Moi obserwatorzy

piątek, 29 stycznia 2016

Warkoczyk

Kto do mnie czasem zagląda, to pewnie już wie, że kocham wszelkiego rodzaju warkoczyki i plecionki. W każdej właściwie postaci. Plotę je z włóczki na drutach, ze sznurków, nawet z drucików. Dlatego bardzo ucieszył mnie temat kolejnej lekcji u Asi. A oto banerek:


Właściwie od razu wiedziałam jak ma mój warkoczyk wyglądać. Jedyną niewiadomą było z jakiego materiału i w jakim kolorze go wykonać. Przez chwilę nawet kombinowałam jakby go tu wykorzystać również w Cyklicznych Kolorkach, ale zrezygnowałam z tego pomysłu. Ostatecznie mój warkoczyk przybrał taką postać:


Zdecydowałam się na cienki pleciony sznurek nylonowy, dedykowany do shambali, w trzech odcieniach koloru zielonego.


Z każdego z nich uplotłam (a może raczej "uwiązałam") pasek makramowym węzłem płaskim i następnie z tych 3 pasków zaplotłam warkoczyk.


Dlaczego tylko z trzech? Mogłam przecież zrobić plecionkę poczwórną, albo i jeszcze bardziej? No mogłam, ale takie warkoczyki lubię najbardziej - właśnie z trzech pasm.


Końce warkoczyka wkleiłam w płaskie magnetyczne zapięcie i w ten sposób powstała bransoletka. Bardzo wiosenna bransoletka. Nie, żebym już miała dość zimy i śniegu, niech bawi nasze oczy jak najdłużej (buu! już nie ma po nim śladu). Lubię zimę i zimową aurę, ale czasem trzeba wnieść do niej też trochę koloru. To jest jedyna rzecz, której mi zimą faktycznie brakuje - kolor. Bo ja jestem kolorystką, czasem wręcz do przesady i nic na to nie poradzę.
No właśnie, kolory. Wszystkie sznurki są dość błyszczące, w dodatku ten najjaśniejszy to neonowy odcień, dlatego całość nieźle daje po oczach. Sprawiło to, że fotografowanie bransoletki było prawdziwym wyzwaniem. Jakoś oko ludzkie radzi sobie z takim koktajlem barw nawet nieźle, ale aparat ma już z tym pewne problemy. Kiedy próbowałam wydobyć biel z tła (biała kartka) to bransoletka zaczynała świecić. Wszystkie zdjęcia na białym tle musiałam więc trochę "przygasić", żeby było ją w ogóle widać. Poeksperymentowałam więc trochę z innymi kolorami tła. Te nadawały się do pokazania:

drewniane:

szare:

czarne:

czerwone:

Mnie najbardziej podoba się na tle naturalnego drewna. Efekt kolorystyczny też chyba najbliższy oryginałowi. 

środa, 27 stycznia 2016

Zamiast białej flagi

Oj ciężko było.. Ale wyszłam z tego boju zwycięsko. Chyba...
Nasza kochana Danutka wymyśliła nam na styczeń kolor biały. Nie na grudzień, kiedy w produkcji były ozdoby świąteczne w dużej mierze białe, nie na Wielkanoc, kiedy znowu będziemy się produkować na biało, tylko akurat teraz! A oto banerek:


Bardzo długo nie miałam lepszego pomysłu, jak tytułowa biała flaga. No bo biały zdecydowanie nie mieści się w puli moich ulubionych kolorów. Poza kilkoma wyjątkami, głównie "kościelnymi" (chrzest, I Komunia, ślub, biały obrus na Wigilię) to bieli raczej nie używam. To właściwie taki kolor-niekolor. Jest jak dla mnie zdecydowanie zbyt sterylny, zimny i niepraktyczny. Zazwyczaj staram się zastępować go ecru lub przynajmniej kremowym. Ostatecznie mogę go tolerować we wnętrzach, ale tylko w otoczeniu naturalnego jasnego drewna, lub jako niewielki akcent wśród kolorów. Z rzeczy białych z natury natomiast lubię: biały śnieg, białe wiosenne kwiecie i kokos w każdej postaci.
Ale przejdźmy do meritum, czyli do mojej białej pracy. A konkretnie to biało-beżowej.


