Moi obserwatorzy

środa, 15 lutego 2017

Zdążyłam!

Tak jak wspomniałam ostatnio, mam jeszcze coś do pokazania w temacie Jens Pind. Tym razem komplecik. Na ostatnią chwilę, ale zdążyłam.

Po zrobieniu miedzianej bransoletki JPL3 nadal mnie ręce świerzbiły. Naszyjnika nie zdążyłabym już wypleść przed wyjazdem (poza tym nie byłam całkowicie pewna akceptacji), więc zrobiłam kolejną bransoletkę. Bardzo podobną, tylko z innych materiałów. Wybór kolorów nie był całkowicie przypadkowy, bransoletka miała pasować mi do pewnych kolczyków, ale ostatecznie nie musiała, bo kolczyki też zrobiłam. Oto cały komplecik:


Postanowiłam upiec kilka pieczeni przy jednym ogniu i oprócz pozyskania nowego biżutka (tak jakbym ich za mało miała) przeprowadzić kilka eksperymentów.

Bransoletka jest prawie identyczna, jak tamta. Ogniwka to również WD = 1 mm, ID = 3 mm, długość taka sama, tylko karabińczyk zamiast federingu. Jest równie wiotka i pięknie się układa.


No i materiał. Kiedy mój ślubny zobaczył pierwszą bransoletkę stwierdził, że fajnie musiałaby wyglądać dwukolorowa, więc postanowiłam wypróbować ten wariant. Splot JPL3 jest trójkrotny (raport wzoru to 3 ogniwka). Podzieliłam te 3 na dwa kolory: dwa ogniwka z mosiądzu i jedno z anodyzowanego aluminium w kolorze turkusowym. To był pierwszy z eksperymentów, wydaje mi się, że całkiem udany. Dwukolorowy JPL3 jest OK.


Kolejna rzecz to te turkusowe ogniwka. Od razu muszę rozwiać Wasze nadzieje: nie, nie znalazłam źródełka kolorowych ogniwek, niestety. Zrobiłam je z tego bardzo miękkiego drutu, o którym już pisałam kilkakrotnie, że nie nadaje się do chainmaillu. Jednak w pewnych specyficznych okolicznościach da się go wykorzystać. Po pierwsze te ogniwka mają małe AR, a wtedy są one mniej podatne na zniekształcenia, po drugie w tym splocie obciążenie zawsze rozkłada się na dwa ogniwka, czyli nigdy nic nie wisi tylko na tym miękkim.
Żeby zapewnić jak najbardziej ekstremalne warunki przeprowadzania eksperymentu pojechałam w tym kompleciku na narty. Przez ok. dwa tygodnie nosiłam go prawie non stop. Zdejmowałam tylko pod prysznic i na basen. Wszystkie zdjęcia zrobiłam już po powrocie. I jak widać -  większych zniszczeń nie widać. Może niektóre kolorowe ogniwka odrobinę się rozgięły, ale nie na tyle, żeby splot się rozsypał. Czyli kolejny punkt zaliczony z wynikiem pozytywnym.

Kolczyków nie było w pierwotnym zamierzeniu, ale nie wytrzymałam. To kolejny whatif, ale tym razem stopniowany. Podstawowe ogniwka takie same jak w bransoletce, a te większe to kolejno ID = 5, 7, 9 mm, WD zawsze = 1 mm.


Wyszły dość długie, ale i lekkie. Bardzo wygodnie się je nosiło, ani trochę nie przeszkadzały (nawet pod kaskiem). Dopiero na zdjęciu widzę, że niektóre aluminiowe ogniwka "przeskoczyły" na druga stronę, ale nie wpłynęło to na "wrażenie ogólne".


Kolejny punkt eksperymentu był bardziej osobisty. Chciałam sprawdzić swoją odporność uczuleniową na mosiądz. Dlatego użyłam bigli mosiężnych. Na tym polu odniosłam całkowity sukces, bo po dwóch tygodniach nie było żadnej, nawet najmniejszej reakcji, mimo, że w tym samym czasie okazało się, że mój nowy zegarek ma niklowaną bransoletę i na lewym nadgarstku do tej pory mam piękną wysypkę.

