Moi obserwatorzy

czwartek, 30 marca 2017

Podsumowanie smoczych łusek

Już za chwilę nowy miesiąc i nowa, 17 już lekcja, a tymczasem jestem Wam jeszcze winna podsumowanie lekcji 15. Temat był wymagający i widać to dobrze po efektach naszej pracy. Prac wpłynęło niewiele, ale za to jakie! Proszę, oto kolaż:


Zameldowaliśmy się na mecie w - można powiedzieć - stałym, czterosobowym składzie, ale akurat w tym przypadku jest to w pełni zrozumiałe. Dragonscale jak już napisałam wyżej, to splot bardzo wymagający i z pewnością nie nadaje się na początek nauki, ani nawet na powrót po przerwie. Dlatego tym razem nie będę narzekać, że tak nas mało.

Wydawać by się mogło, że splot ten nadaje się tylko na bransoletki, a tymczasem okazuje się, że niekoniecznie. Zachwycił mnie "łapacz koszmarów" Huberta. Zresztą bransoletka też nie musi być taka oczywista, co udowodniła Bibi Blue.

Zdjęcia mówią same za siebie, więc nie zamierzam dłużej przynudzać, powiem tylko, że poradziliście sobie z tym trudnym tematem śpiewająco. Myślę, że do Dragoncsale będziecie jeszcze wracać (pewnie jak czas pozwoli). A tymczasem temat następnej lekcji jest znacznie łatwiejszy, więc może będzie więcej prac do pokazania.

wtorek, 28 marca 2017

Nadal nie mogę zrozumieć...

... co ma wspólnego biskup z pięknem natury. Ale cóż, niezbadane są ścieżki, którymi błądzą myśli naszej Danutki.


A skoro tak, to nie było wyjścia, tylko trzeba się było brać za tego biskupa. Od razu muszę wyznać, że taki kolor nijak nie mieści się w zakresie moich ulubionych. Nie lubię ani różu, ani fioletu, więc próżno szukać czegoś podobnego w mojej szafie, czy mieszkaniu. No może w ogródku latem coś by się znalazło, ale też pewności nie mam.
A jednak w pudełkach z przydasiami udało mi się wygrzebać kamyczki w kolorze, który w 100% odpowiada moim wyobrażeniom na temat koloru biskupiego. Jest to "marmur ametystowy", który zakupiłam już chwilę temu, ale nie mogłam się zdecydować czy oprawić go w złoto (mosiądz) czy srebro (bright aluminium). Wyszło więc, że gdzie dwóch się bije... i oprawiłam go w beż (brąz). Na razie powstała tylko biskupia bransoletka, ale w planach są jeszcze kolczyki i wisiorek. Tyle, że w nich nie byłoby 50% koloru biskupiego, więc zostawiłam je na inną okazję (albo bez okazji).


Bransoletkę mam już gotową od dość dawna, ale stale nie mogłam się zabrać do zdjęć. W dodatku to wyjątkowo niefotogeniczny kolor i bardzo trudno jest uchwycić na zdjęciach prawdziwy odcień. Całe szczęście, że marzec ma aż 31 dni.
Bransoletka jest dość prosta. Taka forma pojawiła się już u mnie kilka razy. To kolejna bransoletka na gumce z elementem chainmaille.


Element chainmaille wykonałam z brązu, który ma kolor zdecydowanie beżowy i nadspodziewanie dobrze komponuje się z biskupim fioletem marmuru.


W odróżnieniu od moich poprzednich tego typu bransoletek jest on zdecydowanie delikatniejszy i mniejszy. W centrum mamy więc pojedynczy element Romanov z 6 mm kulką w środku, do tego duże kółka łączące go z resztą bransoletki. Cały element ma tylko niecałe 3,5 cm długości i 1,5 cm szerokości.


Część na gumce to 8 mm kulki marmuru. Jak zwykle w miejscach łączenia jej z częścią chainmaillową gumkę przeprowadziłam przez metalową osłonkę do linek, żeby się zbyt łatwo nie przetarła.