Olśnienie przyszło, kiedy wybrałam się do  pasmanterii po brakujące druty (zresztą nr 2,0 - chyba mi całkiem odbiło, ale o tym przy innej okazji). Punktem obowiązkowym takiej wizyty jest w moim wypadku przegląd pudełka z koralikami Preciosa. Jakoś zawsze znajduję tam coś, co jest mi koniecznie potrzebne, wręcz niezbędne, choć jeszcze przed chwilą nie miałam o tym pojęcia. Tym razem trafiłam na koraliki w rozmiarze 31/0 (jakieś 7-7,5 mm średnicy, z dużą dziurą w środku), w kolorze perłowo-białym. Idealne do makramy. Postała z nich taka bransoletka:


Wiem, nie wysiliłam się. Bransoletka jest prosta do bólu. Klasyczna shambala. Ale przynajmniej jest. Biało-beżowa w dodatku. Mam nadzieję, że Stefan się nie udławi.
Koraliki oplotłam satynowym sznurkiem gorsetowym w kolorze toffi (choć zawsze toffi kojarzyło mi się ze zdecydowanie intensywniejszym odcieniem, ale tak sznurek był opisany w sklepie).


Zamiast zapięcia - klasyczna regulacja obwodu również z koralikami w środku.


Tak strasznie mnie męczyło, że to takie "nic", że zanim się rozłożyłam ze sprzętami do fotografowania zdążyłam upleść jeszcze jedną bransoletkę. Tym razem sięgnęłam po dawno nie używane kumuhimo. Kwadratowy dysk (a raczej płytkę) kupiłam chyba półtora roku temu z zamiarem natychmiastowego wypróbowania; odpakowałam ją dopiero teraz. Ale lepiej późno niż wcale. Kwadratowa płytka przeznaczona jest do wyplatania sznurów płaskich i taka też jest moja druga bransoletka - płaska choć dość wąska. Użyłam tego samego satynowego sznurka toffi i białego w proporcji pół na pół.


Plecionka po obu stronach trochę się różni. Tak wygląda z jednej strony:


A tak z drugiej:


Dzięki temu bransoletkę można nosić na dwa sposoby.
Zapięcie minimalistyczne: posrebrzane zaciskowe końcówki i niewielkie magnetyczne zapięcie:


Obie bransoletki mają podobną szerokość i takie same kolory, dlatego myślę, że można je potraktować jako komplet:


Na koniec jeszcze na czarnym tle:



Tu kolory wydaja się bardziej wysycone, ale nie dajcie się zwieść, to "toffi" to naprawdę jasny beżyk :)

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Podsumowanie mobiusków

Pierwsza lekcja nauki chainmaille już za nami, więc winna Wam jestem małe podsumowanie.
Mobiuski nie sprawiły Wam większych problemów i o to chodziło. To była taka moja propozycja na rozgrzewkę, następne będą coraz trudniejsze ;)
Wpłynęło 9 zgłoszeń (w tym 2 moje). Niby niewiele, ale mówiąc szczerze nawet tylu się nie spodziewałam. Tym bardziej, że niektórym było mało i powstało więcej prac jak jedna. Najbardziej rozpędziła się Basia, która najpierw pokazała dwie prace, a potem jeszcze, już po zamknięciu InLinkz kolejne dwie. Do kolażu porwałam wszystkie cztery.
Oto wszystkie mobiuskowe prace, które powstały do tej pory, ale coś mi się wydaje, że to nie koniec:


Kolaż oczywiście możecie sobie pobrać i pokazać u siebie, ale bardzo proszę o podlinkowanie go do tego posta.
Jak widać splot pomimo, ze prosty i nieskomplikowany to daje jednak wielkie możliwości. W każdej pracy wykorzystany jest w trochę inny sposób. Chyba najbardziej spodobał mi się pomysł Ani - jej nausznica jest bardzo oryginalna. Również pomysł połączenia chainmaille z beadingiem wart jest zainteresowania, jak pewnie wiecie lubię mieszać, więc takie propozycje zawsze znajdą u mnie uznanie.
Cieszę się bardzo, że choć kilka osób udało mi się zarazić chainmaillem i mam nadzieję, że to zainteresowanie będzie się nadal rozwijać.
A tymczasem zapraszam Was na lekcję drugą, bo jest dopiero jedna praca. Ja swoją już też mam gotową, muszę jej tylko jeszcze porobić zdjęcia.

PS. Z pewnym opóźnieniem dołączyła do nas kolejna uczestniczka - BibiBlue. Oto jej mobiuskowe prace.


