż będę miała bardzo konkretny pomysł. No i w końcu wymyśliłam sobie takie coś:


Już kiedyś robiłam podobne kolczyki, ale tamte jednak były inne. Po pierwsze niebieskie, po drugie innym splotem, a po trzecie z aluminium.
Tym razem kolorki są ogniste: patrząc od góry mamy tu: popiół, ogień, żar i węgiel. chyba się ze mną zgodzicie?


Splot to JPL 3 (w niebieskich był Byzantine). I wreszcie materiał - w tych kolczykach występują ogniwka tylko miedziane, ale za to powlekane. Od góry: posrebrzane, Golden Rose, bordowy i czarny. Wiązałam z nimi ogromne nadzieje, szczególnie z czarnym. Muszę jednak powiedzieć, że jestem trochę zawiedziona. Powłoka nie jest zbyt trwała, co w połączeniu z miękkim drutem miedzianym daje materiał trudny do poskromienia. Posrebrzany jest właściwie ok, kolorowe też jakoś oblecą, ale ten czarny... Niestety okazuje się, że nie jest to żadna powłoka galwaniczna, tylko zwykły lakier, który bardzo łatwo odpryskuje. Ogniwka cięłam mechanicznie i temperatura, która temu towarzyszy (naprawdę niewielka) wystarczyła, żeby podtopić lakier i gdzieniegdzie nawet skleić sąsiadujące ogniwka ze sobą. Więcej jak połowa nie nadaje się do niczego. Jeszcze spróbuję cięcia ręcznego, które jest trochę delikatniejsze, ale już nie robię sobie wielkich nadziei.


A wracając do kolczyków. Wszystkie ogniwka zrobiłam na trzpieniu (ID) 3 mm z drutu (WD) 1 mm, ale te kolorowe są jakby trochę grubsze (szczególnie bordowy). Nie jest to może duża różnica, ale w tak ciasnym splocie jak JPL 3 dało się odczuć i w bordowym splocie z trudem udało mi się przecisnąć ogniwka.


Plecionkę powiesiłam na delikatnych sztyftach z kulką ze stali chirurgicznej, a u dołu doczepiłam po kryształku Fire Polish Pear w kolorze czarnym (Jet). Całkowita długość kolczyka to 5,5 cm, grubość plecionki to ok. 5 mm. Pomimo, że wykonane są z miedzi, to nie są ciężkie. Waga jednego kolczyka (razem z barankiem) to tylko 3,14 g.
Dziś nie mam dla Was zbyt wielu zdjęć. Zdążyłam zrobić tylko tyle przed nadciągnięciem Grzegorza, a wczoraj było tak ciemno, że nawet w południe bez lampy nic by nie wyszło 😠. Dlatego te trzy muszą wystarczyć. No to lecę wrzucić je Stefciowi na ruszt 😀.

piątek, 27 października 2017

Dębowa paprotka?

Tak, wiem. Brzmi to co najmniej dziwnie. Ale podejrzewam, że większość z Was i tak wie o co chodzi.
Po wysłaniu zgłoszenia na ostatnią inspirację kalendarzową postanowiłam w końcu ogarnąć blogowe zabawy, bo jakby miesiąc się powoli kończy. No to zacznę od Cyklicznych Kolorków.


Danusia była w tym miesiącu dla nas wyjątkowo łaskawa i tradycyjnie na rocznicę pozwoliła nam wybrać którykolwiek z kolorów występujących w ostatnim roku. Byłam pewna, że w pudełeczku oczekującym na publikację znajdzie się kilka takich prac - i nie myliłam się, ale niespodziewanie natknęłam się na tę ceramiczną tabliczkę z paprotką i postanowiłam zrobić z niej naszyjnik. A do kompletu jeszcze bransoletkę.


Tabliczka powstała na warsztatach ceramicznych, o których już Wam wspominałam, na fali fascynacji odciskami roślin. Kawałek listka prawdziwej paprotki z mojego ogródka został odciśnięty w mokrej glinie, a po wypaleniu poszkliwiony w specyficzny sposób, dzięki czemu uzyskałam efekt "skamieliny". Jeśli czytaliście mój wpis na blogu Royal-Stone, to na jednym ze zdjęć widać tę paprotkę w pierwszym etapie produkcji, czyli bezpośrednio po uformowaniu w mokrej glinie.