Bransoletka jest bardzo wygodna tak do zakładania, jak i do noszenia. Waży ok. 18 g, a jej wewnętrzny obwód (bez rozciągania) to 17,5 cm. Będzie pasowała na każdy (no, prawie) nadgarstek. Wydaje mi się dobrą propozycją na wiosnę, jeśli ktoś oczywiście lubi takie kolory.
Mam nadzieję, że Stefan podzieli moje zdanie i łyknie ją bez zadławienia.

czwartek, 23 marca 2017

Japońska fascynacja - dyndadełka

Jakoś nie mogę się ostatnio zmobilizować do aktywności tutaj i zniknęłam na jakiś czas, a upłynął mi on głównie na walce ze sprzętem. Zaczęło się od tego, że strzelił mi ostatni brzeszczot i czekając na dostawę postanowiłam zrobić trochę porządku w papierach. Główną rolę w tej bitwie odegrała moja drukarka i niestety muszę się przyznać, że poległam na całym froncie, no po prostu leżę i kwiczę, pokazała mi środkowy palec. Straciłam kilka dni na walkę, zamiast wykorzystać tę odrobinę wiosennego słońca do porządków w ogródku lub chociaż porobienia zdjęć. Tak więc, kiedy się wreszcie poddałam, zaczęło lać, a ja mam sporo rzeczy do pokazania, tylko ich zdjęć nie mam. Zacznę więc od tego, co przynajmniej częściowo udało mi się wcześniej obfocić.
Ostatnio omówiłam proces powstawania kwiatów, a zgodnie z zapowiedzią dzisiaj rzecz będzie o spiralach, czyli dyndadełkach. Oczywiście japońskie ozdoby do włosów nie zawsze je mają, ale według mnie powinny. Czyż nie mam racji?


W oryginalnym kanzashi te zwisające elementy to kaskady płatków. Jednak gdybym coś podobnego próbowała zrobić chainmaillem to ważyłoby to z tonę. Dlatego musiałam zdecydować się na wersję uproszczoną. Najbardziej spasowała mi tu forma spirali.


Co tu dużo mówić: lubię wszelkie spirale i często je wykorzystuję w swoich pracach - tych koralikowych, i makramowych, ale w chainmaille jeszcze ich nie było. Co nie znaczy, że nie próbowałam. Próbowałam, ale mi nie wychodziło :( Dopiero ostatnio dowiedziałam się, że to nie mój problem, tylko ten typ tak ma i zwykła spiralka 4 in 1 nigdy nie będzie samodzielnie trzymać formy, tylko będzie się rozkręcać. Przygotowując temat ostatniej lekcji chainmaille trafiłam na ten artykuł i wszystko stało się jasne. Tu potrzeba "sposobu".
Jednak zanim się o tym dowiedziałam sama próbowałam jakoś sobie z tym poradzić. I tak trafiłam na ten splot: Inverted Spiral. Przymierzałam się już do niego przy choinkowych ozdobach, bo widziałam wyplecione nim laski choinkowe, ale brakowało mi odpowiednich kolorowych ogniwek i odłożyłam go na później. Tym razem wydał mi się bardzo odpowiedni. Oczywiście musiał być dwukolorowy. Postawiłam na moje ostatnio ulubione połączenie: miedź + mosiądz. Miedź oczywiście lekko zoksydowana.


Początkowo splot wydawał mi się dość trudny, ale to tylko pozory. Jak już załapałam co i jak, to plotło się bardzo komfortowo. Tym bardziej, że wzór ma raport (powtarzający się fragment) złożony tylko z 4 ogniwek.
Splot jest dość ażurowy, skręt trzyma się mocno. Dokładnie o coś takiego mi chodziło. Żeby było jak najdelikatniej użyłam cienkich ogniwek: WD = 0,8 mm; ID = 3,5 mm (AR = 4,4). Grubość spirali to ok. 7,5 mm, a jej długość razem z końcówką to 15,5 cm. Oto zbliżenie na splot:


Na końcu koniecznie musiałam jeszcze coś powiesić. Początkowo był to kryształek Fire Polish Pear między dwoma łuskami:


Ale ostatecznie zostawiłam tylko jedną miedzianą łuskę:


Nie ukrywam, że splot ten został zapisany jako kolejny na mojej liście ulubionych i pojawi się jeszcze w innym wydaniu.

