Moi obserwatorzy

piątek, 31 października 2014

Halloween po raz drugi i ostatni

Jakie to szczęście, że październik ma 31 dni Bo gdyby miał tylko 30 to bym się za diabła nie wyrobiła. Ale może jednak zacznę od początku.
To był mój podstawowy projekt halloweenowy, ale obudziłam się za pięć dwunasta (czyli gdzieś około 20 października), że to już. Czasu zostało niewiele na uzupełnienie materiałów, szczegółowy projekt, nawlekanie, szydełkowanie i wykończenie. Na szczęście regulamin konkursu Preciosy wyraźnie zaznacza, że można zgłosić więcej prac w jednym miesiącu, dlatego czekając na materiały zrobiłam dyńki, tak na wszelki wypadek jakbym jednak nie zdążyła. Ale zdążyłam. Na ostatnią chwilę. Zgłaszam więc moją bransoletkę na październikową edycję konkursu Preciosy.


Ostatnio ponarzekałam trochę na koraliki Preciosy, że się do ukośników nie nadają. A tu znowu Preciosa. Tym razem postawiłam na piętnastki w kolorze Crystal Silver Lined. I powiem wam, że są cudne! Podobają mi się znacznie bardziej, jak ten sam kolor od TOHO, mają chyba więcej tego sreberka. Oprócz tego są odrobinę mniejsze. Na szczęście przy tym rozmiarze nie ma mowy o oponkach i było żadnych problemów z ukośnikiem. Uzupełnieniem są różnokształtne koraliki w kolorze Metalic Iris Brown. A oto bohaterka posta we własnej osobie:



Bransoletka wykonana jest ukośnikiem na 32 koraliki w rzędzie. Starałam się szydełkować dość luźno, dzięki czemu jest  bardzo miękka i wiotka. Tło, jak już wspominałam ze srebrzonych koralików Preciosy 15/0, pajęczynki z TOHO Metalic Iris Brown (również 15/0). Pośrodku każdej pajęczynki doczepiłam kawałek łańcuszka z pająkiem, oczywiście koralikowym.


Od początku wiedziałam kto się do niej przyzna i nie pomyliłam się. Moja średnia córka, zagorzała "pająkofanka", kiedy tylko zobaczyła co dziergam, zapytała tylko: "dla mnie, prawda?" Problem w tym, że ona nie cierpi wszelkich zapięć. Bardzo żałuję, że nie miałam w domu żadnej metalowej bazy do bransolet, bo wydaje mi się, że byłoby to najlepsze rozwiązanie dla tej bransoletki. Ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Wkleiłam ją więc w metalowe płaskie końcówki w kolorze mosiądzu. Córka wymyśliła sobie, żeby zamiast zapięcia dać zawiązywany rzemyk. Jednak samemu łatwiej na łapce zapiąć karabińczyk. Dlatego na zdjęciach widać obie wersje zapięcia:




Pajączki miały być początkowo według instrukcji, którą widziałam kiedyś w sieci, ale coś mi w nich nie pasowało i w końcu zrobiłam je całkowicie po swojemu. Odwłok jest z Fire Polish Pear. Głowotułów uplotłam z koralików 11/0 + jeden 8/0. Nogi to na przemian bugle 3 mm i 11/0. Oczywiście wszystko w kolorze Iris Brown. "Szkielet" wykonałam z mosiężnego drutu. Wybrałam go, bo jest sztywniejszy od miedzianego i dzięki temu nogi nie odkształcaja się samoistnie. Są też ciemne strony takiego wyboru. Wierzcie mi, nie chciałybyście oglądać jak wygląda teraz mój lewy kciuk (i opuszek i paznokieć). Zawsze tak jest gdy bawię się mosiężnym drutem. Ale czasem warto ponieść pewne ofiary.
Tak wyglądało stadko pająków jeszcze przed doczepieniem do bransoletki:


A tak wygląda "brzuszek" pająka:


Łańcuszki do ich zawieszenia miałam początkowo po prostu wszydełkować w całość, ale kiedy uświadomiłam sobie kto to będzie nosić - postanowiłam zrobić to trochę bardziej pancernie. Tak więc pośrodku każdej pajęczynki jest koralik 11/0, a do niego dopiero za pomocą ogniwka doczepiony jest łańcuszek. Dodatkowo każde z tych ogniwek przyszyłam do bransoletki:


Bransoletkę kończyłam wczoraj w nocy. Córka koniecznie chciała dziś w niej iść do szkoły, dlatego na zrobienie zdjęć miałam jakieś 20 minut rano. Oczywiście złośliwie po dwóch ostatnich słonecznych porankach dziś musiało być pochmurno. Ale i tak jestem dumna z siebie, bo zdjęcia nie są takie tragiczne i nawet brąz jest brązowy, co wcale nie jest takie łatwe jak by się mogło wydawać. Dlatego muszę w tym miejscu podziękować Caterinie, bo bez jej poradnika to by się nie udało. Kto jeszcze go nie czytał, to polecam się zapoznać, mimo, że jest dość długi.


To na koniec jeszcze bransoletka w miejscu docelowym:


Jeśli przetrwa dzień dzisiejszy bez szwanku, to z pełną odpowiedzialnością będę mogła powiedzieć, że bransoletka jest pancerna. Moja córka jest najbardziej wymagającym testerem trwałości biżuterii jakiego można sobie tylko wyobrazić :)

wtorek, 28 października 2014

Halloween

Nie, żebym była jakąś wielbicielką amerykańskich świąt, ale to akurat daje wielkie pole do popisu dla kreatywności. Symbolem kojarzącym się z nim przede wszystkim jest wydrążona dynia. Ponieważ w tym roku nie posadziłam dyń na grządce, więc wyszydełkowałam je sobie z koralików. Dyńki wykonane są w całości z koralików Preciosa, więc zgłaszam je do październikowej edycji konkursu "My Czech Beads", której temat brzmi: "autumn / Halloween".


Są one wykonane metodą ukośnikową (jak kulki) z koralików 10/0 wokół plastikowej oponki (24x16 mm). Jest ich tylko cztery, choć miałam ochotę na więcej, ale ktoś podstępnie podkupił mi wszystkie oponki ze sklepu (a miałam je już w koszyku!), więc pozostały mi tylko moje zapasy :(
Każda dyńka ma trochę inną minkę.


Gotowe dynie mają ok. 3 cm średnicy i 2 cm wysokości + ogonek. Nie mogłam się zdecydować co z nich zrobić (myślałam o naszyjniku, ale może kolczyki albo brelok?), więc w końcu postawiłam na uniwersalność i każda ma mały karabińczyk, dzięki czemu może być charmsem, breloczkiem, można je też doczepić do bigli, bransoletki lub naszyjnika - co komu będzie potrzebne :) Oto jedna z propozycji:


Koraliki Rocailles Preciosy nie są niestety kuliste, tak jak japońskie, to raczej miniaturowe oponki, w dodatku o dość różnej grubości. Jak przy sznurze prostym nie robi to wielkiej różnicy, tak już w ukośniku niestety tak (a szczególnie na wypukłościach). Koraliki nie chcą układać się w jedną stronę i miejscami wygląda to trochę niechlujnie. Trzeba przerabiać baaardzo luźno, ale wtedy z kolei są szpary :( Już wiem, że jak kulki to tylko z japońskich.
W dodatku nie dysponuję odpowiednim oświetleniem i na zdjęciach słabo widać różnicę w kolorze koralików, na żywo wzór jest znacznie wyraźniejszy. W świetle dziennym, którego zazwyczaj używam kolory są bliższe prawdy, ale na zbliżeniach wzór jest mniej widoczny, za to pod lampką kolory trochę przekłamane, ale za to lepiej buźki widać.
Natomiast pobawiłam się trochę aparatem i uzyskałam efekt, jakby w środku rzeczywiście płonęły świeczki. Takie nieostre wyglądają według mnie znacznie ciekawiej:


Dla ciekawskich: powyższe zdjęcie zrobiłam w trybie makro z odległości ok 30 cm i z lampą błyskową :) Bardzo podobnie je widzę bez okularów, hi, hi :)
Początkowo nie mogłam zdecydować się jak rozłożyć kolory i pierwszą dyńkę zrobiłam na jasnym tle. Jednak wspólnie z moimi dziewczynami stwierdziłyśmy, że na ciemnym wygląda lepiej. Dlatego ostatecznie ją przerobiłam. A dla porównania tak wygląda ten sam wzór w dwóch odsłonach kolorystycznych ( te same koraliki tylko w negatywie).



