Moi obserwatorzy

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Łapacze myśli

Dlaczego akurat tak? Cóż, łapacze snów wiesza się w sypialni, żeby dbały o jakość naszych snów, a te wieszamy na uchu i to bynajmniej nie do snu, dlatego moja córka stwierdziła, że zamiast złych snów one z pewnością zatrzymują złe myśli 😉.


Dawno temu zakupiłam te hematytowe krążki i swoje musiały przeleżeć. W końcu zdecydowałam, co z nich zrobić. Zawiesiłam na nich plecionkę wykonaną splotem Euro 4 in 1.


To bardzo łatwy do wykonania wzór, a jakże efektowny.


Krążki są dość grube, więc musiałam zastosować ogniwka o sporej średnicy. Dzięki temu plecionki są dość ażurowe. Zawiesiłam na nich drobniuteńkie hematytowe listeczki.


Kolczyki wykonane są ze stali chirurgicznej i hematytu, ale mimo to nie są zbyt ciężkie. Niestety nie zdążyłam zapisać sobie ich wymiarów i wagi - zbyt szybko wyfrunęły.


Według tego schematu wykonałam już dużo kolczyków, a każde są inne. Daje on naprawdę mnóstwo możliwości. Niebawem możecie też spodziewać się związanej z tym niespodzianki.


Dzisiaj już będę kończyć, bo nie mam ani weny, ani czasu na dłuższe rozpisywanie się. Mam nadzieję, że to się w końcu kiedyś zmieni, ale póki co, jak chyba wszyscy - w biegu.

piątek, 24 listopada 2017

Kolejna Sweetpea


Ten post przygotowałam w zeszły weekend i miałam go opublikować w poniedziałek rano. Jednak kończący się tydzień był dla mnie tak szalony, że kompletnie o tym zapomniałam 😭. Chyba powinnam zacząć prowadzić jakiś kalendarz z głośno krzyczącymi powiadomieniami, bo coraz częściej mi się takie rzeczy zdarzają.

Dziś chciałam pokazać Wam taką bransoletkę:


Model zdecydowanie dziewczęcy - delikatny, leciutki i kolorowy.
Powstała już chwilę temu na fali fascynacji splotem Sweetpea. Pojedyncze elementy tego splotu wyplotłam z aluminiowych ogniwek (WD=1 mm, ID=4 mm). Oto zbliżenie na splot:


Elementy te rozdzieliłam kuleczkami trawionego agatu w ośmiu soczystych kolorach.


Najcięższym elementem bransoletki jest zapięcie magnetyczne w kształcie serduszka. Zapięcie trzyma bardzo mocno, ale na wszelki wypadek zabezpieczyłam je jeszcze kawałkiem łańcuszka za stali chirurgicznej.


Jak wspomniałam na początku bransoletka jest bardzo delikatna.


Jej grubość to niewiele ponad pół centymetra, a waga trochę powyżej 7 gramów.


Obwód też jest stosunkowo niewielki (15,5 cm), ale dziewczęce nadgarstki zazwyczaj są dość cieniutkie.


Co sądzicie o takiej formie?


Z pewnością splot Swetpea jeszcze nie raz się u mnie pojawi, bo bardzo przypadł mi do gustu 😁.

piątek, 17 listopada 2017

Jesień w biżuterii

Miałam już nie brać udziału w żadnych konkursach R-S, a jednak uległam. Ten konkurs trochę różni się od innych, bo można było zgłaszać "stare" prace. A ja dopiero co zrobiłam coś bardzo jesiennego. Myślę tu o mojej paprotce. Ponieważ niedawno o niej pisałam to tu wrzucam tylko link do mojej strony konkursowej. Nie muszę chyba mówić, że bardzo liczę na Wasze głosy, tym bardziej, że jury brać będzie pod uwagę tylko 20 prac z największą liczbą lajków, a wszystkich prac jest mnóstwo. W dodatku moje znalazły się gdzieś pod koniec albumu 😕. Kliknięcie w zdjęcie przeniesie Was gdzie trzeba 😉.