środa, 20 stycznia 2016

Urodziny

Nie, nie moje. Moje dopiero pod koniec marca, tuż po Świętach. Natomiast dziś dwa latka kończy mój blog. Aż trudno uwierzyć, jak to szybko zleciało. Oczywiście jak to przy takich okazjach bywa, mam dla Was niespodziankę. Ale nie będzie to klasyczne Candy. Po dwóch latach aż się prosi o jakiś drobny lifting i tu chciałam prosić Was o pomoc.

Oto zasady:
  • Należy napisać komentarz pod tym postem; komentarz nie może być anonimowy! W komentarzu proszę o Waszą opinię (szczerą!) na dwa tematy:
  1. Co i jak powinnam zmienić (lub nie) w temacie: wyglądu bloga (tło, układ itp) i prezentowanych treści (tak werbalnych, jak i obrazkowych), czyli np. jakie szczegóły techniczne prezentowanych przedmiotów powinnam opisywać szerzej (wielkość, kolory, użyte materiały, technika wykonania), a które sobie darować, bo w sumie to nie wiem co Was tak naprawdę interesuje, dotąd pisałam o wszystkim po trochu, ale czasem robiły mi się z tego całkiem długie elaboraty, chyba za długie... Bardzo proszę Was o opinie konstruktywne (teksty w stylu: "wszystko jest ok", albo "wszystko jest do d..." nie będą brane pod uwagę), opinia ma się odnosić do konkretnego elementu i zawierać propozycję jego poprawy, ewentualnie czego nie zmieniać i dlaczego.
  2. Jakiego rodzaju rzeczy spośród wszystkich pokazywanych przeze mnie technik wzbudzają Wasze największe zainteresowanie?
  • Odpowiedzi na oba powyższe pytania są obowiązkowe i komentarze nie zawierające ich nie będą brane pod uwagę!
  • Przygotowałam dla Was banerek, będzie mi miło jeśli zostanie on zamieszczony u Was na pasku bocznym, ale nie zamierzam tego w żaden sposób weryfikować. Oto on:
  • Nie wymagam dopisywania się do obserwatorów bloga czy G+, nie lubię sztucznych statystyk, wolę mieć mniej obserwatorów, ale zainteresowanych naprawdę tym co pokazuję, a nie tylko tych, którzy liczą na nagrodę.
  • Macie czas od teraz do końca lutego (czyli o dzień dłużej, bo mamy rok przestępny).
  • Po tym czasie przeanalizuję wszystkie Wasze propozycje i wybiorę tę spośród nich, która wyda mi się najciekawsza. Jak widzicie wybór zwycięzcy będzie całkowicie subiektywny i Wasze szczęście czy pech nie będą miały żadnego znaczenia. Ja ze swojej strony obiecuję, że dołożę wszystkich sił, aby zwycięską propozycję wprowadzić w życie jak najszybciej.
  • I wreszcie najważniejsze: nagrodą będzie coś zrobionego przeze mnie osobiście, ale co to będzie, to tajemnica. Nie puszczę pary ;-)
  • Proszę, aby komentarze pod tym postem były tylko na temat i nie będę na nie odpowiadać.
  • Wyniki ogłoszę w pierwszym tygodniu marca.
To jedna niespodzianka, ale jest też druga. Może pamiętacie, że kiedy latem zaproponowałam Wam zabawę w łapanie licznika, to zaliczyłam małą wpadkę. Wprawdzie nie z mojej winy, ale jednak niesmak pozostał. Chciałabym się zrehabilitować. Tym razem Waszym celem będzie 123456. Macie trochę więcej czasu jak poprzednio (nawet sporo więcej), możne dzięki temu nie będzie takiego sztucznego przyspieszenia jak wtedy. Chciałabym, żeby była to zabawa przede wszystkim dla moich stałych gości, jednak nie stawiam żadnych specjalnych wymagań. Zasady są proste i typowe: po złapaniu licznika robicie zrzut ekranu i wysyłacie mi na maila. Celowo nie podaję tu adresu - to kolejny wybieg mający na celu promowanie stałych czytelników i zarazem utrudnienie. Już kilka razy podawałam go na blogu, musicie sobie samodzielnie poszukać (wredna jestem, nie?). Jednocześnie piszecie komentarz (obojętne pod jakim postem), że licznik złapany i z jakim wynikiem. Oczywiście jeśli nikt nie trafi w dziesiątkę, to wygra wynik najbliższy. Na zgłoszenia będziecie mieć tydzień od momentu osiągnięcia przez licznik stanu 123456. Nagrodą będzie coś z moich ostatnich wyczynów (ogniwka, łuseczki), ale szczegóły ustalę już ze zwycięzcą. Banerka nie przewiduję, ale może jeszcze Wam o tym przypomnę, kiedy będzie już blisko. A w oczekiwaniu na tę magiczną liczbę po drodze stuknie mi okrągłe 100000 wyświetleń i to już całkiem niedługo. Więc, tak na rozgrzewkę łapiecie i to. Zasady takie same jak wyżej. I bardzo Was proszę o dokładne ich przeczytanie, bo w procesie wyłaniania zwycięzcy zamierzam być skrajną formalistką, dotyczy to wszystkich ogłoszonych dzisiaj rozdawajek i nie będzie zmiłuj!