I wreszcie ostatni z eksperymentów, którego teraz omawiać nie będę, bo jest on bardziej długofalowy, a dotyczy zabezpieczania metali przed śniedzeniem. Jak widzicie bigle trochę pociemniały, mimo, że na początku odczyściłam je "na złoto". Kiedyś poświęcę temu cały osobny post. Na razie zbieram materiał porównawczy.

Na koniec chciałam się pochwalić, że udało mi się pozyskać wreszcie profesjonalne czarne tło do zdjęć (i nowe, mocniejsze lampy). Teraz jeszcze muszę nauczyć się robić zdjęcia na czarnym. Chyba powinnam się wybrać na przeszkolenie do Ani z Sowiarni, bardzo podobają mi się jej "czarne" zdjęcia. A oto moje początki w tym temacie:


Jeszcze trochę danych technicznych. O ogniwkach już pisałam. Bransoletka dokładnie tej samej wielkości jak miedziana (długość 19 cm, grubość 5 mm), ale wyraźnie lżejsza: tylko 8,2 g. Kolczyki wyszły długie: sam "dyndołek" to 4,5 cm (z biglem 6 cm), ich szerokość to od 5 do 11 mm, a waga: 2, 43 g każdy.


A, i jeszcze banerek, bo ostatnio o nim zapomniałam:



poniedziałek, 13 lutego 2017

Właśnie taki JPL3 uwielbiam!

To, co zamierzam dzisiaj pokazać, to forma Jens Pind, która podoba mi się zdecydowanie najbardziej, czyli JPL3 z ogniwek o WD = 1 mm.
Na początek to, od czego się zaczęło. Jak już kiedyś wspominałam, miałam z tym splotem spore kłopoty. Kiedyś. Winowajcą były niewłaściwe ogniwka, a że wówczas nie dało się kupić lepszych, więc dałam sobie spokój. Dlatego też tym razem nowe podejście do niego rozpoczęłam od przygotowania sobie ogniwek. Własnoręcznie. Żeby AR było dokładnie takie jak trzeba. Chciałam, żeby splot był możliwie jak najbardziej wiotki, dlatego zdecydowałam się na AR = 3,0. Wzięłam więc drut miedziany o grubości 1 mm i stary drut pończoszniczy 3 mm (jako mandrylę). Nacięłam trochę ogniwek i zabrałam się za zaplatanie. Szybko przekonałam się, że to jest dokładnie to, o co mi chodziło. Przygotowanych kółeczek wystarczyło akurat na bransoletkę. Taką:


Mimo, że była to pierwsza rzecz wykonana przez mnie tym splotem, to nie mogłam jej wcześniej pokazać, bo postanowiłam podarować ją mojej koleżance - imienniczce na imieniny i chciałam, żeby to była niespodzianka.


Pomimo użycia dość grubych ogniw bransoletka jest bardzo delikatna. Jej grubość to tylko 5 mm.


I właśnie to w tym splocie podoba mi się najbardziej - jest bardzo gęsty i mięsisty, a jednocześnie cienki i wiotki. Pięknie się układa.


Trochę danych technicznych: parametry ogniwek: WD = 1 mm; ID = 3 mm, AR = 3,0. Na bransoletkę długości 19 cm z zapięciem (sam JPL to 17,5 cm) zużyłam ich dokładnie 120 sztuk. Waga bransoletki to 10,6 g.


Na razie miedź jest surowa, bo nie umiałam się zdecydować czy i jak ją zoksydować. Miałam nadzieję, że decyzję podejmie za mnie nowa właścicielka, ale i ona nie była pewna. W związku z tym bransoletka aktualnie przechodzi "testy". Będę jeszcze dorabiać do niej naszyjnik, jednak to może trochę potrwać, bo muszę przygotować sporo ogniwek. Decyzję co do ewentualnej patyny podejmiemy dopiero jak go skończę.
Jeszcze tylko zbliżenie na sam splot:


Mam jeszcze coś zrobione JPL-em, chciałam pokazać to razem z powyższą bransoletką, ale doszłam do wniosku, że skoro przez tydzień od powrotu nie udało mi się jeszcze zrobić zdjęć, to nie będę dłużej zwlekać i pokażę je osobno, bo jeszcze do żabki się spóźnię ;)

No i zapomniałam o banerku! No to z lekkim poślizgiem: banerek lekcji 14:



piątek, 10 lutego 2017

Ferie i po feriach

Jestem. Wróciłam, a właściwie cały czas jeszcze wracam, bo zaległości mi się porobiły niezłe. Ciągle nie mogę się rozłożyć ze sprzętem do fotografowania, więc dziś zaserwuję Wam trochę zdjęć z wyjazdu.
Powiem Wam, że to jest jedna z jaśniejszych stron posiadania dzieci w wieku szkolnym. Ferie. Z doświadczenia wiem, że jeśli postanowię wybrać się na narty w jakimś lepszym terminie jak ferie (np. w marcu), to zazwyczaj na planach się kończy. Dlatego starałam się jeździć razem (no prawie) z dziećmi. Niestety niedługo się to już skończy, bo mojej najmłodszej już też latka lecą i tylko patrzeć jak skończy szkołę. Ale do rzeczy. Kiedy klub narciarski, w którym jeździły moje dziewczyny zaczął organizować obozy narciarskie w Dolomitach, postanowiliśmy "na doczepkę" utworzyć grupkę "rodzicielską". Zawsze to wygodniej wybrać się w tym samym czasie, co dzieci. Wówczas obiecywaliśmy sobie, że będziemy tak jeździć co roku i początkowo nawet się to udawało. Potem przyszedł kryzys, euro podrożało i nasza grupka zaczęła gwałtownie topnieć. Ja też ostatnio jeździłam w kratkę. Jednak, kiedy w zeszłym roku nie pojechałam ani na ten obóz, ani na żadne inne narty w całym sezonie, stwierdziłam, że tak nie można, bo całkiem zardzewieję.
Jeździmy zawsze z tym samym Biurem Podróży. Podróż autokarem (15 - 18 godzin jazdy) w obie strony + 6-cio dniowy karnet narciarski. Miejsca docelowe są różne. Tym razem był to rejon Val di Fiemme. Jedna z ciekawszych narciarsko lokalizacji. Jedyne do czego można się doczepić to pogoda - jak na tamte rejony wyjątkowo nam się nie udała.

Pierwszy dzień był jeszcze piękny i słoneczny:


Trochę smętne wrażenie robił tylko całkowity brak śniegu wokół. Na szczęście trasy przygotowane jak zawsze perfekcyjnie:


Jest ich tu na tyle dużo, że żeby nie zabłądzić trzeba się wspomagać mapką (tym bardziej, że jazda poza trasami raczej nie wchodziła w grę):


W drugim dniu już się zachmurzyło. Na szczęście zdarzyło się jeszcze kilka krótkich przebłysków słońca:


Dzień trzeci zaczął się dość zachęcająco:


Ale szybko nadciągnęły chmury,...


...z których zaczął padać śnieg (zdjęcie zrobione tuż przed śnieżycą):


i skończyło się robienie zdjęć.
Czwarty dzień był chyba najgorszy (zdjęcie bez retuszu):


Na szczęście po drugiej stronie góry było odrobinę lepiej, a nawet na całe 3 minuty wyszło słońce:


Zdążyłam zrobić 3 zdjęcia i panoramę i już z powrotem schowaliśmy się w chmurze (tej co nadciąga z prawej strony).
Kolejny dzień również spędziliśmy w chmurach:


Ale mimo to humory dopisywały:


A szóstego dnia Cavalese pożegnało nas deszczem (momentami nawet ulewnym):


A oto największa gwiazda przerw śniadaniowych - bombardino, tutejsza specjalność:


A po nartach relaks, czyli np. drutowanie w pozycji horyzontalnej (w naszym pokoju nie było dość miejsca, żeby postawić krzesło):


W rękach trzymam coś, co właśnie zaczęłam, a obok mnie leży coś, co właśnie skończyłam. Kto zgadnie co to jest? Oczywiście pokażę to, ale nie wcześniej jak za tydzień.