Gdyby ktoś miał ochotę sobie takie wydziergać, to w zakładce "Moje schematy koralikowe" zamieściłam na nie wzory. Można je pobrać w formacie pdf. Wiem, że czasu już niewiele, ale szybko się je robi, więc może jeszcze zdążycie :) Schematy opracowane są dla koralików Preciosa 10/0.
Koraliki, których użyłam to: Preciosa 10/0 jasno pomarańczowa opaque z powłoką lustered o nieznanej nazwie, Opaque Dark Orange i żółta 8/0 transparentna z efektem rainbow (ogonki). Szkoda, że Preciosa nie opisuje opakowań z koralikami ani nazwą, ani rozmiarem.
A dla wszystkich, co mają ochotę na kilogram koralików, ale jeszcze nie wiedzą jak, lub nie pamiętają zamieszczam banerek. Kliknięcie w niego przekieruje prosto na stronę konkursu :)


poniedziałek, 27 października 2014

Łososiowy komplecik i pudełeczko skarbów

Dziś dla odmiany coś znacznie mniej skomplikowanego jak ostatnio :)
Kiedyś zostałam poproszona o zrobienie sznura-nośnika do naszyjnika. Założenia były następujące: sznur ma być jak najcieńszy i w kolorze pewnej różyczki z żywicy, która ma na nim zawisnąć. Kolor został wybrany komisyjnie (nie bez trudu). Co do grubości wyznaję zasadę, że najcieńszy sznur szydełkowo-koralikowy, który jest jeszcze do przyjęcia, to taki na 4 koraliki. Wiem, że niektórzy robią z trzech, ale mnie się wydaje, że tam już więcej kordonka widać niż koralików, no nie podoba mi się i już. Więc z czterech, oczywiście piętnastek. Taki sznur ma grubość ok. 4,5 mm i jak się okazało nigdzie (prawie) nie można dostać końcówek w tym rozmiarze, a już na pewno nie w złotym kolorze (a takie miały być). Na szczęście w mojej chomiczej naturze kiedyś zakupiłam trochę takich, tak na wszelki wypadek i przydały się jak znalazł. Sznur wygląda tak:


Jest bardzo wiotki i naprawdę cieniutki:


Jednak był taki samotny. No, nie byłabym sobą, gdybym jeszcze czegoś nie wykombinowała do kompletu. Dorobiłam mu więc do towarzystwa bransoletkę. Równie cieniutką (też na 4), ale z dwóch rozmiarów koralików (2 x 15/0, 2 x 11/0). Wyszła bardzo delikatna spiralka:


Zapomniałam im zrobić zdjęcie "rodzinne", więc trochę pobawiłam się edycją i jest:


Kiedy komplecik trafił do właścicielki okazało się, że muszę zrobić jeszcze trzy takie, tylko w innych kolorach. Cóż będzie co dziergać, jak zacznie się listopadowa plucha.
Użyłam koralików TOHO 15/0 w kolorze Iside-Color Rainbow Crystal-Salmon Lined i 11/0 Iside-Color Crystal-Salmon Lined; wykończenia pozłacane.