Tę spiralkę umieściłam centralnie, ale po bokach chciałam dać coś delikatniejszego. Zrobiłam kolejne podejście do 4 in 1. Miałam nadzieję, że po obciążeniu jednak zachowa spiralną formę. Oczywiście nic z tego. Zamierzam wykorzystać ją w innym projekcie (pomysł już jest).
I wtedy znalazłam informację, że jednym ze sposobów na zachowanie skrętu jest Spiral 8 in 2. Robi się ją bardzo podobnie jak 4 in 1, tylko zawsze zamiast jednego ogniwka daje się dwa. No i AR musi być trochę większe. Zrobiłam kawałek i ... Bingo! Faktycznie trzyma formę jak należy. Splot wygląda trochę masywniej, mimo, że wcale gruby nie jest -  raptem jakieś 6 mm. Użyłam mosiężnych ogniwek WD = 0,8 mm; ID = 4 mm (AR = 5). Długość razem z końcówką to 14,5 cm.


Na końcu obowiązkowo łuska z kryształkiem, tym razem mosiężna.


Nie byłam w stanie zrobić jeszcze delikatniejszej spiralki, dlatego ostatnie - skrajne dyndadełka to już tylko łańcuszek. A konkretnie cienki kulkowy łańcuszek z mosiądzu zakończony kryształkiem (już bez łuski).
Dyndadełka o stopniowanej długości - pośrodku najdłuższe i coraz krótsze po bokach.


Obie spiralki zgłaszam na 16 lekcję chainmaille:


A następnym razem pokażę inne sposoby na Spiral. Właśnie przyszła przesyłka z zamówionymi brzeszczotami do piłki, więc mogę się brać za produkcję ogniwek, bo chwilowo mi brakło, a uciąć już nie miałam czym.

środa, 15 marca 2017

Japońska fascynacja - kwiaty

No właśnie; fascynacja jak fascynator. Nie wiem dlaczego, ale bardzo nie lubię tego określenia. Jakoś mi nie leży. Dlatego pomimo, że moja praca to według definicji "fascynator", ja pozostanę przy skromnej "ozdobie do włosów".

Od początku bardzo chciałam na kalendarzowy konkurs wykonać wreszcie coś całkowicie chainmaillowego. Tymczasem ciąg skojarzeń zaprowadził mnie do kwiatów kanzashi. Trzeba było jakoś to połączyć. Na szczęście nie okazało się to trudne. Chainmaillowe kwiatki z łuseczek już przecież robiłam, i pięcio- i sześcio-płatkowe. W tym przypadku intuicyjnie wiedziałam, że powinny one być pięciopłatkowe. Dopiero później doczytałam o numerologicznych preferencjach w japońskiej tradycji.


Przy próbie odwzorowania formy kanzashi wydały mi się istotne przede wszystkim dwa elementy: wielowarstwowe płatki i środek podkreślony koralikiem. Tak wyglądała pierwsza wersja:

(płatki: aluminium, ogniwka: mosiądz, szklany kryształek 6 mm)
Jest bardzo podobna do moich dotychczasowych kwiatków. Tylko płatki dałam podwójnie, a w środku umieściłam kryształek. Ten kwiatek wprawdzie nie wylądował  w ostatecznej wersji mojej ozdoby, ale nie znaczy to, że mi się nie podoba. Najprawdopodobniej skończy jako wisior.
Przy drugiej przymiarce dwie warstwy płatków ułożyłam na przemian i połączyłam je niezależnie.

(płatki: aluminium i miedź, ogniwka: ze stopu żelaza i aluminiowe, kryształek szklany 6 mm)
Kwiatek zyskał lekko przestrzenną formę, co zdecydowanie mi się spodobało.


Pasował mi tu bardziej okazały środek i wykorzystałam w tym celu gwiazdkę z 6 mm kryształkiem w środku. Gwiazdka jest dokładnie taka sama, jak te choinkowe, tylko udało mi się jeszcze do środka wcisnąć kryształek.


Sporo wysiłku kosztowało mnie połączenie tego wszystkiego "na sztywno". Pierwotnie próbowałam zrobić to posrebrzanymi miedzianymi ogniwkami, ale okazały się zbyt miękkie i musiałam zamienić je na znacznie twardsze, żelazne. Tak to wyglądało od spodu, zanim wylądowało na grzebieniu:


Mniejsze kwiatki zrobiłam podobnie jak wewnętrzną część tego większego.

