Moi obserwatorzy

piątek, 30 października 2015

Chainmaille - podstawowe sploty

Dziś zapraszam Was na ostatnią już część poradnika z podstaw techniki. Następne (jeśli będą) to będą dotyczyły już konkretnych splotów.
Sploty chainmaillowe dzielą się na tzw. "rodziny" (family), które wywodzą się przede wszystkim z uwarunkowań historycznych. Jednak podział ten nie jest jednoznaczny i można znaleźć wiele jego wersji. Jedno jest jednak pewne: dwie główne rodziny splotów, które mają wielowiekowe korzenie to: europejskie (European) i japońskie (Japanese). Reszta to już przede wszystkim różne hybrydy i warianty tych splotów. Niektórzy wyróżniają jeszcze rodzinę splotów perskich (Persian), inni spiralnych (Spiral). Znalazłam nawet takie "drzewo genealogiczne", ale należy go traktować raczej jako ciekawostkę:



1. Sploty europejskie:

Stworzenie tego rodzaju splotu przypisuje się Celtom (400 lat pne), później wykorzystali go Rzymianie. W większości są to sploty płaskie, z których można utworzyć praktycznie dowolną powierzchnię. Podstawowe sploty europejskie zbudowane są z ogniwek jednakowej wielkości połączonych ze sobą rzędami na przemian - jeden w jedną, drugi w drugą stronę. Jest to najczęściej spotykany rodzaj splotu i większości właśnie on kojarzy się z kolczugą. Nadal używa się go do produkcji ubrań ochronnych (np. rękawice rzeźnickie, czy "ubranka" zabezpieczające przed rekinami). Najpopularniejszym i jednocześnie najprostszym przedstawicielem tej rodziny jest splot European 4 in 1:


Te cyferki często spotykane jako uzupełnienie nazwy oznaczają ile ogniwek z iloma się łączy. W powyższym wzorze przez każde ogniwko przechodzą 4 inne. Dla porównania tak wygląda European 6 in 1:


Tutaj już przez każde ogniwko przechodzi aż 6 innych.
Do tej rodziny zalicza się również bardzo popularny w biżuterii splot bizantyjski, łuskę smoka (Dragonscale) i wiele innych.

2. Sploty japońskie:

Są równie stare jak europejskie, o ile nawet nie starsze (ponoć mają ok. 3000 lat). Tutaj mamy dwie wielkości ogniwek: większe ułożone są poziomo i połączone mniejszymi ułożonymi prostopadle do nich. Ogniwka najczęściej tworzą siatkę kwadratową (Japanese 4 in 1):


lub sześciokątną (Japanese 6 in 1):


To dwa najprostsze spośród splotów japońskich. Istnieje mnóstwo wariantów tych sieci. Podobno japońskich splotów jest więcej jak wszystkich pozostałych razem wziętych.

3. Wzory spiralne:

Często wyróżnia się je jako odrębną rodzinę, choć niektórzy łączą je z rodziną splotów europejskich. Ogniwka najczęściej tej samej wielkości są połączone ze sobą tak aby układały się zawsze w jedną stronę tworząc spiralę. Za pomocą splotów spiralnych wykonuje się najczęściej łańcuchy (np. Spiral 4 in 1): 



Albo pojedyncze elementy ozdobne (np. Mobius):




4. Sploty perskie:

Ta rodzina jest tworem sztucznym i raczej umownym. Często sploty perskie traktuje się po prostu jako wariant splotu europejskiego. Nie ma żadnych podstaw historycznych dla wyodrębnienia tej rodziny splotów - Persowie nie robili w ten sposób swoich pancerzy. Jednak niektórzy wyróżniają sploty perskie jako osobną rodzinę. Służą one głównie do wyplatania raczej solidnych łańcuchów. Najdelikatniejszy, w miarę płaski jest Half Persian 3 in 1:


Natomiast Full Persian 6 in 1 ma przekrój ośmiokątny (lub jak kto woli kwadratowy ze ściętymi rogami):



5. Hybrydy, warianty i modyfikacje:

Współcześnie bardzo często tworzy się nowe sploty w oparciu o cechy różnych rodzin. Czasem naprawdę trudno się w tym połapać. Na przykład dość podstawowy splot Helm Chain zaliczany jest do rodziny splotów europejskich, choć mnie on bardziej pasuje do japońskich:


Większość celtyckich plecionek to również hybrydy. Na przykład Celtic Star to wariacja splotu Europejskiego i Helm:


A Celtic Labirynt to: European+Helm+Japanese:


Wszystkie fotografie splotów pochodzą ze strony www.mailleartisans.org , która jest prawdziwą kopalnią wiedzy na temat chainmaillowych splotów i instrukcji ich wykonania. Każdemu, kto zamierza rozpocząć swoją przygodę z techniką chainmaille szczerze polecam te stronę.

Jeśli udało się Wam dobrnąć do końca, to gratuluję. Jednak to są tylko bardzo ogólne informacje. Jeśli macie ochotę nauczyć się wykonywania konkretnych splotów, to bardzo proszę o pozostawienie takiej informacji w komentarzach pod tym postem. Wydaje mi się, że najkorzystniejsza byłaby wspólna nauka, tak jak uczymy się makramy, decu czy frywolitki. Każdy miesiąc - inny splot, wtedy omówiłabym każdy znacznie dokładniej. Chciałabym jednak poznać również Waszą opinię na ten temat. Napiszcie też od którego miesiąca chciałybyście ewentualnie rozpocząć.
A więc, teraz czekam na Wasz ruch :)

środa, 28 października 2015

Prototyp

Dziś tak na szybko chciałam Wam pokazać nowy wzór kolczyków chainmaille. Napisałam prototyp, bo bardzo mi się ten wzór podoba i na pewno będą powtórki. Właściwie to nawet już są, ale o tym w swoim czasie.
Kolczyki wyplotłam z malutkich ogniwek z anodyzowanego aluminium w kolorze Sky Blue. Wzór to oczywiście niezastąpiony Romanov + przedłużka z 1/2 Bizancjum.


W środku umieściłam fasetowaną kuleczkę ciemnoniebieskiego agatu o średnicy 4 mm.


Kolczyki są naprawdę malutkie i błękitne. Szerokość to 1,3 cm, a długość = 2,2 cm + bigiel.


Parametry ogniwek dla dociekliwych: WD=0,8 mm; ID= 2,8 mm; AR= 3,5.
Jak widzicie bawię się kolorkami. Muszę się trochę hamować, żeby nie wyrobić od razu wszystkich kolorowych ogniwek, ale nie jest to wcale łatwe.

wtorek, 27 października 2015

Nie cierpię zmiany czasu!

I to bez znaczenia w którą stronę następuje. Po prostu mój zegar biologiczny nie obsługuje tej funkcji. Chyba muszę mieć jakiś stary model. I żadne argumenty w stylu, ze teraz śpimy o godzinę dłużej do mnie nie przemawiają, bo i tak jeszcze długo będę się budziła zgodnie z poprzednim czasem. A jak już w końcu się przestawię, to znowu trzeba będzie zmieniać. W drugą stronę. W dodatku ktoś podstępnie ukradł mi połowę wieczoru - właściwie zaraz po obiedzie robi się ciemno. A ja jestem stworzeniem światłolubnym. No to sobie ponarzekałam, a teraz pokażę Wam coś, co zrobiłam już chwilę temu (będzie ze dwa tygodnie), ale dopiero dzisiaj zmobilizowałam się do zrobienia zdjęć.
Sądząc z komentarzy moja "śliweczka" przypadła Wam do gustu. Mnie również. Dlatego właściwie od razu poczyniłam kolejne eksperymenty. Oto efekt:


Dwie shambalowe bransoletki, ale jakże różne...
Pierwsza powstała ta:


Moja córka jak ją zobaczyła, to stwierdziła:
- O mamo, widzę, że zrobiłaś bransoletkę ze zniczami!
- ?!?
- No przecież to oczywiste: Ma kolory Gryfindoru, a te złote kuleczki to przecież znicze!
Mówiąc szczerze sama bym na to nie wpadła, ale moje córki to w końcu pokolenie Harrego Pottera. Na tych książkach uczyły się czytać i sentyment pozostał mimo lat (już kilkunastu!), które od tego czasu upłynęły. Więc niech będzie: bransoletka ze zniczami.


To klasyczna shambala wypleciona z cienkiego (1 mm) sznurka woskowanego w kolorze czerwonym. Szerokość gotowej plecionki to 5,5 mm.


Elementem centralnym bransoletki jest chainmaillowy łącznik wypleciony splotem spiralnym o nazwie Mobius. Średnica kółeczka to ok. 13 mm.


W bransoletkę wplecione są złote diamentowane kuleczki o średnicy 8 mm.
Na końcówkach sznureczków znajdują się podobne kuleczki, tylko 4 mm.


Druga jest trochę masywniejsza. Wyplotłam ją z czarnego gorsetowego sznurka (satynowy 2 mm), dzięki czemu jest bardzo mięsista.


Element centralny,czy jak kto woli łącznik to podobnie jak w śliweczce Romanov. Jednak ten jest znacznie większy - ma ok. 2 cm średnicy.


Wyplotłam go z pozłacanych ogniwek, a w środek włożyłam 6 mm kulkę Nocy Kairu. Na niektórych zdjęciach udało mi się nawet uchwycić jej iskrzenie.


W bransoletkę wplecione są zamiast koralików pozłacane kółeczka. Pomysł niestety nie mój, tylko podpatrzony, ale tak mi się spodobał, ze musiałam spróbować.


Jak to w shambali zamiast zapięcia jest regulacja obwodu, ale trochę inna niż zazwyczaj. Szczerze mówiąc taką robiłam w moich pierwszych tego typu bransoletkach, lata temu. Nie ma osobnego elementu łączącego dwa końce sznurka, funkcję tę pełnią obie końcówki. Tak to wygląda:


Wieczorem przy sztucznym świetle cała bransoletka (również sznurek) mocno się błyszczy:


Przy okazji dowiedziałam się, ze sznurek gorsetowy jest trochę za gruby na klasyczną shambalę, lepiej byłoby wkleić go w jakieś końcówki. Szkoda, bo mam go duże zapasy, ale w sumie to zrobiłam je raczej z myślą o kumihimo, więc może jednak wrócę do dysku?

Jeszcze tylko rodzinne zdjęcie wszystkich trzech bransoletek, razem ze "śliweczką":


PS. Post ten miał być opublikowany w poniedziałek rano, ale z technologią nie wygrasz :-( Padł nam internet, jak się okazało jakaś większa awaria i na cały dzionek zamknęło się nam "okienko na świat". Dlatego publikuję dopiero teraz. A w kolejce czeka już trzecia część chainmaillowego poradnika.