Na koniec jeszcze chciałam wyjaśnić o co chodziło z tym pudełeczkiem skarbów, o  którym wspomniałam w poprzednim poście. Oto ono:


To wszystko najcieńsze kordonki (takie do piętnastek). Niby nie powinnam być zaskoczona, bo w końcu sama je tam schowałam, ale było to tak dawno temu, że zdążyłam już o nich zapomnieć. Kordonki pochodzą ze zbiorów mojej śp Cioci, która dziergała z nich chyba jakieś koronki, a w moim posiadaniu są od jakichś 18 lat. Chyba tej zimy czeka mnie dużo "piętnastkowych" ukośników :)
Na zdjęciu widać etykietę - kordonki zostały wyprodukowane przez łódzką Ariadnę i są oznaczone numerem 80. Kto pamięta jeszcze, że kiedyś kordonki oznaczane były numerami w zależności od grubości? (od najgrubszej "piątki"przez 8, 25 (atłasek) po 80) - łapka w górę! Bo, kiedy niedawno zapytałam w pasmanterii o kordonek "ósemkę", to pani spytała: "a co to takiego?"

Na koniec jeszcze takie wspomnienie wrześniowych czerwieni - może trochę spóźnione, bo zdjęcie zrobione z początkiem października. To najbardziej ekspansywna roślina jaką kiedykolwiek zdarzyło mi się posadzić, czyli winobluszcz. Chciałam zasłonić nim wiatkę z kubłem na śmieci, ale on chciał więcej. Walczyłam z nim dzielnie parę lat, ale w końcu się poddałam. Zaanektował już ze 20 m ogrodzenia, a ja już tylko przesadzam w inne miejsca te rośliny, które stanęły mu na drodze... Jednak ten widok powoduje, że jestem skłonna mu to wszystko wybaczyć:


środa, 22 października 2014

Październikowe brązy

Biedna żaba u Danusi już ma sporą nadwagę, a po zakończeniu zabawy w kolorki będzie chyba bidulka musiała jakąś drastyczną kurację odchudzającą sobie zafundować, bo już skakać nie da rady. Przybywa brązów na waszych blogach, aż miło patrzeć. Trochę to trwało, ale wreszcie są i u mnie.


Myślę, że nikogo nie zaskoczę, jeśli powiem, że to... tak, spinka do włosów. Ale, żeby nie było już tak oczywiście - wykonana techniką, której jeszcze nigdy nie zastosowałam w biżuterii (bo co do tego, że spinka to biżuteria wątpliwości już chyba nie mamy?), czyli haftem krzyżykowym. Zaskoczyłam Was? Mam nadzieję, że choć troszkę...


"Winowajczynią" takiego właśnie wyboru ogłaszam Danusię Kielar. Aby wyjaśnić dlaczego, muszę się cofnąć w czasie jakieś kilka, a może nawet kilkanaście lat. Kiedy zdecydowaliśmy się podłączyć w domu internet początkowo nie widziałam dla niego lepszego zastosowania, jak wyeliminowanie papieru gazetowego z domu. Dopóki nie odkryłam ile pięknych wzorów (w większości darmowych) do haftu krzyżykowego można tam znaleźć. Wpadłam w coś w rodzaju amoku. Każdą wolną chwilę spędzałam na przeszukiwaniu stronek z wzorami, sporo z nich skrupulatnie zapisując na dysku. Dzięki temu folder "wzory haftu" na moim komputerze liczy sobie ponad 7 GB, prawie 18 tysięcy plików, 2,5 tysiąca folderów + to, co zalega w "Pobranych" i czeka, żebym się wreszcie zabrała za ich posegregowanie. Spośród tego całego bałaganu niektóre wzory podobały mi się bardziej od innych i w ten sposób powstała swoista "lista priorytetów", czyli tego, co koniecznie chciałabym wyhaftować. Kiedy kilka lat temu odkryłam koraliki i na całego wsiąkłam w biżuterię wszystko to powędrowało do lamusa. Aż tu przy okazji zabawy w kolorki trafiłam na bloga Danusi. A tam mnóstwo haftów (zrealizowanych!). I co ciekawe - na palcach jednej ręki mogłam policzyć te spośród nich, które nie znalazły się kiedyś na mojej "liście priorytetów". Zrobiło mi się trochę głupio i pod wpływem jakiejś dziwnej nostalgii zaczęłam przeglądać te moje nieszczęsne 7 GB. I tak trafiłam na ten wzorek:


Zawsze podobały mi się wszelkie celtyckie plecionki i pomimo, że oryginał jest niebiesko-złoty, ja od razu zobaczyłam go w brązach. Musiałam nieźle zanurkować w poszukiwaniu mulin, ale udało się. A przy okazji znalazłam pudełko ze skarbami, ale o tym następnym razem :)
Wzór nazywa się "Złoto Celtów", pochodzi z jakiejś rosyjskiej gazetki, a jego autorką jest Joan Elliott.
Oczywiście nie obyło się bez kilku zmian koncepcji po drodze. Najpierw zamierzałam wyhaftować tylko samą plecionkę - rozmiar idealny na spinkę, ale jakoś nie potrafiłam sobie odpuścić tej ażurowej ramki dookoła. W pierwszej wersji wykonałam ją (jak w oryginale) złotą metalizowaną muliną, ale niezbyt mi się to podobało. Na beżowym tle była kompletnie niewidoczna. Zresztą oceńcie same, bo zanim chwyciłam za nożyczki udało mi się tę wersję uwiecznić. Tak to wyglądało:


I wiecie, co wam powiem? Jakkolwiek wyszywanie tą metalizowana muliną do lekkich nie należy, tak wypruwanie jej to już prawdziwa droga przez mąkę. Ale dałam radę. Złote zostawiłam tylko te "kropy" wewnątrz plecionki.
Potem ruszyłam na podbój pasmanterii. Na szczęście pomimo, że w mojej okolicy zakup rzeczy wykraczających poza ramy "codziennej potrzeby" do najłatwiejszych nie należy, jest jeden chlubny wyjątek: w Wieliczce są dwie świetne zaopatrzone pasmanterie, które nie raz już mi ratowały życie w sytuacjach podbramkowych :)
Była jeszcze przymiarka do koloru miedzianego (został w końcu tylko w narożnikach), ale skończyło się na ciemnobrązowym. Teraz wygląda to tak:


Wzór został wyszyty na beżowej Aidzie podwójną nitką 6 odcieniami mulin "no name" z bardzo starych zapasów w kolorach brązowych, beżowych i złotych + czarna na kontury + metalizowana DMC brązowa, miedziana i złota. A żeby tak całkiem "bezkoralikowo" nie było, to w miejscach, gdzie na schemacie były french knot-y, przyszyłam koraliki TOHO Charlotte 15/0 w kolorze Bronze.


Haft nakleiłam na grubą sztywną tekturę, a spinkę od spodu wykończyłam beżowym Super Suede.


Na koniec całość potraktowałam kilkoma warstwami bezbarwnego lakieru w spray`u, żeby jak najdłużej mi służyła :) Prace wykończeniowe zajęły mi bardzo dużo czasu. Najpierw trzeba było zdobyć lakier. Okazało się, że bezbarwny w spray`u znalazłam tylko samochodowy. Potem trzeba było dobrać klej, który chciałby z tym lakierem współpracować. Sprawdził się tylko klej do drewna, który niestety długo wiąże. Musiałam kleić w kilku sesjach (haft, 2 warstwy tekturki, baza, super suede), żeby mi się to potem nie rozleciało. Dzięki temu montaż (wraz z testami) trwał ponad tydzień. Znajomi często dziwią się jak mam cierpliwość do tych wszystkich oczek, słupków, krzyżyków, koralików... No więc z tym problemu nie mam, ale do czekania aż klej zwiąże to ja cierpliwości nie mam! Ale za to spinka jest naprawdę solidna :)))
Jest też spora (ok. 5,5 x 9 cm) i w większości brązowa, a mam nadzieję, że ta odrobina złota zostanie mi wybaczona.