(płatki: mosiądz, ogniwka: mosiądz i aluminium, szklany kryształek 6 mm)
W utrzymaniu formy 3D wydatnie pomogły mi gwiazdki z kryształkami.


Tym razem ogniwka łączące wykonane są z mosiądzu. A tak wyglądało to od spodu (w ostatecznej wersji te najmniejsze łączące ogniwka między płatkami zamieniłam na jeszcze mniejsze, ale nie zrobiłam już po tym zdjęcia):


Kiedy wszystkie kwiatki wreszcie samodzielnie trzymały zadaną formę, ...


...przystąpiłam do wykonania grzebienia. Niestety nie mam zdjęcia samego grzebienia, choć byłam pewna, że go zrobiłam, ale wyglądało to mniej więcej tak:


Uformowałam go z grubego (1,2 mm) drutu mosiężnego, zlutowałam końce drutu, "zęby" skręciłam kilkakrotnie i całość wyklepałam celem usztywnienia. W efekcie jest on dość sprężysty, ale nie odkształca się.
I wreszcie przyszła kolej na umocowanie kwiatków. Nie wierzyłam, że dam radę zrobić to tylko i wyłącznie za pomocą ogniwek, a jednak udało się.

Widok od góry, widać wyraźnie trójwymiarowość kwiatków.
Nakombinowałam się przy tym jak koń pod górę, ale dałam radę :D Na koniec jeszcze połączyłam kwiatki ze sobą i z grzebieniem za pomocą splotu Euro 4 in 1 i tak to teraz wygląda od spodu:


Na temat kwiatków to właściwie wszystko. W następnym poście poruszę kwestię spiralek.

Na koniec chciałam się trochę pożalić. Albo technika chainmaille nie budzi specjalnego zachwytu w narodzie, albo jest dla większości zbyt egzotyczna. Ciężko się z tym przebić do ludzi. Niby oglądają, ale mało kto kupuje. Moja praca w konkursie też zebrała jak dotąd niezbyt wiele głosów, a kiedy pokazałam wire-wrapping było ich znacznie więcej. Zresztą jak patrzyłam w starszych edycjach pojawiło się już kilka prac chainmaillowych i również tych głosów miały niewiele. Nie mam już pomysłu jak przekonać ludzi do takiej biżuterii.

Żeby jednak nie było tak smętnie zakończę jeszcze kilkoma zdjęciami:





piątek, 10 marca 2017

Kwiaty we włosach...

Ale tych z pewnością wiatr nie potarga, bo zrobione są z metalu. I bynajmniej nie są to stalowe magnolie, raczej lotosy.
Cóż, znowu skusiłam się na kalendarzowy konkurs Royal Stone. Tym razem tematem inspiracji była Japonia, a tak wygląda moja interpretacja tematu:


Po ogłoszeniu tego tematu miałam tysiące pomysłów. Tym bardziej, że moja córka od kilku lat przeżywa fascynację Japonią, więc jestem jakby trochę na bieżąco. Miałam ochotę zrobić więcej prac, jak tę jedną, ale okazało się, że ta zajęła mi znacznie więcej czasu niżbym chciała i po prostu nie zdążyłam.
Praca jest oczywiście chainmaillowa, a dlaczego właśnie taka i co to właściwie jest? Może po prostu przytoczę tu uzasadnienie, które dołączyłam do zgłoszenia:
Na hasło "Japonia" nasunęło mi się mnóstwo skojarzeń. Wiele z nich mogłabym wykorzystać, jednak nie były to skojarzenia biżuteryjne. Owszem przy tworzeniu współczesnej biżuterii wykorzystuje się wiele tradycyjnych japońskich technik (jak mokume gane, kumuhimo, origami), ale nie są to techniki typowo biżuteryjne. Okazało się, że coś takiego jak tradycyjna japońska biżuteria (w naszym, europejskim rozumieniu tego pojęcia) właściwie nie istnieje. Nie oznacza to wcale, że Japonki i Japończycy nie lubili się stroić. Po prostu ich ozdoby to nie bransoletki, czy pierścionki, a przepiękne kolorowe kimona, wachlarze, parasolki i... fantazyjne, bogato zdobione fryzury. I właśnie te ostatnie stały się moją inspiracją, tym bardziej, że zawsze wszelkie spinki do włosów traktowałam jako pełnoprawną biżuterię. Oryginalne japońskie kanzashi to kwiatowe ozdoby wpinane we włosy za pomocą szpilki lub grzebienia i wykonane z jedwabiu. Moja praca zainspirowana jest formą kanzashi, jednak postanowiłam wykonać ją z materiału bliższego mojemu sercu, a mianowicie z metalu. Do wykonania kwiatów wykorzystałam metalowe łuseczki (z mosiądzu, miedzi i aluminium), które połączyłam przy pomocy ogniwek w formę przypominającą kwiat lotosu. Z grubego mosiężnego drutu uformowałam grzebień, do którego przymocowałam te kwiaty używając tylko i wyłącznie techniki chainmaille. Często spotykane przy kanzashi są również elementy shidare, czyli kaskady płatków imitujące pędy wiśni piłkowanej, zwisające swobodnie na włosach. W moim kanzashi występują one w postaci chainmaillowych spiralek zakończonych łuseczką z kryształkiem. Cała ozdoba wykonana z metalu jest dość ciężka, ale po wpięciu we włosy kompletnie się tego nie czuje i naprawdę nosi się ją dość komfortowo.
No właśnie, zrobiłam kanzashi z metalu. Pomysł może trochę karkołomny, ale naprawdę się sprawdził. Pomimo, że cała ozdoba waży aż 80 g, to we włosach ten ciężar gdzieś znika. Tylko i wyłącznie za pomocą ogniwek udało mi się całość tak połączyć, że grzebień wpięty we włosy trzyma się bardzo stabilnie na swoim miejscu. Był testowany przez ok. pół godziny przez najbardziej wymagającego testera biżuterii, jakim jest moja córka. Na dodatek ona, która zwykłego warkoczyka nie toleruje, stwierdziła, że ten kompletnie jej nie przeszkadza.


Fryzura upięta na szybko, zresztą mistrzem fryzjerskim nie jestem i nigdy nie będę, więc patrzcie proszę tylko na ozdobę.
Kwiaty trzymają się "na sztywno", za to wszystkie elementy wiszące cudnie grzechoczą przy każdym ruchu.
Praca zasługuje na zdecydowanie bardziej szczegółowe omówienie, zwłaszcza w kontekście chainmaillowym, ale dziś ograniczę się tylko do ogólnej prezentacji, tym bardziej, że właśnie został opublikowany konkursowy album na facebookowym profilu sklepu, a ja na razie nie mam zbyt wiele zdjęć. Zapraszam więc do podziwiania prac, a jeśli uznacie, że warto moją "polubić" to będę niezmiernie wdzięczna :)
Jeszcze tylko kilka ujęć:

Boczkiem.

W swobodnym zwisie (dokładnie tak jak we włosach).

Na leżąco. Widoczny grzebień.
A szersze omówienie i więcej bardziej szczegółowych zdjęć wkrótce :)

Szczegóły konstrukcji i powstawania kwiatów znajdziecie w tym poście, a dyndadełek tutaj.

środa, 8 marca 2017

Roczne podsumowanie nauki chainmaille

Wiem, obiecałam, że zdążę do końca lutego, ale ten luty jakiś taki krótki był i w końcówce miesiąca wskoczyło mi kilka pilniejszych rzeczy, dlatego jest dopiero teraz.


W ciągu pierwszego roku nauki przerobiliśmy 10 grup splotów i ich jedną kombinację. Dwunaste zadanie to był freestyle. Może przypomnę te tematy:
  1. Mobius
  2. European
  3. Japanese
  4. Helm
  5. Inverted Round
  6. Box
  7. Byzantine
  8. Full Persian
  9. Half Persian
  10. Euro + Persian
  11. Not Tao
  12. Christmas
Poddałam analizie strukturę zgłoszeń do poszczególnych lekcji i otrzymałam takie wyniki:

1. Zgłoszenia:
W sumie przez cały rok do zabawy wpłynęło 113 zgłoszeń, średnio niecałe 9,5 zgłoszenia na temat. Najwięcej, bo aż po 13 zgłoszeń było do tematów: Helm, Inverted Round i Byzantine, a najmniej - tylko po 6 zgłoszeń do Full Persian i Not Tao.