W drodze powrotnej do Polski zatrzymaliśmy się na chwilę w Bolzano. Czasu nie było wiele, ale udało się nam odwiedzić Otziego:


Niestety w większości muzeum nie wolno fotografować, ale na pocieszenie do zdjęć pozuje pięknie zrekonstruowana postać tego "człowieka z lodu".

Zdążyliśmy jeszcze zobaczyć starówkę, gdzie uwagę zwraca katedra. Dzięki temu, że budowano ją przez kilka wieków jest niesamowitą mieszanką stylów. W skorupie romańskich murów zamknięte sklepienie z gotyckich łuków i barokowe ołtarze. To tak w dużym uproszczeniu. I jeszcze ta niesamowita dachówka:


A teraz czeka mnie nadrabianie zaległości. zarówno w realu, jak i w sieci. Pewnie nie dotrę z komentarzami wszędzie, gdzie bym chciała, ale obejrzeć postaram się wszystko. Mam też co nieco do obfotografowania.

Na koniec jeszcze taka refleksja. Wakacje. Niby każdy wie co to takiego, a jednak każdy widzi je nieco inaczej. Według mnie wakacje są wtedy, kiedy możemy robić to, czego nie damy rady robić na co dzień i nie musimy robić tego, co należy do naszych codziennych obowiązków, a przede wszystkim o tym myśleć. Dla mnie taki wyjazd to właśnie prawdziwe wakacje (zresztą zazwyczaj jedyne). Przez tydzień z okładem nie muszę robić zakupów, gotować obiadów, myśleć co kupić i zrobić, żeby wszystkim dogodzić, wszędzie mnie wożą, a ja mogę się napić piwa po nartach, bo nie muszę wsiadać za kierownicę. W zamian za to mogę sobie dać w kość na stoku, pójść na basen, albo zalec na wyrku z robótką. W dodatku przez cały ten czas nie miałam dostępu do internetu, co początkowo bardzo mnie wkurzało, ale ostatecznie wyszło mi tylko na dobre. Bo tak naprawdę na wakacje trzeba wysłać przede wszystkim swoją głowę.
Jako, że ten tydzień to był "czas dla mnie", a co najmniej połowa z niego przypadła już na luty, więc mogę chyba zgłosić go do lutowej edycji zabawy u Eli. Wydaje mi się, że wręcz wyrobiłam normę na jakieś pół roku.





środa, 1 lutego 2017

Chainmaille zadanie 15

Wiem, że co niektórzy czekali na ten splot z niecierpliwością. No to macie! Zostawiłam go niejako na deser. Ale przede wszystkim nie chciałam, żeby pojawił się w okresie, kiedy nikt nie ma czasu. Oto banerek dla Was:


Splot Dragonscale na pierwszy rzut oka wydaje się bardzo skomplikowany, ale w rzeczywistości nie taki diabeł straszny jak go malują. Wymaga dobrego doboru ogniwek i skupienia przy wykonywaniu, ale przecież to dla Was nic nowego. W rzeczywistości jest to jakby wiele Helmów połączonych ze sobą niejako warstwowo. Podczas pracy trzeba bardzo uważać, żeby wszystkie ogniwka od razu układały się tak jak trzeba, bo potem nie da się już tego poprawić, tyko trzeba "pruć". Jeśli w gotowym splocie ogniwka jednak mogą się przemieszczać względem siebie, to znaczy, że jest on zbyt luźny. Wyjątkiem jest ostatni, skrajny rządek (a może to kolumna?, w każdym razie to ten, który na banerku jest z boku i jest przyczepiony tylko z jednej strony).

