Moi obserwatorzy

piątek, 31 lipca 2015

Łapanie licznika!

Właśnie spojrzałam na mój licznik odwiedzin i zauważyłam, że nieuchronnie zbliża się on do dość ciekawej wartości. Nie są to wprawdzie diabelskie 3 szóstki, tylko 5 szóstek. Wydaje mi się jednak, że taka liczba powinna być równie magiczna. Dlatego ogłaszam szybkie (bo to już niedaleko) łapanie licznika. Waszym celem jest:
66 666
Nie musicie się zgłaszać, ani zamieszczać żadnego banerka. Musicie tylko czyhać. Nie stawiam żadnych dodatkowych warunków. Mam jednak nadzieję, że dość krótki czas zabawy premiować będzie moich "stałych zaglądaczy". Dla porządku licznik znajduje się po prawej stronie, na pasku bocznym, tuż pod "Obserwatorami".
Dowodem na złapanie licznika będzie zrzut ekranu lub jego fragmentu, na którym oprócz samego licznika widoczny będzie jakiś element jednoznacznie dowodzący, że jest to właśnie mój blog. Zrzut w formie obrazka wraz z datą i przybliżoną godziną złapania przesyłacie na mój adres email: ab.szybalska@gmail.com . Oczywiście musicie też podać jakąś informację umożliwiającą Waszą identyfikację, czyli imię, nick blogowy, adres strony www lub coś innego tego typu.
No i wreszcie rzecz najważniejsza. Oczywiście przewidziana jest nagroda. Ostatnio pokazałam trochę biżuterii chaimaille i chyba się Wam to spodobało, więc nagroda będzie chaimaillowa. Osobę, która złapie pięć szóstek obdaruję jedną z poniższych rzeczy:


Na życzenie zwycięzcy mogę też zrobić coś podobnego lecz w innych kolorach, w miarę moich aktualnych zasobów.
Jeśli nikomu nie uda się złapać dokładnie pięciu szóstek, to zwycięzcą zostanie ta osoba, która będzie najbliżej.
No to już nie przedłużam, tylko życzę Wam owocnego polowania :)

wtorek, 28 lipca 2015

Kolejne chainmaillowe bransoletki

Wygląda na to, że spodobała się Wam moja chaimaillowa różowa bransoletka. Tak jak pisałam powstały też inne wersje.
Pierwsza jest srebrno niebieska. Zrobiłam ją dla najmłodszej córki.


Właściwie można powiedzieć, że to kopia tej różowej (posrebrzane ogniwka i neonowe FirePolish), tylko zapięcie trochę inne, bo w kształcie kulki i obwód większy o jeden segment.


Na mojej ręce:



Dla porównania tak wyglądają razem niebieska z różową:


Potem zabrałam się za czarno-zieloną, ale na razie jej nie mogę pokazać, bo brakło mi czarnych ogniwek.
Pozostały mi jeszcze żółte kółeczka. Połączyłam je z ogniwkami w kolorze miedzianym i kuleczkami 4 mm.


Ogniwka okazały się trochę grubsze od poprzednich, a co za tym idzie ich współczynnik AR zbyt mały na zwykły Bizantyjski, musiałam więc zastosować trochę inny wariant splotu, nazwałabym go: Byzantine 1-connector czyli na łączeniach są tylko pojedyncze ogniwka, a nie podwójne jak być powinno. Taki mały wybieg.


Zapięcie tym razem na karabińczyk, bo niestety wybór zapięć w kolorze miedzianym nie jest porażający. Przy zapięciu dodałam jeszcze zawieszkę w kształcie serca, oczywiście równie neonową jak reszta.


Zostało mi jeszcze trochę różowych ogniwek, więc postała jeszcze jedna bransoletka.


Tym razem splot jest inny. Nazywa się Butterfly - pięknie, prawda? Widzicie motylka na zbliżeniu?


Zapięcie również na karabińczyk.


Zdjęcie rodzinne:


I jeszcze porównanie wszystkich pięciu, razem z tą niedokończoną, która ma większe koraliki.