wtorek, 19 stycznia 2016

Zapomniany sweterek

Kompletnie zapomniałam pokazać Wam skończony granatowy sweterek. Tak naprawdę to skończyłam go już dawno, a niniejszego posta napisałam w maju. Zaczęłam go (sweterek) pod koniec marca 2014 roku, o czym informowałam w tym poście, a z drutów zdjęłam tuż przed zeszłorocznym długim majowym weekendem. Od początku z założenia była to robótka "na wychodne", czyli taka, którą dzierga się w kolejce do lekarza, czy w autobusie... Iwona Eriksson nazwała kiedyś taki typ robótki "UFO-kiem świadomym", ja bym to raczej określiła UFO-kiem kontrolowanym. Kontrolę nad nim straciłam dopiero po zdjęciu z drutów - na wszycie zamka czekał dwa tygodnie, a na rozprasowanie i obfotografowanie - kolejnych kilka miesięcy. To prawdopodobnie dlatego, że skończyłam go, kiedy zaczęły się upały, a sweterek pomimo, że cieniutki, to jest bardzo ciepły. Każda myśl o jakimkolwiek bezpośrednim kontakcie z takim grzejnikiem napawała mnie przerażeniem. Jednak już od dawna jest chłodno, a sweterek ciągle czekał na swoją premierę :(
Najwięcej wydziergałam czekając na córkę na basenie. W wakacje tempo spadło. Sporo podgoniłam w czasie Mistrzostw Świata w Siatkówce - kibicując nie dało się robić nic bardziej skomplikowanego. Potem znowu trochę w kolejkach, trochę na basenie i w końcu po nieco ponad roku udało się skończyć. O postępach w pracy miałam regularnie informować na blogu, jednak nie do końca mi się to udało. Było tylko tu i tu. Ponieważ rok to jednak kupa czasu, to pokusiłam się o mały rachunek sumienia i policzyłam ile innych rzeczy zrobiłam w tym czasie (to znaczy do momentu zejścia z drutów). Cóż, trochę się tego nazbierało: 39 bransoletek, 36 wisiorków/naszyjników, 29 par kolczyków, 14 różnego rodzaju zawieszek (charmsów, breloków itp), 7 różnych ozdóbek okolicznościowych, 4 spinki do włosów, 4 pierścionki, 2 koraliki modułowe, 2 patchworkowe poduszki, 1 broszkę, szydełkową serwetkę i koronkę do koszyczka, chustę na drutach, trochę ciuchów (w tym kreację studniówkową dla córki) i skończyłam obrazek krzyżykowy. Powyższe podsumowanie zrobiłam po skończeniu dziergania, do teraz oczywiście zebrało się tego już znacznie więcej. No to chyba raczej się nie obijałam przez ten rok?
Ale wracam do sweterka. Na początek kilka szczegółów technicznych. Włóczkę kupiłam dobre 30 lat temu, bo spodobał mi się ten odcień granatu. Było tego chyba z kilogram. W planie były: spódniczka  i sweterek. Spódniczka powstała dość szybko i na dłuższy czas mi się odechciało. Dlaczego? Otóż włóczka jest bardzo cieniutka. Producent podaje tylko wartość tex=64x3 (dla porównania to tylko odrobinę więcej jak kordonek Muza 10). Skład to 50% wełny i 50% anilany, milutka w dotyku. Robiłam na drutach nr 2,5. Dziergało się nawet niezgorzej, ale bardzo wolno. Spódniczkę pokazywałam w jednym z pierwszych moich postów, o tutaj i tutaj też.
Założenia początkowe: sweterek miał być nie za długi, nie za szeroki (tak, żeby bez problemu mieścił się pod kurtką), zapinany na zamek, z dekoltem w szpic w różne warkocze i plecionki. Reszta wyszła "w praniu".