Ale żeby nie było, że poszłam na łatwiznę, to postanowiłam przygotować jeszcze jedną pracę.Specjalnie na ten konkurs. To również połączenie ceramiki z chainmaillem, ale w zupełnie innych klimatach. Oto moja praca (tu również kliknięcie w fotkę teleportuje Was gdzie trzeba):


Ponieważ to premiera, więc należy się Wam też obszerniejszy opis.
Pierwszą moją myślą było gronko na liściu. Ostatnio polepiłam trochę liści, więc było z czego wybierać. Ostatecznie zdecydowałam się na raczej niewielki listek tulipanowca, który wyszkliwiłam w jakże jesiennych barwach.


Listek jest rzeczywiście niewielki, jak na ceramikę, bo to tylko 5 x 5 cm.


Na gronko wybrałam drobne minerały w jesiennych barwach. Są tam: unakit, kilka kolorów jadeitów i piasek pustyni. Powiesiłam je na brązowych szpilkach.


Część chainmaillową również zrobiłam z brązu. To łańcuszek złożony z elementów Byzantine i kuleczek takich jak w gronku. Zwęża się on począwszy od liścia, by na końcu przejść w łańcuszek kulkowy.


Początkowo myślałam tylko o naszyjniku. Ale kiedy zrobiłam zdjęcia i próbowałam się zdecydować, które wysłać, to jakoś tak zrobiły mi się jeszcze kolczyki.


Kolczyki to element Romanov z unakitem w środku i pod nim podwieszone gronko, które jest pomniejszoną wersją tego przy naszyjniku.


Zastanawiałam się jeszcze nad bransoletką, ale dałam sobie na wstrzymanie.  Całość i tak prezentuje się dość elegancko.


Ostatnio zauważyłam, że modne stało się pokazywanie robótkowych pomocników. Mój co prawda nie ma dostępu do miejsca, w którym pracuję, ale za to zdjęcia robię zazwyczaj na jego terenie. Na końcu łańcuszka regulacyjnego w naszyjniku zawiesiłam kulkę piasku pustyni, która grzechocze przy każdym ruchu ekspozytora. No to jakże tego nie sprawdzić?


Kolejne zdjęcie niestety wyszło ruszone, bo kiedy mój pomocnik zajrzał za ekspozytor, to ten zaliczył glebę, a mój aparat niestety ma słabą stabilizację ruchu w trybie macro 😉


Wiem, niewiele widać, bo czarne na czarnym... Espozytor upadając narobił trochę hałasu, więc pomocnik się obraził i dzięki temu udało mi się zrobić resztę zdjęć.

wtorek, 14 listopada 2017

Zapomniane...

No i znowu przepadłam na dwa tygodnie. Strasznie mi ostatnio nie idzie pisanie 😕.
Przejrzałam też rzeczy, których tu jeszcze nie pokazywałam i powiem, że sporo tego się nazbierało. Nawet niektóre już obfotografowane. Muszę wreszcie zacząć nadrabiać zaległości.
Zacznę od czegoś, co zrobiłam już bardzo dawno i kompletnie o tym zapomniałam. Taki naszyjnik:


Zdjęć mam niewiele i więcej nie będzie, bo dawno już go nie mam.
Pomysł na taki wisiorek przyszedł mi do głowy przy okazji naszej nauki chainmaille, a konkretnie splotu Full Persian. Wtedy też (czyli ponad rok temu) zrobiłam tego eska. Splot to oczywiście Full Persian, ogniwka ze stali chirurgicznej WD=0,8 mm, OD=6 mm, czyli AR=5,5.
Wygięcia uzyskałam dzięki spięciu splotu szpileczkami z kulkami black stone. Jednak samo "gołe" S nie do końca mi się podobało, brakowało dyndadełka. Postanowiłam doczepić mu chwościk z łańcuszków, ale okazało się, że nie mam na niego dość łańcuszka. Nie zdążyłam dokupić przed końcem trwania tej lekcji, więc odłożyłam do pudełeczka i o nim zapomniałam. Ostatecznie znalazłam go na wiosnę tego roku i dokończyłam. Doczepiłam mu krawatkę i chwościk i zawiesiłam na łańcuszku rolo, takim samym, z jakiego jest chwościk.