piątek, 23 października 2015

Herbaciany zestaw

Miałam jeszcze pokazać prezent ślubny, jaki uszyłam ostatnio, co niniejszym czynię. Nie chciałam wręczać samej "koperty", miałam ochotę dodać też coś od siebie.
Kiedy byłam jeszcze na studiach niemal nałogowo szyłam takie kapturki - ocieplacze na dzbanek. Obdarowałam nimi chyba całą rodzinę i mnóstwo znajomych. To bardzo przydatny gadżet, sama mam ich kilka. Było to jeszcze zanim odkryłam patchwork, więc kapturki były z aplikacjami, najczęściej o tematyce herbacianej, choć nie tylko. Najmilsze w tym jest, kiedy odwiedzam tych ludzi i widzę tam "moje" kapturki, nadal w świetnym stanie, po tylu latach.
Teraz już rzadziej popełniam coś takiego i raczej wykorzystuję patchwork. Ostatni kapturek, który uszyłam powędrował do naszych przyjaciół jako prezent na rocznicę ślubu. To było jeszcze przed założeniem tego bloga, ale pokazywałam go na G+, można go zobaczyć tutaj.
Tym razem nie miałam tak precyzyjnych wytycznych, nie udało mi się też zdobyć wiarygodnej informacji na temat stylu i kolorystyki mieszkania, które właśnie urządzają Młodzi, dlatego postawiłam na w miarę neutralną klasykę. Kapturek, który uszyłam wygląda tak:


Wykorzystałam jeden z klasycznych wzorów na gwiazdę, choć w kapturku musiałam go trochę zmodyfikować, a raczej uzupełnić. Oczywiście do kapturka jest też podkładka, bo od spodu ciepło też potrafi uciekać. Do kompletu uszyłam również sześć małych podkładeczek pok kubek, czy filiżankę. O, takich:


Kapturek pasuje na większość dzbanków 1-2 litrowych, a małe podkładeczki mają wielkość ok. 12 cm. Tak prezentują się razem:


Blok gwiazdy na kapturek wyszperałam w moim przepastnym archiwum, natomiast przy szyciu małych podkładek skorzystałam z tego tutoriala Małgosi P, wzór nazywa się "Ekonomia". Chodziło mi przede wszystkim o sposób na obliczanie wielkości kolejnych trójkątów. Wszystkim polecam tutoriale Małgosi, są świetnie napisane, krok po kroku i zdradzają wiele "sztuczek" służących uproszczeniu naszej pracy przy zszywaniu bloków.
Komplet uszyłam z bawełnianych materiałów (płócienek), wewnątrz jest poliestrowa ocieplina (taka jak do kurtek), lamówki również bawełniane. Pikowanie głównie w szwach, gdzieniegdzie jeszcze równolegle do nich. Do pikowania z wolnej ręki jeszcze nie dorosłam, a przynajmniej nie na tyle, żeby zaryzykować go na prezent. Poza tym do tego wzoru jakoś mi nie pasowało wymyślne pikowanie. Jak klasyka, to klasyka. To jeszcze jedno zdjęcie zbiorcze, tym razem "na płask".


Oczywiście bez wspomnianej na początku "koperty" też obejść się nie mogło. W tym celu zrobiłam karteczkę. Jako osoba niekarteczkowa stawiam na rozwiązania alternatywne. Czyli po raz kolejny haft krzyżykowy. Wzór został wybrany komisyjnie:


Kanwa, a właściwie Aida beżowa 14ct, mulina Ariadna w kolorach według wzoru. Tylko w konturach poszalałam i wszystkie wyszyte są metalizowaną muliną DMC. Haftuje się nią paskudnie, ale efekt wart poświęceń. Wydawało mi się, że mam gdzieś bazy do haftowanych kartek, ale okazało się , że mam tylko zakładki, więc kartkę musiałam sama zrobić od podstaw. Wycięłam okienko w beżowej tekturce, wydrukowałam napis i życzenia. Tak to wyglądało z wierzchu:


A tak w środku:


Wewnątrz jest też kieszonka na banknoty. Wkład musiał być dopasowany kolorystycznie do całości:


Może trochę minimalistyczna, ale chyba nie wygląda najgorzej?