Rozpoczęłam od dołu od ażurowej plisy i to był jedyny w miarę planowy element. Wzór na niego pochodzi z Burdy Special - Dziewiarskie ABC, Wzory & sploty rocznik 1994. Na początek musiałam nabrać 285 oczek na tułów i ok. 65 na każdy rękaw.


Po skończeniu plisy była już tylko Wielka Improwizacja. Nic nie liczyłam, nie zapisywałam, nie planowałam.


Aby ułatwić sobie pracę robiłam jednocześnie tułów i rękawy, inaczej bym się pogubiła. Niejednokrotnie zaczynając kolejny wzór jeszcze nie wiedziałam jak będzie on ostatecznie wyglądał. Oczywiście nie raz się pomyliłam, czasem wzorek, który sobie wymyśliłam wyglądał trochę inaczej jak w mojej głowie, parę razy następowała zmiana koncepcji "w trakcie". Kilka razy musiałam trochę spruć, ale większość starałam się jakoś zamaskować i wkomponować w ciąg dalszy.
Początkowo myślałam o zwykłych wszywanych rękawach, ale kiedy doszłam do wysokości pachy, zaczęło mnie korcić pociągnięcie tego dalej bezszwowo. Wprawdzie wiązało się to z zastosowaniem raglanowego rękawa, który nie jest dla mnie najlepszym fasonem (moje szerokie ramiona i duży biust), ale z drugiej strony nie ma nic gorszego w ręcznym dziewiarstwie jak zszywanie kawałków. Nie cierpię tego. Dlatego jednak się pokusiłam o ten raglan. Po połączeniu wszystkich części na jednym drucie zrobiło się tego 547 (!) oczek. Na szczęście szybko ubywało.


Wzdłuż zamka, dekoltu i linii raglanu przebiega warkoczyk, dzięki temu nie widać odejmowanych oczek. Ja w ogóle kocham wszelkiego rodzaju warkoczyki i przeplatanki. Nie wiem jednak czy tym razem trochę nie przesadziłam. Zrobił mi się spory misz-masz.


Po kilku różnych podejściach ostatecznie zamek wszyłam na maszynie i okazało się to nadspodziewanie dobrym pociągnięciem.
Bezpośrednio po skończeniu sweterek mnie trochę przeraził, bo był strasznie wąski i wyglądał tak:


Na szczęście po praniu i rozprasowaniu znacznie "przytył" i jest taki jak miał być. Jedynie z powodu  trochę nieplanowanego zastosowania raglanu nie było możliwości zrobienia żadnego naddatku na biust i dekolt zrobił się lekko zaokrąglony, zamiast w szpic, ale mi to specjalnie nie przeszkadza.


Jak widzicie na każdym zdjęciu sweterek ma trochę inny odcień. Niestety taki głęboki ciemny granat to niełatwy kolor do fotografowania, szczególnie zimą, a mój namiot i lampy są trochę za małe. Najbliższy prawdy jest kolor na pierwszym zdjęciu. Na pozostałych skupiłam się na ukazaniu szczegółów kosztem barwy, cóż, coś za coś.
Po drodze musiałam pokonać jeszcze jedne schody. Dotyczyły one drutów. Mam sporą kolekcję drutów na żyłce, bo tylko takich używam. Większość z nich przywiozłam sobie lata temu z NRD. To są moje ulubione. Jak dotąd nigdzie nie trafiłam na lepsze. Wiem, że teraz jest sporo markowych drutów renomowanych firm, ale są one dostępne tylko w sklepach internetowych, a szczególnie przy takiej cenie (naprawdę sporej) to ja nie do końca im ufam i nie kupię jak nie pomacam. Ale wracając do moich - nr 2,5 miałam tylko jedne, na żyłce 80 cm. Na tułów trochę krótka, przerabiałam więc na nich rękawy, a na poszukiwanie takich z dłuższą żyłką ruszyłam w Kraków. I... Zonk! W końcu udało mi się jakieś zdobyć (w sumie 2 szt), ale właściwie nie nadają się do niczego. Chodzi o miejsce łączenie druta z żyłką i w konsekwencji tempo przesuwania po nim oczek. Opisałam to dokładnie tutaj, więc nie będę się powtarzać. W każdym razie: kocham moje stare NRD-owskie druty, szkoda, że już ich się nie kupi.
Gotowy sweterek jest bardzo ciepły i waży dokładnie 300g (bez zamka). Zostało mi jeszcze 260g włóczki. Już mi chodzi po głowie jakaś chusta. Co wy na to? Chyba powinno wystarczyć? Może polecicie mi jakiś ciekawy wzór, bo temperatury wreszcie zrobiły się bardziej zachęcające do tego typu robótek.

czwartek, 14 stycznia 2016

Zapętliłam się...