No, to jeszcze o kolorze brązowym. Jest to mój drugi ulubiony kolor (zaraz po niebieskim), szczególnie jego ciepłe odcienie. W moich ubraniach często się pojawia (zwłaszcza o tej porze roku) zarówno w zestawieniach monochromatycznych, jak i kontrastowych, np. z żółtym lub turkusowym (to zdecydowanie mój faworyt). W biżuterii: kocham miedź, skórę, ale i koralików w tym kolorze trochę się u mnie znajdzie. W wystroju wnętrz: drewno i jeszcze raz drewno! najlepiej sosnowe, ale każde inne też może być, koniecznie z widocznym rysunkiem słojów i struktury. Jak lakier to tylko transparentny. Kiedyś miałam takiego hopla, że ze wszystkich starych mebli, które wpadły w moje łapy skrupulatnie zdzierałam te wszystkie warstwy lakieru i malowałam bezbarwnym. Dodatki do mieszkania też preferuję w palecie od kremu po brąz (tapicerka na fotelach, serwety, obrusy itp.) Nawet portret JP II, który wyszyłam dla siebie utrzymany jest w tej tonacji. Pokazywałam go już tutaj. Ach, jeszcze skojarzenia kulinarne. Jako, że łasuchem jakimś specjalnym nie jestem, to nie będzie to czekolada, tylko coś bez czego dnia jednego bym nie przeżyła, czyli kawa. Bez cukru i żadnych innych dodatków, no ewentualnie z rumem. Czyli niby "czarna", ale przecież jednak brązowa :)

Przy okazji w tak zwanym międzyczasie, w Szufladzie zostało ogłoszone wyzwanie gościnnej projektantki października - Oli, a jego temat to: "Więcej słońca jesienią". Wydaje mi się, że moja spinka pasuje jak ulał, dlatego też ją tam zgłaszam.

I to byłoby na tyle, jak mawiał niegdyś profesor mniemanologii stosowanej Jan Tadeusz Stanisławski.

czwartek, 9 października 2014

W biegu

Pogoda wróciła. Nie wiadomo na jak długo, więc trzeba ten fakt wykorzystać do maksimum. Jesienne prace ogrodowe, ostatnie koszenia trawnika, ostatnie przetwory. Dzięki temu większość czasu spędzam w ogrodzie albo w kuchni. Na robótki wiele czasu nie zostaje. Ale nie oznacza to wcale, że kompletnie nic w tej kwestii się nie dzieje. Wieczorami zawsze coś dłubię. Przede wszystkim odkurzyłam granatowy sweterek, bo latem jakoś nic nie przybyło, a zima coraz bliżej. Za koraliki łapię rzadziej, ale też mi się zdarza. Najtrudniej znaleźć czas na zdjęcia...
No to szybciutko, bo kosiarka woła ;-)

Kiedyś popełniłam takie rivolkowe sztyfty. Pewna znajoma, jak je zobaczyła zapytała, czy nie dałoby się zrobić takich samych, ale na biglach? No, jak nie, jak tak. Oczywiście, że się dało. Wyszły takie:



Jestem bardzo zadowolona, bo udało mi się dorwać bigle do rivolek, w których pomiędzy miseczką a biglem jest trochę przestrzeni, akurat tyle, żeby swobodnie zmieściło się tam oplecenie plecków. Miseczki mają 6 mm, więc można zrobić naprawdę małe kolczyki (moje są na 8 mm kryształkach). Gdyby ktoś pytał, to znalazłam je tutaj. A tak to wygląda po opleceniu (zdjęcie nie powala jakością, ale widać tą "przestrzeń" pomiędzy biglem, a rivolką):


Oczywiście jeszcze plecki:


Kolczyki bardzo fajnie wyglądają na uszach, bo prawie nie widać bigla. Został mi jeszcze jeden komplet - będą więc jeszcze jedne takie kolczyki, tym razem dla mnie. ale to później...

Wykorzystane materiały: srebrne bigle do rivoli, kryształek Rivoli Swarovskiego 8 mm w kolorze Sapphire F, koraliki TOHO Treasure Silver-Lined Med Topaz. 15/0 Silver-Lined Topaz i 8/0 Silver-Lined Frosted Rainbow Sapphire.