Brzegowy rządek przyczepiony jest tylko z jednej strony.
Z doświadczenia wiem, że najlepiej się sprawdzi zestaw ogniwek z WD = 1 mm, wielkości OD = 6 i 8 mm, czyli AR = 4 i 6. Można też użyć ogniwek różnej grubości, tylko trzeba pamiętać o jednej zasadzie: to mniejsze musi się mieścić (z niewielkim luzem) w tym większym (na płasko), a ID mniejszego powinno być ok 4 razy większe jak WD większego. Może brzmi to trochę skomplikowanie, ale to naprawdę proste zależności.
Małe i duże ogniwka układają się w tym splocie w dwóch różnych płaszczyznach i nigdy nie przechodzą przez siebie ogniwka tego samego rozmiaru, za to zawsze są one ułożone równolegle do siebie. Mam nadzieję, że rozumiecie o co mi chodzi?

Ułożenie ogniwek względem siebie.

Splot jest dość stabilny w obu kierunkach i w obu można go dowolnie rozbudowywać. Częściej spotyka się ułożenie wzdłuż łusek, ale i takie w poprzek wygląda nieźle.

Bransoletka Dragonscale robiona w poprzek.
(źródło zdjęcia)

Dragonscale uważany jest za typowy splot bransoletkowy, ale z powodzeniem można z niego wykonać nie tylko formy długie, a np. kolczyki, czy wisiorki, jak na banerku, a nawet formy przestrzenne jak dobrze Wam znana szyszka.

Forma 3D splotu Dragonscale - szyszka.

Konstrukcja splotu niejako wymusza to, że końcówki najczęściej "ścinamy" pod skosem lub w szpic, wtedy splot jest stabilny i dobrze się układa także w zwisie, niezależnie od tego w którym kierunku go powiesimy.

Kolczyki dragonscale w formie sześciokątnej, łuski ułożone wzdłuż.
Kolczyki Dragonscale w formie rombu, łuski ułożone w poprzek.
(źródło zdjęcia)

Jednak nic nie stoi na przeszkodzie, żeby np. bransoletkę zakończyć "na płasko", czyli linią prostopadłą do kierunku łusek, ale wtedy zapięcie musi być przyczepione na całej szerokości, bo inaczej będzie się nam odwijać.

Bransoletka Dragonscale z zapięciem typu slide, zakończona na płasko.
(źródło zdjęcia)

No i wreszcie splot można połączyć w kółko, również w obu kierunkach. Tak jak w szyszce, jest łatwiej, za to połączenie takie jak w moich bransoletkach to już prawdziwy hardcore i trzeba go robić również po skosie.

Bransoletka Dragonscale połączona w bangle.

Wszystkie powyższe informacje wynikają z moich własnych doświadczeń z Dragonscale i wydaje mi się, że jak ktoś dopiero zaczyna, to mogą okazać się pomocne.
W ogóle mocno się rozpisałam, ale chyba się ze mną zgodzicie, że ten splot zasługuje na więcej uwagi.

Jeszcze na koniec garść tutoriali:
Podałam tylko kilka przykładów, ale to bardzo popularny splot i jak się wpisze w dowolną wyszukiwarkę "chainmaille dragonscale tutorial" to wyskakuje mnóstwo wyników.

Jak już wspominałam poprzednio, wyjeżdżam na kilka dni, dlatego ustawiłam automatyczną publikację tego postu. Mam nadzieję, że ukaże się on o czasie (bo z bloggerem to nigdy nic nie wiadomo), nie wiem, czy będę miała możliwość to sprawdzić. Ale jeśli to czytacie, to znaczy, że się udało.

Czas na zastanowienie minął, teraz pora pochwalić się swoimi smokami:



poniedziałek, 23 stycznia 2017

Kolczyki Whatif

Śmieszna nazwa, nie? O ile dobrze zrozumiałam, to wzięła się stąd, że autor tego splotu postanowił sprawdzić co będzie jeśli w splocie JPL3 zastąpi kilka ogniwek trochę większymi (what if = co jeśli). Kilka to dokładnie dwa z trzech, które stanowią raport tego splotu. I wyszedł taki oto wariant splotu JPL3, który otrzymał właśnie taką nazwę: Whatif. Pomysł zaczerpnęłam stąd.
A oto moje kolczyki:


Ogniwka "bazowe" to: WD = 0,9 mm, OD = 4,5 mm (AR = 3), a te większe to WD = 0,9 mm, OD = 6 mm. Jedne i drugie, podobnie jak bigle w kolorze czarnym. I czarne Fire Polish Pear na końcach.
Zasada doboru ogniwek do tego wariantu jest następująca: mniejsze ogniwka muszą mieć AR odpowiedni dla JPL3 (czyli ok. 2,8 - 3), a te większe muszą mieć taką samą grubość (WD), ich średnica jest w zasadzie obojętna.