Znacie może tę przypowieść o pewnym Dziadku, który wybrał się do kawiarni? Zamówił kawę, ale pijąc ją pomyślał, że przydałoby się do tej kawy ciastko, więc kupił też kremówkę (a może ptysia?). Kawa się skończyła, ale zostało mu jeszcze trochę ciastka, więc zamówił kolejną kawę, żeby nie jeść tak na sucho. Kiedy zjadł kremówkę zostało mu jeszcze trochę kawy, więc zamówił kolejne ciastko... itd w kółko.
Zdarza się Wam czasem tak zapętlić? Bo ja to mam notorycznie. Najlepszym przykładem jest rozrost mojej morskiej kolekcji, ale przecież nie jedynym. Tym razem zapętliłam się w kolorach bardziej wieczorowych - hematyt ze złotem. A zaczęło się tak niewinnie...
Jakieś pół roku temu robiłam koralikowy komplecik dla koleżanki. Zaproponowałam jej dwa wzory do wyboru. Na wszelki wypadek próbki były rozmiaru bransoletki. Tę, której nie wybrała również wkleiłam w końcówki. I w ten sposób zostałam z nową bransoletką, która przecież nie mogła pozostać sama. Od dawna chodziły za mną indiańce w takich kolorach, nawet na tę okoliczność zakupiłam kiedyś hematytowe skręcane bugle. No to zrobiłam te indiańce i wtedy doszłam do wniosku, że do indiańców zdecydowanie lepiej pasuje bransoletka peyotowa. Wyplotłam więc i taką. A co do szydełkowej bransoletki? Wyszydełkowałam więc kolczyki kulki. A na szyję? Wyszydełkowałam więc jeszcze sporą oponkę modułową do zawieszenia na rzemieniu. A do indiańców? Najlepszy byłby gerdan, ale tu dałam sobie na wstrzymanie (może kiedyś jak pojawi się konkretne zapotrzebowanie to go jeszcze zrobię) i na razie zrobiłam chwościka do powieszenia na rzemieniu. Chodzi jeszcze za mną pierścionek... Obawiam się, że to znowu będzie komplet, którego nie będę mogła skończyć.
Dzisiaj pokażę tylko część "indiańską", szydełkowa będzie innym razem.

Kolczyki, klasyczne indiańce, niezbyt długie (6 cm + bigiel)


Wzór również klasyczny, improwizowany na bieżąco


Jak przystało na metaliczne koraliki są eleganckie i błyszczące, ale w granicach przyzwoitości.


Bransoletka to peyote parzysty z dodatkiem krótkich rureczek-bugli.


Jej szerokość to ok. 3 cm, w obwodzie dość dopasowana. (znowu próbowałam sama zrobić zdjęcie swojej prawej ręce :-P)


Wykorzystałam zapięcie slide z jednym uchwytem.


I wreszcie naszyjnik. Chwost hematytowy ze złotymi końcówkami i czapeczką.


Zawieszony na długim czarnym rzemieniu.


Długość chwosta to ok. 7 cm.


I  jeszcze kilka zdjęć zbiorczych




Jak tak patrzę na te zbiorcze zdjęcia, to jednak gerdan pasowałby znacznie bardziej. Ale STOP! na razie musi pozostać jak jest, na gerdan przyjdzie jeszcze kiedyś czas ;-)
Użyte koraliki: TOHO 11/0 Metallic Hematite i PFG Starlight; i tylko Metallic Hematite Magatama 3 mm, Bugle 1 i Twisted Bugle 3

wtorek, 12 stycznia 2016

I w końcu po Świętach...