PS. Brązowa praca na zabawę w kolorki prawie się robi. Projekt gotowy już od dawna, teraz muszę zanurkować w poszukiwaniu materiałów i to jest ten najtrudniejszy etap. Potem już pójdzie jak z płatka. Widzę, że Waszych prac przybywa w tempie ekspresowym, a ja choć najgłośniej wołałam, że kolor mi pasuje jestem raczej w lesie. Na szczęście czasu jeszcze sporo, nie ma opcji, żebym nie zdążyła :) No, to lecę kosić.

piątek, 3 października 2014

Podsumowanie gry w czerwone i "moje" daniele

Dziś wyjątkowo nie pokażę nic nowego.
Na początku parę uwag odnośnie podsumowania zabawy u Danusi. Jak zapewne większość z Was doskonale wie - zebrało się nas 72 (a właściwie to nawet 73) sztuki! Danusia jak zwykle przygotowała piękne kolaże naszych prac, potrzebowała aż czterech, żeby wszystkich zmieścić :)
Pozwoliłam sobie jeden z nich podkraść:


To ten, na którym znalazła się moja praca. Pozostałe możecie zobaczyć u Danusi klikając w obrazek :)
Kiedy dotychczas czytałam u Was teksty typu: "Ale się tu u mnie zrobiło tłoczno, to za sprawą zabawy u Danusi" - jednak nie do końca zdawałam sobie sprawę, co to oznaczało. Teraz już wiem! Były momenty, że nie nadążałam odpisywać na komentarze. Ja z kolei wiem, że nie udało mi się dotrzeć do wszystkich z Was, ale postaram się to jeszcze nadrobić. Wprawdzie ambitnie pootwierałam sobie sporo linków w osobnych kartach, ale oczywiście nie udało mi się od razu wszędzie zajrzeć, a kiedy wróciłam okazało się, że komputer jest tak zamulony, że tylko reset może mu pomóc. Cóż niestety współdzielę go z moją najmłodszą córką, a że sprzęt już niemłody (niewiele młodszy od niej), to po prostu czasem nie daje już rady. W ten sposób kompletnie straciłam rachubę gdzie już byłam, a gdzie jeszcze nie ;-)
Od momentu zgłoszenia spinki do zabawy w kolory nawet nie tknęłam koralików. Miałam dość wariacki tydzień. Moje dziecko najstarsze na kilka dni zawitało do kraju, trzeba więc było oczy nacieszyć zanim znów zniknie na kolejne trzy miesiące... Poza tym jej autko dawno nie używane obraziło się i cynicznie odmówiło współpracy. Trzeba było więc jak za dawnych dobrych czasów trochę pobawić się w taksówkę ;-) Do robótek brakło czasu i natchnienia.
Natomiast chciałam Wam pokazać, jaki obrazek mogłam obserwować kilka dni temu z mojego balkonu. Może pamiętacie niecodzienne spotkanie mojego psa z danielem? Wspominałam wtedy o rodzince danieli odwiedzającej nas regularnie od mniej więcej roku. Na całe lato rodzice "podzielili" się synkami - jeden chodził z mamą, drugi z tatą. Teraz znowu zebrały się razem. Zbliża się bekowisko. Tak nazywa się okres rui u danieli (odpowiednik rykowiska jeleni). Na filmie widać jak tatuś uczy jednego z synków fechtunku. Drugi miałby ochotę się przyłączyć, ale trochę mu śmiałości brak. Mamusia pasie się w pewnej odległości, przyglądając się ze spokojem tej scence (na filmie nie mieści się w kadrze, więc musicie mi uwierzyć na słowo):

video

Podobno nie często udaje się sfilmować takie sceny w naturze, bo odbywają się one raczej nocą, a w każdym razie po ciemku. "Moje" daniele okazały się na tyle miłe, że wybrały porę popołudniową, kiedy jeszcze jest w miarę jasno. Mam nadzieję, że uda mi się jeszcze załapać na "ciąg dalszy".
Filmik nie jest porażającej jakości, bo kręciłam go zwykłym aparatem fotograficznym i to ze znacznej odległości, ale chyba widać o co chodzi. Ścieżkę dźwiękową pozwoliłam sobie usunąć, bo słychać tam było głównie szczekanie psa sąsiadki i nieustające pytania mojej najmłodszej ;-)
PS. To moja pierwsza próba opublikowania filmu, więc jakby było coś nie tak, to krzyczcie!