Ponieważ użyłam brązowego szkliwa, to powstała w ten sposób zawieszka idealnie wpasowała się w temat z listopada zeszłego roku, czyli "Dębowiaczki".


Postanowiłam skojarzyć ją z oksydowaną miedzią w formie chainmaille. Punktem wyjścia stały się te kolczyki. Robiłam je wieki temu na lekcję chainmaille poświęconą splotowi Box. Wtedy potraktowałam je patyną do miedzi, która daje znacznie delikatniejszy efekt jak oksyda, jednak teraz musiałam to zmienić. Do glinianej tabliczki pasowała tylko oksydowana miedź, więc cały komplet wylądował w czerniącej kąpieli.


W nawiązaniu do kolczyków splot rozpoczęłam od stopniowanego Boxa, który płynnie przechodzi w Byzantine, również stopniowane (w 2 wielkościach), a do tego doczepiłam miedziany łańcuszek. Naszyjnik jest na tyle długi, że mogłam odpuścić sobie zapięcie. Na szczęście, bo jakiekolwiek miedziane zapięcie jest w Polsce niestety nieosiągalne.


Żeby komplet był pełny (no, prawie), to musiałam zrobić do tego jeszcze bransoletkę.


Zdecydowałam się na prostą plecionkę splotem Byzantine, bez żadnych dodatków.


Taka podoba mi się najbardziej. Dawno nie oksydowałam miedzi, a przecież ona jest taka piękna. Za to polerowanie chainamaillu to prawdziwie syzyfowa robota. Kiedy po kilku godzinach tarcia ściereczką o plecionkę, stwierdzam z satysfakcją, że już, to własnie któreś ogniwko postanowi się przekręcić, pokazując swój mało reprezentacyjny, niewypolerowany tyłeczek. No to trzeba poprawić. A tu znowu jakieś ogniwko... i tak można bez końca.


Nie wiem, czy Stefan łyknie dwa zgłoszenia, ale to nie wszystko co mam na październikowe kolorki. Muszę tylko jeszcze ogarnąć zdjęcia i w poniedziałek pokażę Wam coś ognistego 😁.

środa, 25 października 2017

Podobno nie święci garnki lepią...

Dziś wpadam tylko na chwileczkę z zaproszeniem.

Już kilka razy wspominałam, że od pewnego czasu jak dziecko babram się w glinie. Na blogu Royal-Stone właśnie ukazał się mój wpis na ten temat. Tak więc serdecznie zapraszam.


Wpis ukazał się w ramach akcji "Polecam Royalove", dzięki której cały czas możecie otrzymać ode mnie rabat 12% na zakupy w sklepie royal-stone.pl. Wystarczy tylko użyć kodu: "zkociolka12", który znajdziecie na banerku na górze tego bloga.

poniedziałek, 23 października 2017

Smoczysko



Ta chwila musiała w końcu kiedyś nadejść. Pamiętam, jak gdzieś na początku naszej nauki chainmaille zastanawialiśmy się z Hubertem nad smokiem i wówczas zgodnie stwierdziliśmy, że jeszcze nie teraz. To było dawno i dla mnie właśnie to "teraz" nadeszło. To znaczy, chciałam przez to powiedzieć, że zrobiłam smoka. Z ogniwek. No, z niewielkim dodatkiem wire-wrappingu. Podejrzewam, że gdyby nie ostatni temat kalendarzowej inspiracji, to jeszcze długo by czekał na tę swoją chwilę, ale cóż mogłam zrobić innego na Chiny, jak nie smoka. Chińskiego oczywiście 😜.

Oto moja kartka w kalendarzu.