Wreszcie dobiegł końca okres świątecznego rozprzężenia. Nie wiem jak innych, ale mnie coś takiego strasznie wybija z rytmu - Święta, 5 dni przerwy, kolejne święto i 5 dni przerwy (w tym weekend), znowu święto, 2 dni i weekend. Dzieci w domu (nawet te, co pojawiają się raz na kilka miesięcy), wszystko stoi na głowie. A żeby nie było za lekko, to jeszcze tuż przed Świętami dopadł mnie jakiś wirus i zamiast w Święta odpoczywać, to musiałam się intensywnie kurować. Choć właściwie to nie koniec, bo za tydzień ferie, ale te dotyczą już tylko najmłodszej, reszta ma sesję.
Pora wziąć się za robotę i uporządkować pewne sprawy, a trochę się tego nazbierało. Właściwie to zaczęłam ten proces jeszcze przed Świętami, a teraz tylko wznawiam. Nie są to więc bynajmniej żadne postanowienia Noworoczne, to tylko przypadkowa zbieżność dat. Na początek kilka założeń na najbliższe czasy:
  1. Nie rozpoczynać nic nowego, no chyba, że będzie mus (to jest zadanie zdecydowanie najtrudniejsze do wykonania);
  2. Pokończyć wszystko co zalega rozpoczęte w pudełkach;
  3. Pokazać to, co już dawno jest zrobione, ale wciąż nie może doczekać się publikacji;
  4. Więcej czasu i uwagi poświęcić obowiązkom pozarobótkowym.
W związku z tym może być mnie tutaj trochę mniej, rzadziej może będę zostawiać swój ślad u Was , co nie znaczy, ze nie będę zaglądać (właściwie to już trwa od jakiegoś czasu). Oczywiście nie zamierzam zaniedbać naszej wspólnej nauki chainmaille, również z makramą i Cyklicznymi Kolorkami postaram się być na bieżąco.

Prezentowanie zaległości zacznę jednak od końca. Moja najstarsza córka obchodzi urodziny między Świętami, a Nowym Rokiem i dziś pokażę co tym razem zrobiłam dla niej.
Pierwsza rzecz to coś, co obiecałam jej już dawno, ale miałam problem z doborem odpowiedniego materiału, aż wreszcie znalazłam. To dewizka, ale nie do zegarka, tylko do kluczy. Jest to łańcuch chainmaille długości ok 40 cm, zakończony z obu stron karabińczykami. O taki:


Materiał na jaki się w końcu zdecydowałam to ogniwka ze stali chirurgicznej o grubości WD=0,8 mm, czyli dość delikatne. Jednak zarówno stal chirurgiczna, jak i zastosowany splot gwarantują łańcuszkowi sporą wytrzymałość. Ten splot to Full Persian, jest mocny, zwarty i dość gładki, więc nie ma szans żeby się o coś próbował zaczepiać.


Na jednym końcu jest mniejszy karabińczyk ze stali chirurgicznej (do zaczepienia kluczy), a na drugim większy, obrotowy do zaczepienia o szlufkę spodni. Tak to wygląda w praktyce (na zdjęciu wyjątkowo kluczyki samochodowe, ale docelowo to dewizka na klucze do mieszkania):



Druga rzecz to jednocześnie moje podziękowanie za pomoc w zakupie kolorowych ogniwek i łuseczek, bo bez niej by się to nie udało. Kolor i wzór wybrała sobie sama na podstawie moich dotychczasowych prac. Postawiła na ciemnoniebieskie ogniwka (Royal Blue) i czerwony koral. Początkowo miały być kolczyki, ale ostatecznie powstał cały komplet:


Kolczyki Romanov z 4 mm kulką czerwonego korala w środku splotu i kropelką powieszoną pod spodem:




Bransoletka to delikatny łańcuszek bizantyjski ciemnoniebieski z niewielkimi czerwonymi wstawkami. Karabińczyk w ostatniej chwili zamieniłam na niebieski, ale zdjęcia już nie zdążyłam zrobić.




Na koniec jeszcze powstał wisiorek. Trochę większa kulka korala, trochę większa kropelka i Romanov podwójny. Ostatecznie dostał jeszcze granatowy pleciony rzemyczek do zawieszenia, ale też nie udało mi się zdjęć zrobić.



To jeszcze kilka zdjęć zbiorczych:




Na dziś to byłoby wszystko, jeszcze tylko chciałam Wam przypomnieć, że za trzy dni żabka zmienia żerowisko i przenosi się z Mobiusków na Euro 4 in 1. Pierwsza praca z Euro zresztą już powstała.
Natomiast ja następnym razem pokażę dla odmiany coś koralikowego.