Niestety nie pamiętam ani wagi, ani wymiarów. Sam wisior był dość długi, ale w miarę lekki. Wykonany w całości ze stali chirurgicznej + dwie kulki black stone (jeśli dobrze pamiętam to 8 i 10 mm)


A przypomniałam sobie o nim dzięki R-S. Dzisiejszy temat maratonu rękodzielniczego to prace z udziałem łańcuszków i przeszukując dysk wpadłam na te zdjęcia.

Skoro już mowa o zapomnianych sprawach to uświadomiłam sobie jeszcze jedno. Przegapiłam to zupełnie, a tu już jakiś czas temu stuknęło mi 200 000 odwiedzin na blogu! W związku z tym chciałam ogłosić łapanie licznika. Czekam na osobę, która złapie 6 dwójeczek. Nie ma żadnego regulaminu, ani banerka. Raczej nie będę o tym przypominać, no chyba, żeby... Udział może wziąć dosłownie każdy: nie trzeba być moim obserwatorem, nie trzeba nawet mieć bloga. Wystarczy wyświetlić mojego bloga, kiedy licznik odwiedzin będzie pokazywał 222 222, zrobić zrzut ekranu i przesłać mi na maila. Nie podaję tutaj adresu celowo, bo chcę, żeby nie było zbyt łatwo. Wielu moich stałych obserwatorów już go zna, a kto nie zna, to musi zadać sobie trochę trudu i poszperać, podawałam go już nie raz przy różnych okazjach. Wystarczy poszukać. Dobrze będzie też, jak po przesłaniu mi maila wspomnicie o tym w komentarzu (pod dowolnym postem). Już raz zdarzyło się, że taka wiadomość wpadła mi do spamu, więc to po to, aby uniknąć nieporozumień. Jeśli nie padnie dokładnie 222 222, to zwycięży zgłoszenie najbliższe tej liczbie. Nagrodą będzie drobny upominek niespodzianka - jaki? sama jeszcze nie wiem, choć prawdopodobnie biżuteryjny. W zgłoszeniu możecie podać mi jakąś wskazówkę, np. ulubiony kolor, czy element biżuterii, lub taki którego nie cierpicie. To tyle. Do osiągnięcia sześciu dwójek mojemu licznikowi jeszcze trochę brakuje, ale zbyt późno ogłoszone łapanie licznika tylko napędza "puste" wejścia, a tego nie lubię. Szukana liczba padnie prawdopodobnie na początku przyszłego roku, może nawet zbiegnie się z rocznicą (już 4!) powstania bloga.

wtorek, 31 października 2017

Ażurowo

Bardzo spodobał mi się temat 4 zadania z szydełka tunezyjskiego, a mimo to nie miałam kiedy się za niego zabrać. Wymyśliłam sobie, co chciałabym zrobić tym ażurem, ale nie udało mi się już wymyślić kiedy.


Entrelakowy kocyk cały czas nie gotowy, a tu już kolejne zadania dobiegają końca. Zdecydowałam więc, że zrobię chociaż próbki tych ażurów. No i zrobiłam. Dwie. Ale żeby nie były one tylko zwykłymi nikomu niepotrzebnymi kawałkami szmatek, to dorobiłam do nich zapięcia i ubrałam w nie kubeczek.
Ażur pierwszy:


I ażur drugi:


Kolory totalnie przekłamane, ale nie mam siły walczyć z moim aparatem, który najwyraźniej widzi rzeczywistość trochę inaczej jak ja 😝. Zdjęć więcej nie ma, ale niestety tylko te dwa nadają się do pokazania publicznie.
Nie mogę powiedzieć, żebym była z siebie zadowolona, ale przynajmniej odrobiłam zadanie. Z pewnością jeszcze się wezmę za te ażury, jak tylko będzie kiedy. Najpierw jednak muszę w końcu skończyć kocyk.

poniedziałek, 30 października 2017

Ogniste ombre

Uwielbiam wszelkiego rodzaju stopniowania. Czy to w wielkości, czy w kolorze. Takie łagodne przejścia, jak u Spielberga.