Zrobiłam je spontanicznie, po stwierdzeniu, że przydałyby się mi jakieś niewielkie czarne kolczyki.


Nie jest to moje pierwsze podejście do JPL. Ten splot podobał mi się od zawsze i wielokrotnie próbowałam, ale za każdym razem kończyło się to totalną klęską. Było to na początkach mojej ogniwkowej przygody i tak małych ogniwek w naszych sklepach po prostu nie było. Tymczasem splot jest pod tym względem bardzo wymagający. Dlatego teraz, po latach, zaczęłam od zrobienia sobie swoich własnych ogniwek o AR = dokładnie 3. Jednak tego co z nich powstało na razie nie mogę pokazać. Powiem tylko jedno: zakochałam się w tym splocie bez reszty.
Ale wracając do kolczyków: one są naprawdę niewielkie. Długość dyndadełek to tylko 3,5 cm (razem z biglem 5,5 cm), a ich waga to raptem 1,65 g każdy.


Zaczęłam już nawet robić bransoletkę z takich samych ogniwek (tych mniejszych), ale nie jestem pewna czy ją skończę. Doszłam do wniosku, że nie tylko AR ogniwek ma tu znaczenie, ale również ich jakość. Splot z idealnych ogniwek jest po prostu idealny, a z tych zwykłych chińskich jest jakiś taki nierówny, mimo, że na pewno nie ma w nim błędu. Poza tym splot ten najlepiej wygląda z trochę grubszych ogniwek (WD = 1 mm). Najbardziej podoba mi się w nim to, że zrobiony z dość grubych ogniwek jest bardzo delikatny i cieniutki. Z tego samego powodu zrezygnowałam też ze zrobienia JPL5. Miałam nawet spleciony kawałek i doszłam do wniosku, że brakuje mi w nim tej delikatności. Splot wychodził całkiem gruby i jakoś mnie nie ujął. Rozebrałam więc ten kawałek i chyba nie będę już do niego wracać.


Jeśli chodzi o wariant Whatif, to widzę go tylko w takich niewielkich formach jak kolczyki. W bransoletce już nie specjalnie. Zresztą najbardziej podoba mi się najprostsza forma JPL3, jestem nią wręcz zachwycona.

Jeszcze żebym nie zapomniała - banerek lekcji 14:


I lecę do żaby. Może choć raz będę pierwsza.

PS. Jednak zrobiłam bransoletkę. Ale nie tą, o której pisałam w poście, tylko całkiem inną. A potem dorobiłam jeszcze do niej kolczyki. Ale zdjęć już nie zdążę zrobić, więc pokażę je dopiero po powrocie.

piątek, 20 stycznia 2017

Podsumowanie Celticów

Kolejna lekcja za nami, czas na podsumowanie. Sploty celtyckie wyraźnie przypadły Wam do gustu. A niekwestionowaną gwiazdą stały się labirynty. Ale może jednak tradycyjnie zacznę od kolażu:


Liczba uczestników ustabilizowała się nam na pozycji 4. Czy jest szansa, że jeszcze ktoś się do nas przyłączy? A może ktoś planuje powrót? W zeszłym roku było nas znacznie więcej. Wiem, że stopień trudności rośnie, ale może jednak...?

Właśnie uświadomiłam sobie, że nie zrobiłam podsumowania pierwszego roku nauki. Cóż, ostatni okres okołoświąteczny miałam dość gorący i po prostu mi to umknęło. Podsumowanie oczywiście będzie, ale wymaga to trochę czasu, muszę przeanalizować statystyki, popodliczać itp. W przyszłym tygodniu wyjeżdżam na ferie, jeśli będę tam miała internet na przyzwoitym poziomie, to trochę nad tym popracuję, a jeśli nie, to zaraz po powrocie. Obiecuję, że w lutym się takie roczne podsumowanie na pewno ukaże.