środa, 21 października 2015

Dopełnienie niebieskich neonków

Nie pokazałam Wam jeszcze biżuterii, którą zrobiłam dla mojej najmłodszej latorośli na wspomniane już tutaj wesele, które odbyło się na początku października. To wszystko przez zdjęcia. Obfotografowałam wszystkie 3 komplety  jeszcze przed uroczystością, niestety pogoda była wtedy mało fotograficzna i jak z tamtych dwóch coś udało się wykrzesać, tak ten komplecik kompletnie nie nadawał się do prezentacji. Musiał dostać drugą szansę, a tu ani czasu za wiele, ani pogody... Dlatego pokazuję dopiero teraz. Zdjęcia nadal nie rzucają na kolana, ale lepiej już chyba nie będzie w tym roku :(
Kupiłyśmy sukienkę, jasnoniebieską, i tylko nurtowało nas (głównie Zosię), czy będzie do niej pasowała ta niebieska bransoletka. Okazało się, że jak najbardziej, zrodziło się więc zapotrzebowanie na naszyjnik i kolczyki.
Musiało to być coś bardzo dziewczęcego, delikatnego, co w przypadku chainmaille wcale nie jest takie oczywiste. Ale chyba udało mi się sprostać. Zresztą oceńcie sami.
Naszyjnik trochę podobny do tego, ale zarówno ogniwka, jak i kryształki mniejsze, więc całość wyszła dużo subtelniejsza.


Element centralny to trzy Romanov'y złożone w trójkąt wokół silikonowego ogniwka. Trójkącik jest niewielki: ok. 2,5 cm x 3,5 cm (wraz z dyndadełkiem).


Zawiesiłam go na łańcuszku z pojedynczych elementów bizantyjskich przedzielonych kryształkami.


Bardzo dobrze wpasował się w lekko trójkątny dekolt sukienki (oj, przydałby się manekin, bo mój ekspozytor trochę wąski w ramionach).


Na zdjęciu sukienka wygląda na zieloną, ale musicie mi uwierzyć, że jest niebieska, jasnoniebieska z delikatnie turkusowym odcieniem. W sztucznym świetle to prawie ten sam odcień, co silikonowych ogniwek, tyle, ze jaśniejszy.
Kolczyki to również Romanov i silikonowe ogniwko:


Również malutkie: 3,5 cm długości razem z biglem i  1,2 cm w najszerszym miejscu.


Razem z bransoletką stworzyły taki oto komplecik:



Na koniec jeszcze tradycyjnie trochę szczegółów technicznych: ogniwka 4 mm żelazne posrebrzane o faktycznych parametrach: WD = 0,8 mm; ID = 2,4 mm; AR = 3. Kryształki Fire Polish 4 mm w kolorze Neon Smurfs Blue. Wszystkie wykończenia posrebrzane.

No, to biżuterię weselną mam już z głowy, bo mnie udało się dobrać sukienkę do tego kompletu. Jeszcze pokażę Wam prezent, jaki uszyłam dla Młodych, ale to już następnym razem.

poniedziałek, 19 października 2015

Pigwa czy pigwowiec?

Pytanie wbrew pozorom dość istotne, bo różnica jest spora, a wiele osób nawet nie wie, że to są dwa odrębne gatunki. Nastał sezon na wszelkie pigwowe przetwory i w związku z tym rodzą się różne wątpliwości i pytania. Ostatnio nasza Danusia spytała o moje sposoby na nalewkę z pigwowca. Postanowiłam się więc podzielić się z Wami moją wiedzą na ten temat. Nie jest może ona jeszcze pełna, bo sama od niedawna zajmuję się tymi owocami i doświadczenie mam jeszcze niewielkie, ale coś tam już wiem. Mam trzy różne krzaki pigwowca, które wreszcie w tym roku zaowocowały w sposób zadowalający. Mam też dwie pigwy posadzone rok temu, ale chyba niezbyt im się u mnie podoba, bo są jeszcze strasznie słabosilne, nie wiem czy coś z nich w ogóle będzie. Podejrzewam, że na mojej glinie jest im raz za mokro, raz za sucho. Gdy sadziliśmy zeszłej jesieni musieliśmy wykopać rowek, żeby spuścić wodę z dołka, a i tak z ziemi (gliny) można było garnki lepić, z kolei tegoroczne lato było wyjątkowo suche i ziemia zrobiła się twarda jak beton.