Muszę trochę podkręcić tempo, bo znacznie więcej powstaje rzeczy, niż udaje mi się ich pokazać. Coś nie po drodze mi ostatnio z komputerem. Z odwiedzinami u kolorystek tez jestem do tyłu. Wybaczcie dziewczyny, jakiś taki kryzys mnie dopadł. Ale obiecuje poprawę :)

piątek, 24 lipca 2015

Poszalałam!

A miałam nie robić żadnych robótkowych zakupów. Ale chciałam coś wyhaftować, a okazało się, że nie mam już ani kawałka drobnej kanwy. No to trzeba było zakupić. Zawędrowałam (wirtualnie) do mojego ulubionego sklepu z hafciarskimi akcesoriami, znalazłam odpowiednią tkaninę i ... no przecież musiałam sprawdzić co nowego w ofercie, bo dawno mnie tam nie było. A tam - same cuda. Przede wszystkim - kolorowe druty z anodyzowanego aluminium, naprawdę spory wybór i kolorów i rozmiarów (cenę przemilczę). A za mną już od jakiegoś czasu chodził kolorowy wrapping i chainmaille. No i dorzuciłam do tej kanwy jeszcze trzy zwoje drucika. Jestem nim oczarowana. Cudownie się nim wywija. Jest na tyle miękki, żeby go formować palcami, ale po uformowaniu wystarczająco trzyma zadaną formę - mniej więcej jak czyste srebro.
Wybrałam te kolory, które najbardziej mnie kusiły i dopiero potem zorientowałam się, że to te same co kolory sznurków w dobieranej makramowej bransoletce. Oczywistą rzeczą jest więc, że pierwsze co z niego zrobiłam to kolczyki do kompletu.


Bazę wykręciłam z drutu posrebrzanego, umocowałam kulkę niebieskiego hematytu i oplotłam trzema kolorami drutów aluminiowych. Wszystkie druty o średnicy 1 mm. Kolczyki nie są pozbawione wad, bo w pierwszym momencie złapałam się za drut szczypcami. Zupełnie niepotrzebnie, drut aluminiowy jest tak miękki, że w zupełności wystarczą własne palce, a kolorowa powłoka jest dość delikatna. Jednak z daleka i tak nie widać, zresztą kolczyki są moje, a ja się czepiać nie będę.


Jak myślicie: pasują do bransoletki?


Kolczyki mają razem z biglem 5,5 cm długości i w najszerszym miejscu ok 2 cm szerokości.


Aluminium jest bardzo lekkie, więc nawet pomimo ciężkiego hematytu kolczyki nie urywają ucha.


Powiesiłam je na srebrnych zamkniętych biglach, tak dla pewności.


A tak przy okazji: sprawiłam sobie ekspozytor do kolczyków. Czeka go jeszcze malowanie. Co o nim sądzicie?


No i teraz mam dylemat. Bo: jest bransoletka, są kolczyki, przydałoby się jeszcze coś na szyję. Tylko co zrobić: makramowy naszyjnik czy wrappkowy wisiorek? Nie mogę się zdecydować.
PS. W kolejce do pokazania czekają kolejne chainmaillowe bransoletki, muszę je tylko jeszcze obfocić :)

czwartek, 16 lipca 2015

Rocznicowe kolorki

To już rok! Aż trudno uwierzyć, a jednak...
Trochę żałuję, że nie jestem w zabawie od samego początku, ale trafiłam do Danusi dopiero w ostatnich dniach sierpnia ubiegłego roku i pomimo, że akurat miałam na warsztacie czarną pracę, to jednak nie zdążyłam jej skończyć przed końcem miesiąca. Dlatego rozpoczęłam od czerwonego września, ale za to od tej pory nie odpuściłam ani jednego kolorku :)


Z okazji rocznicy Danusia zaproponowała nam dowolny kolor z dotychczas obowiązujących. Wprawdzie niby miał to być kolor, który najbardziej nam odpowiadał, ale ja przewrotnie postanowiłam, że będzie to ten kolor, który mnie ominął dokładnie rok temu, czyli:


Przynajmniej miesiąc na banerku się zgadza ;-)
Różowy zdecydowanie nie nie należy do moich ulubionych. próżno go szukać u mnie w szafie czy w mieszkaniu. Dodatkowo również żadna z moich trzech córek za nim nie przepada. A jednak postanowiłam zrobić coś właśnie w tym kolorze, a konkretnie bransoletkę:


Jak widzicie znowu ogniwka, ale w dość nietypowej aranżacji. Lato, wakacje kojarzą mi się z neonowymi kolorami. Dlatego wykorzystałam neonowe koraliki Fire Polish (4 mm) i takież silikonowe kółka-ogniwka (10 mm), które skojarzyłam z delikatnymi splotami z malutkich (4 mm) ogniwek w kolorze srebrnym. Zarówno koraliki jak i silikonowe kółeczka są z efektem UV-reactive, niestety nie udało się nam znaleźć żadnej działającej latarki ze światłem UV, a szkoda, bo kiedyś już to sprawdzałyśmy i efekt jest naprawdę niesamowity.


W efekcie powstała bardzo dziewczęca, delikatna bransoletka. Pomimo, że to chainmaille to naprawdę jest bardzo lekka.


Dostała delikatne magnetyczne zapięcie, dzięki temu łatwo jest ją zapiąć, ale trzyma dość dobrze, sama z siebie się nie rozepnie.


Widzę ją na dziewczęcym nadgarstku, dlatego obwód jest stosunkowo niewielki (na moim zapina się na styk). Bransoletka nie ma na razie żadnego konkretnego przeznaczenia, w razie czego dorobię jeszcze jeden segment i będzie większa.


Kiedy pokazałam ją moim dziewczynom, zgodnie stwierdziły: Fajna, tylko dlaczego różowa?! Problem w tym, że nie umiem udzielić odpowiedzi na to pytanie. Nie mam pojęcia dlaczego. Mam materiały w 4 kolorach, z których każdy mógłby podpasować pod któryś z miesięcy, a ja zrobiłam właśnie różową. Jedno jest pewne: będą inne wersje kolorystyczne, i to niebawem.

wtorek, 14 lipca 2015

Makrama - zadanie 2

Na początek ciąg dalszy moich poszukiwań sznurka lnianego idealnego. Tym razem zawędrowałam do pasmanterii i zakupiłam sznurek znacznie grubszy jak te z marketu budowlanego. W ramach testu zrobiłam taką prościutką klasyczną bransoletkę:


Sznurek zdał egzamin - nie rozłazi się mimo przesuwania po nim węzełków zapięcia. Dla porównania zdjęcie z poprzednią bransoletką - widać, że sznurek jest dużo grubszy:


Wracając do naszej wspólnej nauki makramy... Tym razem Joasia dała nam dużo możliwości do wyboru. Jak dla mnie za dużo. Bo ja to jestem jak ten osiołek, co to się nie mógł zdecydować: owies czy siano. Jednak jest pewna różnica osiołek nie zdecydował się na nic, a ja w takiej sytuacji "biorę wszystko". Ale po kolei. Na początek banerek:


Jako się rzekło wybrałam wariant numer 1, 2 i 3.

1. Eksperymenty z kolorami:

Już dawno temu zafascynowała mnie taka "dobierana" makrama. Przeszukałam internet w poszukiwaniu podpowiedzi, rozgryzłam technikę i ... na tym mój zapał się skończył. Teraz nadarzyła się okazja, żeby wreszcie sfinalizować temat.


Te sznurki (1,5 mm) zakupiłam w dość dużej ilości jako pierwsze woskowane w mojej karierze, głównie ze względu na ich kolory, jednak okazały się za sztywne do większości zastosowań. W tym przypadku wydaje mi się, że pasują idealnie.


Dla wzmocnienia efektu dodałam jeszcze cudowne niebieskie hematyty. Dzięki temu bransoletka jest sztywna i ciężka - i właśnie taka być miała. Jestem z niej bardzo zadowolona.