A wracając do Celticów. Jak widzicie powstało 6 prac. Dzięki temu, że jest ich tak niewiele, mogę je omówić po kolei każdą z osobna.
Pierwszy swoją pracę pokazał Hubert. Postawił na celtycki labirynt, ale nie taki zwykły, tylko z kryształkami, co w sumie dziwić nie powinno. Jeśli jakimś splotem da się oprawić kryształek to z pewnością zobaczymy to w Sowiarni. W efekcie powstał trochę mroczny, piękny gotycki komplet.
BiBi Blue, która jako druga nakarmiła żabkę pokazała aż trzy prace. Pierwsza z nich to bransoletka wykonana splotem Celtic Vision. Połączenie prostego splotu z efektownym zapięciem dało bardzo ciekawą bransoletkę.
Kolejną pracą BiBi Blue są kolczyki do kompletu. Wykonała je splotem Celic Star z takich samych ogniwek, co bransoletkę i urozmaiciła granatowymi kryształkami. Świetny komplet, szkoda tylko, że nie pokazałaś ich razem na jednym zdjęciu.
Kolej na moją bransoletkę. Nie chciałam powtarzać zaprezentowanych już wzorów, dlatego zrezygnowałam z pierwotnego planu i zamiast labiryntu wykonałam Oko Odyna. To ciekawy, dość prosty splot, podobny do Celtic Vision.
Piąta praca to znowu BiBi Blue, która tym razem zrobiła bransoletkę złożoną z celtyckich labiryntów. Są to labirynty w wersji podstawowej, czyli bez kryształków. Taka forma jest równie ciekawa.
I wreszcie rzutem na taśmę, w ostatniej chwili pokazała swoje dzieło Ania. Zdecydowała się uzupełnić komplet Huberta o drugi naszyjnik, w którym połączyła labirynty (oczywiście z kryształkami) w kostkę 3D i doprawiła jej całkiem pokaźnego "chwosta" z koralików.

Celtic Vision, Celtic Star i Odin's Eye są bardzo do siebie podobne, można powiedzieć, że są zbudowane na takiej samej bazie. Celtic Labirynt skonstruowany jest odrobinę inaczej. Można więc powiedzieć, że mamy tu raptem dwa rodzaje splotów, a jaka różnorodność form z tego powstała. Muszę powiedzieć, że dzięki Wam i Waszej pomysłowości technika chainmaille nie przestaje mnie zaskakiwać. Przed rozpoczęciem naszej wspólnej nauki nie do końca zdawałam sobie sprawę z możliwości jakie ona stwarza.

I jeszcze na koniec mam do Was apel. Ostatni splot jaki mam dla Was przygotowany pojawi się w lutym. Ale nie obawiajcie się, nie oznacza to wcale końca wspólnej nauki. Mam jeszcze kilka pomysłów, ale zanim wprowadzę je w życie chciałabym, aby każde z Was zaproponowało od siebie jeden (przynajmniej) temat lekcji. Może to być jakiś przegapiony przeze mnie splot lub ich grupa, ale może też być jakieś hasło przewodnie (jak ozdoby świąteczne) albo jeszcze coś innego. Zaskoczcie mnie. Na Wasze propozycje czekam do 20 lutego. Możecie je zamieszczać w komentarzach pod tym postem lub przesłać je bezpośrednio do mnie na adres ab.szybalska@gmail.com. Oczywiście na Wasze propozycje i uwagi czekam zawsze, ale tym razem jest to zadanie obowiązkowe. Proszę, pamiętajcie o tym!


środa, 18 stycznia 2017

Moje mroźne warsztaty

Tym postem chciałam przyłączyć się do akcji zainicjowanej przez Elę. Szczegóły znajdziecie tutaj. A klikając w banerek przeniesiecie się do posta pod którym dzielimy się swoimi szaleństwami.