Zacznę od odrobiny teorii:
  1. "Pigwa pospolita Cydonia oblonga należy do rodziny różowatych Rosaceae. Dziko rośnie w Azji. W naszym kraju raczej rzadko uprawiana i mało znana jako drzewo owocowe, częściej służy jako podkładka skarlająca dla gruszy (szczególnie wyhodowany typ pigwa S1). Często bywa bywa z nią mylony pigwowiec Chaenomeles sp. Pigwa pospolita może być dużym krzewem lub małym drzewem, dorastającym maksymalnie do 5 metrów wysokości." (źródłoUprawia się kilka odmian pigwy, niektóre mają owoce w kształcie gruszek, inne jabłek.
  2. "Pigwowiec to mrozoodporny krzew o ciernistych gałązkach, dorastający do około 2 m wysokości. Uprawiany jest dla przepięknych kwiatów, które pojawiają się na nim nieraz już od wczesnej wiosny, a także dla owoców, doskonałych na przetwory - konfitury i nalewki." (źródłoWystępują trzy gatunki pigwowca i sporo odmian. Najpopularniejszy jest pigwowiec japoński, głównie ze względu na burzę czerwonych kwiatów, którymi pokrywa się na wiosnę.

Jeśli macie ochotę na więcej informacji na ten temat to zapraszam do podlinkowanych źródeł.
Tutaj bardzo dobrze opisane są różnice pomiędzy tymi dwoma roślinami.

U mnie w ogródku rosną trzy krzaki pigwowca: jeden japoński (o czerwonych kwiatach) i dwa chińskie (o białych i różowawych kwiatach) oraz dwie pigwy wielkoowocowe gruszkowe, które niestety biedne są jeszcze bardzo, ale dostałam trochę owoców: zarówno gruszkowych, jak i jabłkowych. Dzięki temu dysponuję sporym materiałem porównawczym.
Po pierwsze porównanie owoców pigwy i pigwowca:


Od lewej: pigwa gruszkowa, pigwa jabłkowa, pigwowiec. Po dwa owoce z każdego gatunku: z przodu najmniejsze, z tyłu największe.
Jeśli chodzi o pigwowiec to kształt owoców jest dość zróżnicowany i to niezależnie od gatunku (odmiany). U mnie na tym samym krzaku wyrosły tak różne owoce:


Owoce pigwy są większe, bardziej soczyste i mniej kwaśne (bo trudno powiedzieć, że bardziej słodkie), za to  pigwowca bardziej aromatyczne. Niestety żadne z nich nie nadają się do bezpośredniej konsumpcji. To znaczy trujące nie są, ale twarde i kwaśne.
Zarówno pigwa, jak i pigwowiec nie pochodzą z naszego klimatu i zazwyczaj nie udaje im się dojrzeć na drzewie (krzaku). U mnie pigwowce spadają całkiem zielone, o takie:


Te zostały strącone przez poniedziałkowy śnieg.
Dlatego zanim zabierzemy się za przetwory trzeba owoce jeszcze trochę "dojrzeć". Najlepiej położyć je gdzieś w cieple w towarzystwie dojrzałych jabłek. Muszą zrobić się takie żółciutkie (wyglądają trochę jak cytrynki):


To są owoce pigwowca chińskiego, który jako pierwszy pozbył się ciężaru i już od kilku tygodni dojrzewają w domu. Na japońskim jeszcze trochę ich wisi:


Co bynajmniej nie przeszkadza mu cały czas kwitnąć:


Mam nadzieję, że po tym wstępie nie będziecie już mieć wątpliwości czy owoce, które dostaliście od kogoś to pigwa czy pigwowiec. Jest to o tyle ważne, że trochę inaczej trzeba postępować z jednymi jak z drugimi. Owoce pigwowca wymagają więcej cukru i raczej nie nadają się na dżemy w przeciwieństwie do pigwy. Owoce są tak aromatyczne, ze nie spotkałam się z przypadkiem dodawania do przetworów dodatków aromatyzujących w stylu wanilia czy cytryna.