Zapięcie tym razem klasyczne i proste, bez wydziwiania.



2. Naszyjniki, korale, komplety:

Jako kompletomaniaczka nie mogłam przecież odpuścić tego wariantu. Początkowo miałam zrobić coś całkiem nowego, ale doszłam do wniosku, że co za dużo, to niezdrowo i zrobiłam tylko komplet do bransoletki z poprzedniego zadania: naszyjnik i kolczyki.


Kolczyki wykonałam według instrukcji Joasi, którą można znaleźć tutaj.


Wykorzystałam ten sam lniany sznurek i drewniane koraliki w kolorze turkusowym co w bransoletce i zawiesiłam na moich ulubionych biglach ze stali chirurgicznej.

3. Siatka:

Początkowo miałam ochotę popłynąć jak Beatka, ale mnie uprzedziła, a ja nie lubię kopiować pomysłów, poza tym w porę uświadomiłam sobie, że ja przecież zamierzam nosić ten naszyjnik, i to głównie do koszulowej bluzki lub do podkoszulków. Dałam więc sobie na wstrzymanie i mój naszyjnik jest znacznie skromniejszy.


Ale oczywiście siatka w nim występuje w roli głównej:


Sznurek dość toporny, ale widać o co biega. Jako rdzeń ponownie wykorzystałam cienki sznurek woskowany.

I jeszcze jedno. Padła propozycja, żeby pokazywać swoje wcześniejsze prace. Co prawda moje najwcześniejsze prace nie zachowały się ani we własnej osobie, ani nawet na zdjęciach, ale ostatnio zaczęłam wracać do makramy i kilka nowszych prac w tej technice mam udokumentowanych. Większości z nich nie pokazywałam na blogu, ale są do zobaczenia na mojej Picasie (Google+). Jeśli więc ktoś miałby ochotę to zapraszam do albumu Sznurkowe. Są tam głównie prace w technice makramy i kumihimo.

piątek, 10 lipca 2015

Dżins a'la shibori

Po przeczytaniu tytułu możecie sobie pomyśleć: "tej to już całkiem odbiło" i pewnie nie będzie to rozumowanie zupełnie pozbawione sensu. Ale może zacznę od początku.
Uwielbiam dżins. Zresztą pewnie jak większość z Was. Lubię zarówno fakturę materiału, jak i ten cudowny kolor indygo. Mam sporo ciuchów w tej kolorystyce, więc i dodatki muszą być. Niestety ostatnio stwierdziłam, że moja spinka do włosów w kolorze "dżinsowym" przestała być dżinsowa. Stała się jakaś taka mdło-różowo-niewiadomojaka. Okazało się, że indygo płowieje nie tylko na tkaninach, ale na plastiku też. Od spodu kolor bardziej przypominał ten, który kilka lat temu kupowałam, więc zrobiłam taki porównawczy kolaż obu stron spinki:


Tak się składa, że ja bez spinki ani rusz - za dużo mam na głowie, żeby puścić toto wolno. Trzeba było coś wykombinować. Ponieważ baza tej wypłowiałej spinki była dość dobra i mieściła wszystkie moje włosy, więc postanowiłam ją jakoś uzdatnić. Jako, że do spinki najlepiej pasuje mi haft koralikowy, więc powstało coś takiego:


Niestety asortyment koralików w kolorach dżinsowych nie powala na kolana, musiałam więc czymś tę przestrzeń wypełnić. Różnych mniejszych i większych kawałków dżinsu z odzysku u mnie cały wór, więc sprawa była prosta. Mój wybór padł na kawałek nogawki z męskich dżinsów, które kiedyś musiałam skrócić. No i postanowiłam go udrapować, tak jak robi się to z jedwabiem shibori. Pomysł trochę szalony, bo materiał gruby i sztywny, ale ja przecież nie znam słowa: "nie da się". Tak to wygląda z bliska:


Jak widzicie w fale powstałe z drapowania wszyłam trochę białych perełek. Bardzo lubię zestawienie klasycznego dżinsu z białymi perełkami. Dlatego też na jednym z końców dżinsowego shibori umieściłam duży akrylowy kaboszon imitujący perłę obszyty koralikami:


Z drugiej strony przyszyłam rivoli w kolorze Montana Blue, oczywiście też w oprawie z koralików:


Pozostałe puste miejsca wypełniłam koralikami:


Całość przykleiłam do starej spinki, a od spodu dałam granatowe Super Suede. Stara baza była tak gruba, że murek wokół musiałam zrobić z koralików 8/0.