Chyba nikogo nie muszę przekonywać, jak ważnym elementem chińskiej kultury jest smok. Niegdyś był symbolem chińskiego cesarza i nawet, pod koniec panowania dynastii Qing, był przedstawiony na chińskiej fladze. Współcześnie, pomimo, że przez władze ChRL niechętnie jest używany jako symbol narodowy, to smok w Chinach nadal cieszy się dużym szacunkiem. Jest też jednym z dwunastu zwierząt chińskiego zodiaku. Jest to najczęściej długie wężopodobne stworzenie łączące w sobie cechy wielu zwierząt. W czasach dynastii Han przedstawiano go jako mającego ciało węża, łuski i ogon ryby, rogi wołu, twarz wielbłąda, dwie pary orlich szponów, uszy byka, stopy tygrysa i oczy demona.


No to spójrzmy, co my tu mamy:
Ciało węża - jak najbardziej. wyplotłam je splotem Dragonback, który, jak już pewnie wiecie jest jednym z moich ulubionych.


Łuski ryby - są. Głównie na grzbiecie, gdzie tworzą coś w rodzaju grzebienia, ale także na głowie, w postaci splotu Dragonscale.
Ogon ryby - wydaje mi się, że ten trochę go przypomina.


Rogi wołu - czy na pewno wołu, to nie jestem pewna, ale rogi są jak najbardziej.
Twarz wielbłąda - to był najtrudniejszy element, jak zrobić głowę, żeby wyglądała jak trzeba. Nie wiem czy jest to twarz akurat wielbłąda, ale wydaje mi się, że smok wygląda z nią dość dostojnie.


Orle szpony - tu górę wzięły wymogi techniczne, skoro miało być chainmaille, to te szpony nie mogły być zbyt okazałe, ale za to są czerwone, coby się wyróżniały.
Uszy byka - tu poległam. Cóż mówiąc szczerze nie dałam rady jednocześnie zmieścić uszu i rogów, więc rogi wygrały. Ale za to są długie wąsiska 😁.


Stopy tygrysa - na upartego można by je pod to podciągnąć. Ale w ogóle całe nogi nie mogły być zbyt duże, więc zastosowałam w stosunku do nich taki trochę minimalizm.
I wreszcie: Oczy demona - no, tutaj nie ma żadnych wątpliwości. Oczy z platerowanych niebieskich hematytów wyglądają bardzo demonicznie, chyba się ze mną zgodzicie?


A więc smoka mamy pokrótce omówionego, to pora przejść do strony technicznej projektu.
Tak się złożyło, że robiłam smoka od ogona, więc i w takiej kolejności go omówię.
Płetwę, czy jak kto woli chwost na końcu ogona zrobiłam z łusek, bardzo podobnie jak robiłam kiedyś kwiatki, tyle, że tu są tylko trzy łuski (za to podwójne). Łuski są z anodyzowanego aluminium, a połączyłam je ogniwkami z brązu. Do nich dołączyłam odcinek splotem Full Persian, który pełni funkcję elementu zapięcia. Ta część jest pół na pół z brązu i bright aluminium.
W miejscu, gdzie ogon przechodzi w tułów wyrastają nogi zadnie. Są one podobnie jak ogon zbudowane z Full Persian, a za pazurki posłużyły mi koraliki Miyuki Long Magatama w krwiście czerwonym kolorze.


Ciało, odpowiednio długie, żeby starczyło na naszyjnik zrobiłam jak już wspomniałam splotem Dragonback. Początkowo myślałam, że łuski dodam dopiero na karku, jednak ostatecznie wygrała opcja, że są na całej długości ciała. Na szczęście zachowałam wersję pierwotną, dzięki czemu mogę pokazać, jak rozwiązałam moment przejścia z jednego splotu w drugi.


W wersji ostatecznej łuskami zastąpiłam co trzecie ogniwko "grzbietowe" w Dragonback. W ten sposób nie są one zbyt gęsto, tylko tak jak trzeba. Dodatkowo cały tułów wykonałam tylko z aluminiowych ogniwek, co pozwoliło w znaczący sposób ograniczyć wagę naszyjnika.