Wbrew pozorom sprostanie wymogom zabawy wcale nie jest łatwe, ale postanowiłam spróbować.
Ela ma rację. Niewiele zdarza się nam robić tylko dla siebie. Początkowo nie bardzo wiedziałam co takiego mogłabym zaprezentować, bo do kina nie chodzę (nie lubię), do kosmetyczki także, zakupy to mój codzienny obowiązek, żadna przyjemność, fryzjer to konieczność życiowa (góra kilka razy do roku), ale jednak znalazłam.
Kiedy pod koniec listopada Beatka (Ranya) ogłosiła, że organizuje foamiranowe warsztaty coś mnie podkusiło i zapisałam się na nie. Było to czyste szaleństwo, nie poparte żadną racjonalną koniecznością. Tego typu prace raczej nie wpisują się w charakter mojej działalności, ale co ja na to poradzę, że tak bardzo mi się podobają? Dodatkowego smaczku dodaje temat warsztatów - kamelia, a tymczasem na ostanie urodziny dostałam piękną kamelię (żywą, w doniczce), ale chyba nie potrafię jej stworzyć odpowiednich warunków, bo kompletnie nie chce rosnąć. Tak więc postanowiłam zrobić jej konkurencję, która na pewno nie zwiędnie. Nawet kolor wybrałam podobny.


To była moja pierwsza styczność z foamiranem. Okazało się że praca z tym materiałem nie jest wcale trudna, za to bardzo żmudna. Wykonanie tego bukieciku zajęło mi ok. 4 godzin. Myślę, że wprawne ręce mogłyby ten czas zredukować maksymalnie o jedną trzecią. To naprawdę bardzo czasochłonna technika.


Po podgrzaniu żelazkiem pianka daje się lekko formować, choć jest dość delikatna, szczególnie dla kogoś, kto tak jak ja na co dzień zazwyczaj pracuje z drutem. Mogłam się o tym przekonać kilkakrotnie rozrywając piankę po przyłożeniu do niej zbyt dużej siły ;)


Na razie bukiecik jest niewielki, ale dostałam na koniec trochę materiałów do ćwiczeń. Co prawda nadal jeszcze czekają, bo chciałam zabrać się za nie wspólnie z moimi dziewczynami, a jakoś nie było czasu. Mam nadzieję, że uda się to w lutym, kiedy młodsza jeszcze będzie miała ferie, a starsza będzie już po sesji. Oczywiście pochwalę się efektami. A na razie ja i moja kamelia jeszcze w Katowicach:

(zdjęcie zapożyczone od Beatki)

Pierwszy termin warsztatów (10 grudnia) nie doszedł do skutku i ostatecznie stanęło na 7 stycznia. Termin ten również nie okazał się zbyt fortunny, bo frekwencja zdecydowanie nie dopisała i ostatecznie byłam jedyną kursantką. Prawdopodobnie przyczynił się do tego również fakt, że ta sobota była najmroźniejszym dniem tej zimy, a Katowice, gdzie odbywały się warsztaty jednym z najzimniejszych tego dnia miast w Polsce. Pomieszczenie, gdzie odbywały się warsztaty też do najcieplejszych miejsc nie należało. Na szczęście podczas formowania płatków i listków podgrzewałyśmy sobie palce razem z pianką na żelazku i dopiero przy montowaniu kwiatków na gałązkach zaczęłyśmy się na całego telepać. Aż dziw, że ta fotka zrobiona po zakończeniu warsztatów nie wyszła ruszona:

(zdjęcie zapożyczone od Beatki)

Na koniec jeszcze jeden aspekt "egoistyczny". Do Katowic wybrałam się pociągiem, co spowodowane było głównie względami ekonomicznymi. Niemniej jednak tam i z powrotem pokonałam około dwustu kilometrów nie wsiadając za kierownicę. Ostatni raz taka sytuacja przydarzyła mi się dwa lata temu, a od kiedy przestaliśmy z dziećmi jeździć na wakacje -  może ze 3 razy. Tak więc zamiast ślipić na drogę mogłam w spokoju poczytać książkę, a od czasu do czasu zerkając za okno podziwiać widoki. Muszę tak robić częściej.