Gotowa spinka jest duża i dość ciężka, ale na szczęście jakoś daje radę i trzyma się na włosach.


Wreszcie mam spinkę do dżinsowych stylizacji, a przy okazji udowodniłam, że do drapowania nadaje się nie tylko jedwab shibori, ale może to być również gruby dżins. To taki wstęp do tematu, bo już od dawna chodzi mi po głowie drapowana skórka :)

No to jeszcze użyte materiały: stara spinka do włosów, kawałek dżinsu z nogawki męskich spodni, granatowe Super Suede na spód, rivoli Swarovskiego 12 mm w kolorze Montana Blue, biały akrylowy perłowy kaboszon o średnicy 20 mm, szklane perełki: białe 4 i 2 mm oraz ryż 4x6 mm i granatowe 2 mm oraz koraliki: Super Duo: Pastel Montana Blue, Luster-Metalic Blue i Pastel White; Matubo 7/0 Luster-Metalic Blue, i TOHO: Treasure 12/0: Opaque-Lustered White, Inside-Color Crystal-Metallic Blue-Lined i Galvanized Peacock Blue; Round: Silver-Lined Milky Montana Blue (15/0, 11/0 i 8/0) i Opaque-Lustered White (15/0). Nici One-G. 

piątek, 3 lipca 2015

Wracając do bransoletek...

...dziś pokażę tylko jedną, ale za to "na bogato". I w dodatku nie z ogniwek, co nie znaczy, że z nich rezygnuję, o nie, ale najpierw muszę pokazać wszystko to, co ostatnio zrobiłam, a teraz grzecznie czeka w kolejce, głównie "do fotografa" i potem do publikacji. Trochę się tego nazbierało.
Dziś będzie kolejny element do mojej morskiej kolekcji, bo stwierdziłam, że bransoletek jest w niej zdecydowanie zbyt mało ;-)
Do rivolkowego kompletu potrzeba mi było czegoś bardziej błyszczącego, jak zwykły bead crochet. Myślałam nawet o Caprice, ale uznałam, że aż tak bogato być nie musi. Już dawno chciałam zrobić kolejną flat spiral, bo jak dotąd popełniłam tylko jedną, a bardzo podoba mi się ten wzór. Nie podoba mi się tylko jak układają się koraliki przy samym zapięciu, dlatego moja flat spiral nie ma zapięcia. Zrobiłam ją na okrągło jako bangle. To, że lubię tego typu bransoletki chyba można zauważyć, bo stale je robię. Jest kilka przyczyn: po pierwsze - do szału doprowadza mnie, kiedy bransoletka ucieka mi przy próbie samodzielnego jej zapięcia (bo na pomoc nie mam co liczyć), a te łatwiejsze do zapięcia również łatwiej się rozpinają w sposób niekontrolowany; po drugie - bangle ładniej układają się na nadgarstku; poza tym zapięcia są zazwyczaj metalowe, a to drastycznie zwiększa ryzyko uczulenia i w konsekwencji wysypki .
Oto więc moja bangle flat spiral:


Pomimo, że szyłam ją nićmi, a nie żyłką, to jest dość sztywna i bardzo ładnie trzyma kształt. Myślę, że nie bez znaczenia jest też tu udział fasetowanych kryształków, a nie kuleczek.


Jako się rzekło bransoletka powstała jako uzupełnienie do rivolkowego kompletu:


Na koniec jeszcze materiały: Fire Polish 6 mm Aquamarine i 3 mm Capri Blue AB, koraliki TOHO 11/0 Inside-Color Aqua-Capri Lined, nici OneG.