Łuski są z mosiądzu, ale ten "amerykański" mosiądz jest trochę inny od tego, który można dostać w polskich sklepach, inny musi być skład stopu (chyba więcej miedzi), bo ma dużo przyjemniejszy dla oka odcień, taki cieplejszy, bliższy kolorowi brązu, jak naszego mosiądzu.


Smok nie ma odróżniającej się szyi, do samego połączenia z głową jest jednakowy. Jedynym elementem, pozwalającym ustalić jej początek jest miejsce, z którego wyrosły przednie łapy. Łapy te są w zasadzie podobne do tylnych, ale część ramieniową zrobiłam trochę szerszym splotem, mianowicie Azidahaka. Jest to tak jakby 3/4 Persian z dołączonym po bokach jednym rządkiem ogniwek połączonych z resztą tak jak Half Persian 3in1. No i są trochę dłuższe.


Wreszcie głowa. To był zdecydowanie najtrudniejszy element. Początkowo myślałam, że spróbuję ukształtować ją z blachy, ale ostatecznie zrezygnowałam z tego pomysłu. Przeważyły dwa argumenty: waga i fakt, że nie jestem jeszcze zbyt biegła w technice lutowania i bałam się, że po prostu nie zdążę. Dlatego zdecydowałam się na wire-wrapping. Szkielet z brązu oplotłam cieńszym brązowym drutem. Czy nie mówiłam już, że nigdy więcej owijania brązem? Na pewno mówiłam i to nie raz. Brąz jest twardy i moje palce bardzo cierpią, ale co ja poradzę, że tak mi się podoba? I tak jest lepszy od mosiądzu, bo przynajmniej się nie kruszy. Tak więc wywrappkowałam "ramę" czaszki i rogi, zrobiłam kilka zawijasów na policzkach, ale samo sklepienie czaszki zrobiłam już chainmaille, splotem Dragonscale (duże ogniwka z brązu, małe z aluminium). Dało to efekt łuski.


Oczy wypełniłam fasetowanymi oliwkami niebieskiego hematytu, co dało trochę demoniczny efekt, a nozdrza kulkami różowego turmalinu. No i jeszcze element obowiązkowy dla chińskiego smoka - wąsy. Są długie, poskręcane, falują wzdłuż boków głowy, a zrobiłam je z kawałka aluminiowego drutu. Nie jest to czyste aluminium, tylko stop "bright", który jest bardzo twardy i sprężysty, więc wąsiska nie będą się odkształcać, w dodatku zawsze będą takie jasne. Dolna szczęka nie jest niczym wypełniona. Nie widać tego, a powoduje kolejną redukcję wagi naszyjnika.


Na koniec pozostało połączyć głowę z tułowiem. Udało mi się to zrobić w sposób prawie niewidoczny, proszę jaka piękna potylica 😜.


Naszyjnik nie ma typowego zapięcia, można powiedzieć, że to lariat. Wystarczy wsunąć ogon do paszczy. Wszystko jest dość "wyboiste" więc trzyma się tam bez konieczności montowania jakiegoś dodatkowego zaczepu. W dodatku jest pewna możliwość regulacji długości - ogon można "ugryźć" w dowolnym miejscu.


Od czubka nosa do końca ogona smok ma 62 cm długości, w tym 3 cm to głowa, 44 cm to tułów, a 15 cm to ogon. Przednie łapy mają po ok 5 cm długości, a tylne 3,5 cm. Po zapięciu otrzymujemy obwód od 45 do 52 cm. Waga całkowita naszyjnika to tylko 108 gramów, czyli niewiele więcej jak naszyjnik australijski z poprzedniego posta. Myślę, że jak na tak dużą metalową rzecz, to naprawdę niewiele.


Jak zwykle można oddawać na smoka swoje głosy. Wystarczy polubić go tutaj. Warto też przejrzeć cały Album Konkursowy. Mimo, że prac jest jakby trochę mniej, to i tak warto je zobaczyć.