W poprzednim poście pokazałam gradient rozmiarowy, teraz pora na kolorystyczny. A wszystko za sprawą rocznicowych Cyklicznych Kolorków.


Kiedyś nabyłam, tak na próbę kilka kolorowych miedzianych drucików. Ponieważ były tego niewielkie ilości, to zwlekałam z decyzją, co z tego zrobić, do czasu, aż będę miała bardzo konkretny pomysł. No i w końcu wymyśliłam sobie takie coś:


Już kiedyś robiłam podobne kolczyki, ale tamte jednak były inne. Po pierwsze niebieskie, po drugie innym splotem, a po trzecie z aluminium.
Tym razem kolorki są ogniste: patrząc od góry mamy tu: popiół, ogień, żar i węgiel. chyba się ze mną zgodzicie?


Splot to JPL 3 (w niebieskich był Byzantine). I wreszcie materiał - w tych kolczykach występują ogniwka tylko miedziane, ale za to powlekane. Od góry: posrebrzane, Golden Rose, bordowy i czarny. Wiązałam z nimi ogromne nadzieje, szczególnie z czarnym. Muszę jednak powiedzieć, że jestem trochę zawiedziona. Powłoka nie jest zbyt trwała, co w połączeniu z miękkim drutem miedzianym daje materiał trudny do poskromienia. Posrebrzany jest właściwie ok, kolorowe też jakoś oblecą, ale ten czarny... Niestety okazuje się, że nie jest to żadna powłoka galwaniczna, tylko zwykły lakier, który bardzo łatwo odpryskuje. Ogniwka cięłam mechanicznie i temperatura, która temu towarzyszy (naprawdę niewielka) wystarczyła, żeby podtopić lakier i gdzieniegdzie nawet skleić sąsiadujące ogniwka ze sobą. Więcej jak połowa nie nadaje się do niczego. Jeszcze spróbuję cięcia ręcznego, które jest trochę delikatniejsze, ale już nie robię sobie wielkich nadziei.


A wracając do kolczyków. Wszystkie ogniwka zrobiłam na trzpieniu (ID) 3 mm z drutu (WD) 1 mm, ale te kolorowe są jakby trochę grubsze (szczególnie bordowy). Nie jest to może duża różnica, ale w tak ciasnym splocie jak JPL 3 dało się odczuć i w bordowym splocie z trudem udało mi się przecisnąć ogniwka.


Plecionkę powiesiłam na delikatnych sztyftach z kulką ze stali chirurgicznej, a u dołu doczepiłam po kryształku Fire Polish Pear w kolorze czarnym (Jet). Całkowita długość kolczyka to 5,5 cm, grubość plecionki to ok. 5 mm. Pomimo, że wykonane są z miedzi, to nie są ciężkie. Waga jednego kolczyka (razem z barankiem) to tylko 3,14 g.
Dziś nie mam dla Was zbyt wielu zdjęć. Zdążyłam zrobić tylko tyle przed nadciągnięciem Grzegorza, a wczoraj było tak ciemno, że nawet w południe bez lampy nic by nie wyszło 😠. Dlatego te trzy muszą wystarczyć. No to lecę wrzucić je Stefciowi na ruszt 😀.

piątek, 27 października 2017

Dębowa paprotka?

Tak, wiem. Brzmi to co najmniej dziwnie. Ale podejrzewam, że większość z Was i tak wie o co chodzi.
Po wysłaniu zgłoszenia na ostatnią inspirację kalendarzową postanowiłam w końcu ogarnąć blogowe zabawy, bo jakby miesiąc się powoli kończy. No to zacznę od Cyklicznych Kolorków.


Danusia była w tym miesiącu dla nas wyjątkowo łaskawa i tradycyjnie na rocznicę pozwoliła nam wybrać którykolwiek z kolorów występujących w ostatnim roku. Byłam pewna, że w pudełeczku oczekującym na publikację znajdzie się kilka takich prac - i nie myliłam się, ale niespodziewanie natknęłam się na tę ceramiczną tabliczkę z paprotką i postanowiłam zrobić z niej naszyjnik. A do kompletu jeszcze bransoletkę.