  1. Dżem z pigwy W zeszłym roku dostałam trzy pigwy gruszkowe. Kiedy już były bardzo dojrzałe zrobiłam z nich dżem. Był pyszny i bardzo aromatyczny. Pigwy na dżem należy obrać ze skórki i wykroić gniazda nasienne. Dopiero wtedy zważyć i ewentualnie rozdrobnić. Ja poszłam po najmniejszej linii oporu i zrobiłam dżem z cukrem żelującym 3:1 (według przepisu na opakowaniu). To była dobra proporcja, czyli na 1 kg owoców - 350 g cukru. W tym roku zrobię dokładnie tak samo, ale jeszcze trochę muszą dojrzeć.
  2. Nalewka z pigwowca Sama jeszcze nie robiłam, ale dostałam sprawdzony przepis od znajomego, który robi taką już od paru lat. Kosztowaliśmy, jest pyszna. Dojrzałe owoce pigwowca należy dobrze umyć (nie obierać),
    wykroić gniazda nasienne,
    dość drobno posiekać (można malakserem)
    i przesypać w słoju cukrem w proporcji: 1 kg owoców - 1 kg cukru.
    Jeśli owoców jest dużo można robić to warstwami. Ja zasypałam już pierwszą partię tych najbardziej dojrzałych ("cytrynek"), resztę będę dodawać w miarę dojrzewania.
    Słój odstawić w ciepłe i jasne miejsce (najlepiej nasłonecznione, np parapet) na kilka tygodni. Gdy owoce zaczną puszczać sok dobrze jest co jakiś czas je zamieszać lub przynajmniej wstrząsnąć. Otrzymany syrop należy przecedzić przez sito. Czysty sok wymieszać ze spirytusem 90% w proporcji 1:1, a pozostałe owocki zalać wódką 40% (informacja jaką ilością i na jak długo ukaże się tutaj niebawem). Następnie zlać (odcedzić) i połączyć z resztą.
Oprócz pigwy gruszkowej i pigwowca mam jeszcze w tym roku trochę pigwy jabłkowej. Takiej dotąd jeszcze nie miałam. W ramach eksperymentu zrobię z niej trochę dżemu według powyższego przepisu i trochę nalewki, ale dam mniej cukru jak do pigwowca. W przyszłym roku pochwalę się co z tego wyszło.

A tak na marginesie. W zeszłym roku pokazywałam syrop z czerwonej porzeczki. Pisałam wtedy, że z owocków pozostałych po zlaniu syropu spróbuję zrobić nalewkę. I zrobiłam. Wyszła bardzo ciekawa.


W tym roku zrobiłam dokładnie tak samo. Jakby kogoś interesowało to zrobiłam tak: na każdy kilogram początkowy owoców (przepis na syrop  tu) wlałam pół litra wódki 40% i postawiłam na parapecie. Zlałam dopiero po roku, ale ta nastawiona z tegorocznego zbioru wygląda już całkiem dobrze, więc pewnie jakieś trzy miesiące też by wystarczyły.

Strasznie długi, tasiemcowy post mi wyszedł, więc dla wytrwałych mam jeszcze zagadkę. Wczoraj korzystając z pięknej niedzieli wybraliśmy się do sadu, żeby oszacować szkody jakie poczynił zeszłotygodniowy śnieg. Na szczęście obyło się bez większych ofiar, nawet węgierki utrzymały się jeszcze na drzewie, ale ja nie o tym miałam. Zebraliśmy trochę jabłek i gruszek i ...


No właśnie, kto wie co to jest? Dla pierwszej poprawnej odpowiedzi przewiduję nagrodę, więc kto pierwszy ten lepszy :)