Chciałam Wam też przypomnieć jeszcze o cały czas trwającej akcji "Polecam Royalove", dzięki której zyskujecie 12 % rabat w sklepie R-S.



poniedziałek, 16 października 2017

Australia

Uff! To już przedostatnia inspiracja kalendarzowa. A ostatnia też już zrobiona, wysłana, a więc fajrant. Pomysł wykonania prac na wszystkie 12 inspiracji był szalony, ale nie żałuję, choć z pewnością już tego nie powtórzę. Na podsumowania jeszcze przyjdzie czas, a póki co - oto moja Australia:

Kliknięcie w zdjęcie przekieruje do mojej kartki w albumie konkursowym. Tam możecie ją polubić, jeśli uznacie, że jest tego warta. Dziękuję.

Mam nadzieję, że znowu udało mi się Was zaskoczyć. Postawiłam na technikę jeszcze przeze mnie nie wykorzystywaną w tym konkursie. Tak więc moja Australia ujawniła się w ukośnikowym naszyjniku.


Skąd taki pomysł? Szukając inspiracji w sztuce Aborygenów natrafiłam na didgeridoo - to  tradycyjny instrument dęty Aborygenów, jeden z najstarszych instrumentów muzycznych wykorzystywanych przez człowieka. Jest to długa tuba wykonana z eukaliptusowego drewna ozdobiona malunkami. Jej kształt  nieodparcie skojarzył mi się ze sznurem koralikowym.
Zdobienia na didgeridoo wykonane są zazwyczaj w technice malarstwa kropkowego, charakterystycznej dla kultury aborygeńskiej. Ta technika idealnie nadaje się do "malowania koralikami". Najczęściej przedstawia wizerunki zwierząt. Dlatego na moim naszyjniku znalazło się miejsce dla:
kangura:


koralowej rybki:


żółwia morskiego:


i jaszczurki:


W centralnym punkcie umieściłam charakterystyczny zarys kontynentu australijskiego. Trudno jest go pokazać w nieruchomym obrazku, dlatego pokusiłam się o taką animację:


Malując te elementy starałam się zachować charakter typowy dla malarstwa kropkowego. Nieprzypadkowa jest również kolorystyka tła: to spękana w słońcu rudo-czerwona gleba australijskiego interioru i lazurowe głębiny oceanu wokół Wielkiej Rafy Koralowej.
Projekt wzoru oczywiście autorski powstał w programie jbead po ok 1,5 godzinach pracy. No właśnie - czas. Nigdy nie zastanawiałam się ile czasu zajmuje mi zrobienie takiego naszyjnika, ale regulamin konkursu wymaga podania tej informacji, więc tym razem dokładnie to zmierzyłam. I wiecie co? Sama jestem zaskoczona, bo to prawie 30 godzin! Zazwyczaj tego rodzaju zajęcie pełni u mnie funkcje "zapychacza czasu", pozwala unikać "pustych przebiegów" - podczas oglądania telewizji, w kolejce itp. Nie zdawałam sobie sprawy ile to tak naprawdę trwa.
Jednak zanim mogłam zasiąść w fotelu z szydełkiem trzeba było to nawlec:


"To" czyli dokładnie 6144 koraliki. Już drugi raz nawlekałam coś tak wielkiego i mogę chyba powiedzieć, że wypracowałam sobie idealną metodę. Za pierwszym razem zrobiłam to bezbłędnie, tym razem "zgubił" mi się jeden koralik. Czyli na ponad 12 tysięcy nawleczonych koralików, zaledwie jedna pomyłka! Jestem z siebie dumna 😁. Nawlekanie zajęło mi ok. 9,5 godziny.
Wreszcie przyszła pora na najprzyjemniejszy etap, czyli szydełkowanie. To co prawda ponad 18 godzin, ale ta praca się nie dłuży. Zużyłam prawie cały kłębek kordonka (Atłasek).
Tak gruby sznur szydełkowy jest dość wiotki i żeby się nie zapadał, tylko trzymał okrągłą formę trzeba było go czymś wypełnić.


Użyłam kawałka linki o grubości 10 mm. Dzięki temu sznur już się nie zapada, ale nadal jest dość miękki i ładnie się układa.