Tabliczka powstała na warsztatach ceramicznych, o których już Wam wspominałam, na fali fascynacji odciskami roślin. Kawałek listka prawdziwej paprotki z mojego ogródka został odciśnięty w mokrej glinie, a po wypaleniu poszkliwiony w specyficzny sposób, dzięki czemu uzyskałam efekt "skamieliny". Jeśli czytaliście mój wpis na blogu Royal-Stone, to na jednym ze zdjęć widać tę paprotkę w pierwszym etapie produkcji, czyli bezpośrednio po uformowaniu w mokrej glinie.


Ponieważ użyłam brązowego szkliwa, to powstała w ten sposób zawieszka idealnie wpasowała się w temat z listopada zeszłego roku, czyli "Dębowiaczki".


Postanowiłam skojarzyć ją z oksydowaną miedzią w formie chainmaille. Punktem wyjścia stały się te kolczyki. Robiłam je wieki temu na lekcję chainmaille poświęconą splotowi Box. Wtedy potraktowałam je patyną do miedzi, która daje znacznie delikatniejszy efekt jak oksyda, jednak teraz musiałam to zmienić. Do glinianej tabliczki pasowała tylko oksydowana miedź, więc cały komplet wylądował w czerniącej kąpieli.


W nawiązaniu do kolczyków splot rozpoczęłam od stopniowanego Boxa, który płynnie przechodzi w Byzantine, również stopniowane (w 2 wielkościach), a do tego doczepiłam miedziany łańcuszek. Naszyjnik jest na tyle długi, że mogłam odpuścić sobie zapięcie. Na szczęście, bo jakiekolwiek miedziane zapięcie jest w Polsce niestety nieosiągalne.


Żeby komplet był pełny (no, prawie), to musiałam zrobić do tego jeszcze bransoletkę.


Zdecydowałam się na prostą plecionkę splotem Byzantine, bez żadnych dodatków.


Taka podoba mi się najbardziej. Dawno nie oksydowałam miedzi, a przecież ona jest taka piękna. Za to polerowanie chainamaillu to prawdziwie syzyfowa robota. Kiedy po kilku godzinach tarcia ściereczką o plecionkę, stwierdzam z satysfakcją, że już, to własnie któreś ogniwko postanowi się przekręcić, pokazując swój mało reprezentacyjny, niewypolerowany tyłeczek. No to trzeba poprawić. A tu znowu jakieś ogniwko... i tak można bez końca.


Nie wiem, czy Stefan łyknie dwa zgłoszenia, ale to nie wszystko co mam na październikowe kolorki. Muszę tylko jeszcze ogarnąć zdjęcia i w poniedziałek pokażę Wam coś ognistego 😁.

środa, 25 października 2017

Podobno nie święci garnki lepią...

Dziś wpadam tylko na chwileczkę z zaproszeniem.

Już kilka razy wspominałam, że od pewnego czasu jak dziecko babram się w glinie. Na blogu Royal-Stone właśnie ukazał się mój wpis na ten temat. Tak więc serdecznie zapraszam.


Wpis ukazał się w ramach akcji "Polecam Royalove", dzięki której cały czas możecie otrzymać ode mnie rabat 12% na zakupy w sklepie royal-stone.pl. Wystarczy tylko użyć kodu: "zkociolka12", który znajdziecie na banerku na górze tego bloga.

poniedziałek, 23 października 2017

Smoczysko



Ta chwila musiała w końcu kiedyś nadejść. Pamiętam, jak gdzieś na początku naszej nauki chainmaille zastanawialiśmy się z Hubertem nad smokiem i wówczas zgodnie stwierdziliśmy, że jeszcze nie teraz. To było dawno i dla mnie właśnie to "teraz" nadeszło. To znaczy, chciałam przez to powiedzieć, że zrobiłam smoka. Z ogniwek. No, z niewielkim dodatkiem wire-wrappingu. Podejrzewam, że gdyby nie ostatni temat kalendarzowej inspiracji, to jeszcze długo by czekał na tę swoją chwilę, ale cóż mogłam zrobić innego na Chiny, jak nie smoka. Chińskiego oczywiście 😜.

Oto moja kartka w kalendarzu.