2. Uczestnicy:
Przez cały ten okres przez zabawę przewinęło się 10 osób (razem ze mną), z czego 2 raczej okazjonalnie (jedna i dwie zaliczone lekcje). Czyli można powiedzieć, że stałych uczestników było 8 sztuk. Najwięcej osób pokazało swoje prace z Mobiusem, bo aż 8 + jedna po czasie i Byzantine (8). Najmniej było nas przy Full Persian i Not Tao (tylko po 4 osoby).
Jak widzicie na banerku podsumowującym znalazły się dwa nasze ulubione sploty.

3. Prace:
Jak widać zgłoszeń było więcej jak uczestników, a to oznacza, że czasem zgłaszaliśmy więcej prac jak jedną na daną lekcję. W dodatku w niektórych zgłoszeniach było po kilka prac. W efekcie przez cały rok pokazaliśmy aż 184 różne elementy biżuterii (głównie). Prym wiodły kolczyki (73 pary) i bransoletki (53 sztuki), ale były też naszyjniki/wisiorki (34), breloki/zawieszki, również na choinkę (razem 20 sztuk) i 4 inne elementy (broszka, różaniec, pierścionek i spinka do włosów). A właściwie jeszcze więcej, bo Bibi Blue, która dołączyła do nas z opóźnieniem odrobiła 3 zaległe lekcje pokazując po terminie jeszcze 2 pary kolczyków, 2 bransoletki i brelok. Spośród wszystkich pokazanych prac udało się stworzyć aż 21 kompletów.
Najwięcej prac powstało z Helma (24), Byzantine (22) i Mobiusa (20), a najmniej z Not Tao (8).

4. Aktywność:
A oto nasi prymusi (w tym zestawieniu nie brałam pod uwagę siebie):
Najpilniejszą uczennicą okazała się Ania, która nie opuściła ani jednej lekcji. Przez cały rok meldowała się u żaby w sumie 16 razy prezentując 30 różnych prac.
Niezłą frekwencją wykazał się również Hubert, który zaliczył tylko jedną nieobecność, ale nadrobił to ilością zgłoszeń, bo było ich aż 17 z 27 pracami.
Bibi Blue dołączyła do nas dopiero przy 4 lekcji, ale odrobiła te trzy zaległe i później opuściła już tylko jedną lekcję. U żaby zameldowała się 12 razy + 3 razy po terminie, co daje 15 zgłoszeń i 21 wykonanych prac.
W drugim półroczu prawie nie udzielały się aktywne dotąd: Aisha, Ala i Basia - mam nadzieję, że jednak do nas wrócą - ale za to pojawiła się Dagmara.

5. Rekordy:
Największą ilość zgłoszeń do jednej lekcji zanotowała Ala i to dwukrotnie - po 4 zgłoszenia do lekcji Helm i IR.
Najwięcej prac do jednego tematu zgłosiła Aisha - było to aż 9 sztuk (w tym 7 par kolczyków) w splocie Japanese.

Powiedzcie: jakie jeszcze statystyki by Was interesowały? A zobaczę, co da się zrobić w tym temacie. Wszystkie dane mam zebrane i zanotowane w Excelu. Na razie przedstawiłam te moim zdaniem najważniejsze i najciekawsze.

wtorek, 7 marca 2017

Smocze gniazdo

A w gnieździe... trochę jajek, jakaś wylinka, ot taki lekki bałaganik ;)


Jednym słowem moje ostatnie eksperymenty ze splotem Dragonscale, wykonane na kolejną, piętnastą już lekcję chainmaille:


Mamy tu bransoletkę, dwie pary kolczyków i dwa wisiorki.


Wszystko wykonane z tych samych materiałów, czyli większe ogniwka to lekko oksydowana miedź, a mniejsze to mosiądz. Uwielbiam to połączenie i jeszcze nie raz się ono u mnie pojawi.


Może zacznę od bransoletki. To klasyczna smocza łuska. Niezbyt szeroka, bo raptem na 3 ogniwka.


Mówiąc szczerze po prostu nie miałam siły na więcej. Dragonscale to jeden z najbardziej ogniwkożernych splotów, a ja je wszystkie wycinałam ręcznie z drutu. Namachałam się piłką jak głupia, zużyłam prawie wszystkie brzeszczoty, które miałam w domu i musiałam dać sobie na wstrzymanie, bo to nie jedyny duży projekt chainmaillowy, jaki robiłam w tym czasie i ten drugi był znacznie ważniejszy, ale na razie o tym sza...