Wiem z doświadczenia, że zbyt ciężkie zapięcie ma tendencje do przekręcania się na przód naszyjnika, co w tym przypadku byłoby bardzo niepożądane. Dlatego wyszukałam idealne końcówki z tworzywa. Nie wiem co to za materiał, jedni piszą, że plastik, inni, że akryl, jedno jest pewne - są bardzo lekkie i mają lekko metaliczny połysk. To był dobry wybór.


Na koniec jeszcze trochę danych technicznych. Jak Was nie interesuje, to oczywiście nie musicie tego czytać - to głównie informacja dla mnie na przyszłość, takie lekarstwo na sklerozę.
Sznur jest na 24 koraliki w rzędzie i ma 1,6 cm grubości. Przerobiłam 256 rzędów, co dało 48 cm długości + końcówki i zapięcie. Generalnie jak na swój rozmiar naszyjnik nie wyszedł bardzo ciężki. Waży ok 96 gramów, z czego ponad 60 g to koraliki.
Użyte koraliki to Toho Round 11/0 w 10 kolorach: Opaque Terra Cotta, Opaque Sunshine, Opaque Jet, Opaque-Lustered White, Matte-Color Dark Copper, Opaque Mint Green, Opaque-Lustered Turquoise, Transparent Cobalt, Ceylon Forget-Me-Not i Opaque Curry.
Kordonek to Ariadna Atłasek, zużyłam prawie cały kłębuszek (10 g), czyli ok 100 m.
Najbardziej zaskoczyło mnie to 30 godzin pracy.

środa, 11 października 2017

Terapeutyczna miedź?

Niedawno dostałam nietypowe zamówienie. Z początku wszystko wyglądało standardowo: klientka spytała czy mogłaby zamówić bransoletkę taką jak wskazana (dragonback ze stali chirurgicznej), tylko z miedzi. Oczywiście zgodziłam się i  Pani zamówiła dwie bransoletki o długości 27 cm. Byłam zaskoczona, bo nie spotkałam jeszcze nikogo o tak wielkim nadgarstku. Wtedy okazało się, że bransoletki mają być na kostki. Ostrzegłam, że będą one dość ciężkie, na co klientka odparła, że nie ma to znaczenia, bo bransoletki będą zakładane tylko na noc i mają mieć zadanie terapeutyczne - na bóle stawów. Bardzo mnie to zaintrygowało, sama nie jestem fanatyczką medycyny alternatywnej, ale też jej nie neguję. Wcześniej słyszałam już o wielu dobroczynnych działaniach miedzi, ale bez szczegółów, dlatego postanowiłam wgłębić się w temat. Jednak najpierw zrobiłam dwie takie bransoletki:


Noszenie miedzianych bransoletek w zapaleniu stawów to stara ludowa metoda lecznicza. Naukowcy są jednak mocno podzieleni, co do jej skuteczności. Duża część twierdzi, że to bzdura, że nie ma to żadnego wpływu na problem stawów, że to tylko kwestia autosugestii. Jednak, jak wiadomo stare ludowe metody zazwyczaj mają jakiś sens, tym bardziej, że wiara w miedź terapeutyczną pojawiała się w wielu dość odległych od siebie kulturach (u Masajów, Indian południowoamerykańskich, Szerpów, w chińskiej medycynie) i kontynentach, więc są i tacy, którzy próbują to działanie jakoś wytłumaczyć.


Zacznę od faktów naukowo udowodnionych, co do których wątpliwości nie ma. Miedź jest niezbędnym pierwiastkiem śladowym biorącym udział w kilku kluczowych reakcjach enzymatycznych w ludzkim organizmie. To działanie jest dość rozbudowane, więc nie będę się w nie zbytnio wgłębiać, ale jeśli jesteście zainteresowani tematem, to dość obszerne opracowanie na ten temat znajdziecie tutaj. Niepożądany jest zarówno jej niedobór, jak i nadmiar w organizmie, więcej możecie poczytać o tym tutaj. To jeśli chodzi o działanie wewnętrzne. Oprócz tego ma (podobnie jak srebro) działanie antybakteryjne - biobójcze i biostatyczne. potwierdzają to badania naukowe, również w odniesieniu do jej stopów.  Ostatnio coraz częściej korzysta się z antydrobnoustrojowych właściwości miedzi w placówkach takich jak szpitale. Poczytajcie więcej o biobójczych właściwościach metali, to bardzo ciekawe. To i wiele innych ciekawostek znajdziecie też na stronie Europejskiego Instytutu Miedzi.