Chyba nikogo nie muszę przekonywać, jak ważnym elementem chińskiej kultury jest smok. Niegdyś był symbolem chińskiego cesarza i nawet, pod koniec panowania dynastii Qing, był przedstawiony na chińskiej fladze. Współcześnie, pomimo, że przez władze ChRL niechętnie jest używany jako symbol narodowy, to smok w Chinach nadal cieszy się dużym szacunkiem. Jest też jednym z dwunastu zwierząt chińskiego zodiaku. Jest to najczęściej długie wężopodobne stworzenie łączące w sobie cechy wielu zwierząt. W czasach dynastii Han przedstawiano go jako mającego ciało węża, łuski i ogon ryby, rogi wołu, twarz wielbłąda, dwie pary orlich szponów, uszy byka, stopy tygrysa i oczy demona.


No to spójrzmy, co my tu mamy:
Ciało węża - jak najbardziej. wyplotłam je splotem Dragonback, który, jak już pewnie wiecie jest jednym z moich ulubionych.


Łuski ryby - są. Głównie na grzbiecie, gdzie tworzą coś w rodzaju grzebienia, ale także na głowie, w postaci splotu Dragonscale.
Ogon ryby - wydaje mi się, że ten trochę go przypomina.


Rogi wołu - czy na pewno wołu, to nie jestem pewna, ale rogi są jak najbardziej.
Twarz wielbłąda - to był najtrudniejszy element, jak zrobić głowę, żeby wyglądała jak trzeba. Nie wiem czy jest to twarz akurat wielbłąda, ale wydaje mi się, że smok wygląda z nią dość dostojnie.


Orle szpony - tu górę wzięły wymogi techniczne, skoro miało być chainmaille, to te szpony nie mogły być zbyt okazałe, ale za to są czerwone, coby się wyróżniały.
Uszy byka - tu poległam. Cóż mówiąc szczerze nie dałam rady jednocześnie zmieścić uszu i rogów, więc rogi wygrały. Ale za to są długie wąsiska 😁.


Stopy tygrysa - na upartego można by je pod to podciągnąć. Ale w ogóle całe nogi nie mogły być zbyt duże, więc zastosowałam w stosunku do nich taki trochę minimalizm.
I wreszcie: Oczy demona - no, tutaj nie ma żadnych wątpliwości. Oczy z platerowanych niebieskich hematytów wyglądają bardzo demonicznie, chyba się ze mną zgodzicie?


A więc smoka mamy pokrótce omówionego, to pora przejść do strony technicznej projektu.
Tak się złożyło, że robiłam smoka od ogona, więc i w takiej kolejności go omówię.
Płetwę, czy jak kto woli chwost na końcu ogona zrobiłam z łusek, bardzo podobnie jak robiłam kiedyś kwiatki, tyle, że tu są tylko trzy łuski (za to podwójne). Łuski są z anodyzowanego aluminium, a połączyłam je ogniwkami z brązu. Do nich dołączyłam odcinek splotem Full Persian, który pełni funkcję elementu zapięcia. Ta część jest pół na pół z brązu i bright aluminium.
W miejscu, gdzie ogon przechodzi w tułów wyrastają nogi zadnie. Są one podobnie jak ogon zbudowane z Full Persian, a za pazurki posłużyły mi koraliki Miyuki Long Magatama w krwiście czerwonym kolorze.


Ciało, odpowiednio długie, żeby starczyło na naszyjnik zrobiłam jak już wspomniałam splotem Dragonback. Początkowo myślałam, że łuski dodam dopiero na karku, jednak ostatecznie wygrała opcja, że są na całej długości ciała. Na szczęście zachowałam wersję pierwotną, dzięki czemu mogę pokazać, jak rozwiązałam moment przejścia z jednego splotu w drugi.


W wersji ostatecznej łuskami zastąpiłam co trzecie ogniwko "grzbietowe" w Dragonback. W ten sposób nie są one zbyt gęsto, tylko tak jak trzeba. Dodatkowo cały tułów wykonałam tylko z aluminiowych ogniwek, co pozwoliło w znaczący sposób ograniczyć wagę naszyjnika.