Wracając do bransoletki. Wiem, że lepiej wyglądałaby szersza i początkowa taka miała być, ale wyszło jak wyszło. Chyba muszę poważnie pomyśleć o trochę wydajniejszym sprzęcie do cięcia ogniwek.


Dane techniczne: ogniwka miedziane to WD = 1 mm, ID = 6 mm (AR = 6), a mosiężne to WD = 1 mm, ID = 4 mm (AR = 4). Do tego moje ulubione zapięcie typu slide.


Parametry bransoletki: szerokość = ok. 1,5 cm, długość (obwód) = 18,5 cm, grubość = 0,6 cm i waga to prawie 33,5 g.


Kolej na kolczyki. Pierwsze z nich to dobrze znany już wzór, ale tym razem to z pewnością nie są szyszki. Wyraźnie widać, ze coś się z nich próbuje wykluć, czyli tym razem to nie Pine Cone tylko Dragon Egg.


Ogniwka dokładnie takie same jak w bransoletce + akrylowy kolec (34 mm) w kolorze złotym i miedziane bigle typu angielskiego.


Same jajka wyszły niewielkie, ale dzięki dodaniu kolca kolczyki są już dość długie. Ich grubość/szerokość to 16 mm, długość samego jajka = 18 mm, z kolcem = 4 cm, a całego kolczyka razem z biglem to już 5,5 cm. Waga to niecałe 7,7 g każdy.


Drugie kolczyki to już "płaska" smocza łuska, ale ułożona odwrotnie jak zazwyczaj.


Jeszcze nigdy takiej nie robiłam, więc bardzo chciałam spróbować. Jestem nią pozytywnie zaskoczona. Splot ładnie się układa "w zwisie", nic się nie wywija, ani nie odkręca.


Ogniwka takie same jak poprzednio, bigle również. Wymiary kolczyków to: szerokość = 18 mm, długość = 3 cm, z biglem = 5,3 cm. Waga: niecałe 4,6 g każdy.


Jeszcze dla porównania obie pary kolczyków razem. Widać, że romby się tutaj trochę przekręcają, dlatego zmieniłam sposób ich zawieszenia i teraz już tego problemu nie ma. Na dwóch pierwszych zdjęciach widać kolczyki już po poprawce.


Żeby komplet mógł być kompletny musi być jeszcze coś na szyję. Ja zrobiłam dwa wisiorki. Oba to smocze jaja z kolcem 53 mm. Różnią się wielkością i ilością ogniwek.


Pierwsze jajo zrobiłam z takich samych ogniwek jak wszystko dotąd. Żeby uzyskać większy rozmiar jak w kolczykach musiałam więc zamiast 4 w krążeniu dać ich 5. Splot wyszedł dość gęsty, a schody zaczęły się przy próbie zakończenie jaja od góry. Musiałam trochę pokombinować, żeby to 5 wyglądało w miarę symetrycznie. Czy mi się udało? - oceńcie sami.


Grubość tego wisiorka to 2 cm , długość = 5,5 cm, razem z krawatką = 7 cm; waga to 14,4 g.


Drugi wisiorek wykonałam z trochę większych ogniwek: WD = 1,2 mm, ID = 8 i 5 mm (AR = 6,7 i 4,17). Układ dokładnie taki jak w kolczykach, tylko skala większa.


AR tych ogniwek jest odrobinę większe od tych małych, więc i splot luźniejszy, jednak kiedy wisiorek wisi na szyi, to nie ma najmniejszego znaczenia.
Jest odrobinę większy od poprzedniego, jego wymiary: grubość = 2 cm , długość = 5,7 cm, razem z krawatką = 7,5 cm; waga to 15 g.


Wybór krawatek do wisiorków też nie był przypadkowy. Te mają taki łuskowaty, smoczy wzorek.
To która wersja wisiorka bardziej się Wam podoba? Mnie chyba jednak ten rzadszy, z grubszych ogniwek, choć ten gęściejszy lepiej trzyma formę.


Wszystkie elementy pasują do siebie i można je nosić w dowolnych konfiguracjach. Choćby takiej:


Albo takiej:


Albo jeszcze inaczej, jak kto woli.
No to lecę do żabki.