Ale wracając do bransoletek. Niektórzy ludzie są przekonani, że to właśnie one im pomogły, więc naukowcy próbują jakoś to wyjaśnić. Jest kilka teorii. Jedna z nich głosi, że wielu chorych na zapalenie stawów ma utrudnioną przemianę miedzi dostarczanej z pokarmów, co może nasilać ból stawów, a jony miedzi rozpuszczane przez pot z miedzianej bransoletki mogą wnikać przez skórę do organizmu i w ten sposób łagodzić ból (źródło). Do tego trzeba jeszcze dodać działanie przeciwzapalne i antyoksydacyjne.
Inna teoria głosi, że miedź generuje przepływ energii, która oddziałuje na te bolące stawy. Przyznam się, że nie do końca to ogarniam, ale niektórzy w to wierzą. Bardzo ciekawy artykuł na ten temat znalazłam tutaj. Są to obserwacje własne kogoś, na kogo to działa (podobno) i to bardzo wyraźnie. Autor jest zwolennikiem chińskiej medycyny naturalnej (akupunktura, przepływ energii Chi i te sprawy) i to z nią wiąże terapeutyczne działanie miedzi. Jego nastawienie do tej metody jest bardzo entuzjastyczne (jak na mój gust nawet za bardzo), ale tekst zawiera wiele interesujących informacji, więc polecam do poczytania nawet zagorzałym sceptykom.
Spotkałam się też z teorią, że miedź (ale koniecznie w połączeniu z innym metalem np. srebrem) generuje mikroprądy na powierzchni skóry, których działanie można porównać do zabiegów fizjoterapii. Podejrzewam, że chodzi tu to, że z połączenia dwóch różnych metali i potu, który spełnia tu funkcję elektrolitu, tworzy się ogniwo elektryczne (a raczej mokroogniwo). To ma jakiś sens, ale czy faktycznie działa nie mam pojęcia.
Właściwości antybakteryjne miedzi wykorzystuje się też czasem w walce z dolegliwościami skórnymi, przede wszystkim z trądzikiem młodzieńczym.


W każdym razie moja klientka postanowiła sprawdzić skuteczność tej terapii, którą ktoś jej polecił. Bransoletki miały być całe z surowej miedzi, łącznie z zapięciem, tak, żeby obwód miedzi był zamknięty. To podobno bardzo ważne. Dlatego ukręciłam z drutu miedzianego takie oto zapięcia - haczyki:


Splot, którego użyłam to Dragonback i nadal podtrzymuję moją opinię, że lepiej się on nadaje na bransoletki od Persian Dragonscale, który pokazywałam ostatnio. Oto zbliżenie na splot z góry:


I z boku:


Użyłam ogniwek, oczywiście miedzianych, o parametrach WD = 1 mm, ID = 5 mm (AR = 5), własnej produkcji. Bransoletki miały po ok. 27 cm długości i każda z nich ważyła ponad 40 g. Nie wiem dokładnie ile, bo już po dokonaniu pomiarów musiałam je jeszcze trochę wydłużyć. W każdym razie były dość ciężkie.


Ciekawa jestem czy działają. Pewnie nie wytrzymam i za jakiś czas spytam o rezultaty terapii. Ciekawa też jestem Waszej opinii na ten temat, może macie jakieś własne spostrzeżenia, czy doświadczenia w tym temacie? Jeśli tak, to bardzo chętnie o nich przeczytam.

I jeszcze korzystając z okazji chciałam przypomnieć Wam o akcji rabatowej "Polecam Royalove", w imieniu sklepu Royal-Stone zapraszam na zakupy.