Łuski są z mosiądzu, ale ten "amerykański" mosiądz jest trochę inny od tego, który można dostać w polskich sklepach, inny musi być skład stopu (chyba więcej miedzi), bo ma dużo przyjemniejszy dla oka odcień, taki cieplejszy, bliższy kolorowi brązu, jak naszego mosiądzu.


Smok nie ma odróżniającej się szyi, do samego połączenia z głową jest jednakowy. Jedynym elementem, pozwalającym ustalić jej początek jest miejsce, z którego wyrosły przednie łapy. Łapy te są w zasadzie podobne do tylnych, ale część ramieniową zrobiłam trochę szerszym splotem, mianowicie Azidahaka. Jest to tak jakby 3/4 Persian z dołączonym po bokach jednym rządkiem ogniwek połączonych z resztą tak jak Half Persian 3in1. No i są trochę dłuższe.


Wreszcie głowa. To był zdecydowanie najtrudniejszy element. Początkowo myślałam, że spróbuję ukształtować ją z blachy, ale ostatecznie zrezygnowałam z tego pomysłu. Przeważyły dwa argumenty: waga i fakt, że nie jestem jeszcze zbyt biegła w technice lutowania i bałam się, że po prostu nie zdążę. Dlatego zdecydowałam się na wire-wrapping. Szkielet z brązu oplotłam cieńszym brązowym drutem. Czy nie mówiłam już, że nigdy więcej owijania brązem? Na pewno mówiłam i to nie raz. Brąz jest twardy i moje palce bardzo cierpią, ale co ja poradzę, że tak mi się podoba? I tak jest lepszy od mosiądzu, bo przynajmniej się nie kruszy. Tak więc wywrappkowałam "ramę" czaszki i rogi, zrobiłam kilka zawijasów na policzkach, ale samo sklepienie czaszki zrobiłam już chainmaille, splotem Dragonscale (duże ogniwka z brązu, małe z aluminium). Dało to efekt łuski.


Oczy wypełniłam fasetowanymi oliwkami niebieskiego hematytu, co dało trochę demoniczny efekt, a nozdrza kulkami różowego turmalinu. No i jeszcze element obowiązkowy dla chińskiego smoka - wąsy. Są długie, poskręcane, falują wzdłuż boków głowy, a zrobiłam je z kawałka aluminiowego drutu. Nie jest to czyste aluminium, tylko stop "bright", który jest bardzo twardy i sprężysty, więc wąsiska nie będą się odkształcać, w dodatku zawsze będą takie jasne. Dolna szczęka nie jest niczym wypełniona. Nie widać tego, a powoduje kolejną redukcję wagi naszyjnika.


Na koniec pozostało połączyć głowę z tułowiem. Udało mi się to zrobić w sposób prawie niewidoczny, proszę jaka piękna potylica 😜.


Naszyjnik nie ma typowego zapięcia, można powiedzieć, że to lariat. Wystarczy wsunąć ogon do paszczy. Wszystko jest dość "wyboiste" więc trzyma się tam bez konieczności montowania jakiegoś dodatkowego zaczepu. W dodatku jest pewna możliwość regulacji długości - ogon można "ugryźć" w dowolnym miejscu.


Od czubka nosa do końca ogona smok ma 62 cm długości, w tym 3 cm to głowa, 44 cm to tułów, a 15 cm to ogon. Przednie łapy mają po ok 5 cm długości, a tylne 3,5 cm. Po zapięciu otrzymujemy obwód od 45 do 52 cm. Waga całkowita naszyjnika to tylko 108 gramów, czyli niewiele więcej jak naszyjnik australijski z poprzedniego posta. Myślę, że jak na tak dużą metalową rzecz, to naprawdę niewiele.


Jak zwykle można oddawać na smoka swoje głosy. Wystarczy polubić go tutaj. Warto też przejrzeć cały Album Konkursowy. Mimo, że prac jest jakby trochę mniej, to i tak warto je zobaczyć.

Chciałam Wam też przypomnieć jeszcze o cały czas trwającej akcji "Polecam Royalove", dzięki której zyskujecie 12 % rabat w sklepie R-S.