Moi obserwatorzy

piątek, 29 sierpnia 2014

Piąte urodziny Koralikowej Weraph

Dziś będzie nietypowo.
Dopiero co uszyłam i opublikowałam kwiatuszki według wzoru Weraph, a tu dosłownie chwilę później Ona pochwaliła się 5 rocznicą swojego bloga i ogłosiła:


To chyba jakaś telepatia, albo może przeznaczenie... Blog Weroniki był jednym z pierwszych, które zaczęłam pilnie śledzić, na długo przed tym, zanim sama zdecydowałam się wkroczyć do blogosfery. To tam dowiedziałam się do czego służą sznury bead-crochet, dlaczego TOHO i wielu, wielu innych ważnych rzeczy, które teraz wydają mi się oczywiste. Zresztą większość moich "pierwszych razów" miało swoje korzenie właśnie tam. Mój pierwszy sznur, pierwsza kulka, pierwsze wachlarze, oplecione kaboszony i rivoli, pierwsze projekty w DB-Bead i ... mogłabym jeszcze długo tak wyliczać. Podejrzewam, że również większość z Was mogłaby to samo powiedzieć o sobie. Co tu dużo mówić, koralikowy świat nie byłby taki jak jest bez bloga Weraph i jej projektów.
Dlatego postanowiłam zadedykować te kwiatuszki właśnie Weronice, jej projektom i blogowi, bo bez nich pewnie nie byłoby mnie i moich koralików tutaj dzisiaj.

Wszyscy mają kwiatki...

...mam i ja.
Oczywiście kwiatki z Rose Petals według tego projektu Weraph. Miałam na nie ochotę od samego początku, od kiedy Weronika pokazała swoje pierwsze kwiatuszki, ale że ja wybredna jestem, to sporą chwilę zajęło mi zdobycie zestawu płatków, które w pełni by mnie zadowoliły.
W końcu zdecydowałam się na przezroczyste akwamarynki. Oczywiście jak to u mnie musiał powstać komplecik - kolczyki i wisiorek:


Komplecik dołączył do całkiem pokaźnej już kolekcji w kolorach morskich, od której zaczęła się moja koralikowa przygoda i którą regularnie uzupełniam o kolejne elementy. W tym miejscu uświadomiłam sobie, że jeszcze nie pokazywałam na blogu ani jednego z nich (!). Koniecznie muszę to nadrobić. Jednak uważam, że temat zasługuje na odrębnego posta, dlatego dziś pokażę tylko kwiatuszki.


Uszyłam je wczoraj i przyznam się wam, że nie pamiętam, żeby kiedyś już tak źle mi się szyło. No po prostu nic mi wczoraj nie wychodziło. Najpierw miałam problemy z nitką - zaczęłam najcieńszą Nymo, ale kiedy trzeci raz przecięła mi się na dziurce koralika - wymieniłam na Tytan80 i ta na szczęście dała radę. Potem jeszcze złamałam moją najcieńszą igłę. Wszystko mi się rozjeżdżało w rękach, przyszywałam 5 koralików i odkładałam na bok... W rezultacie zaczęłam rano, a skończyłam późnym wieczorem, choć samego szycia to może pół godziny było. Na szczęście jednak w końcu dałam im radę.


Sam tutorial Weroniki okazał się genialny (podobnie zresztą jak inne jej autorstwa), taki jak lubię - prosty, bez zbędnego wodolejstwa, właściwie to sam schemat - i o to chodzi. Nie przepadam za korzystaniem z cudzych wzorów, ale czasem robię wyjątki, tak jak tym razem. Odrobinę zmodyfikowałam tylko sam sposób wykonania zachowując oryginalny schemat i podobnie jak wiele z was wcisnęłam jeszcze kryształek do środka, żeby taka pusta czeluść na mnie nie ziała.
Wisiorek wykonałam z większych płatków i dodałam posrebrzaną prostą krawatkę. Na razie zawiśnie na grubym granatowym rzemieniu:


Kolczyki z mniejszych płatków zawisły na wypróbowanych biglach ze stali chirurgicznej:


Kwiatuszki okazały się również wyjątkowo nieprzyjemne do fotografowania. Bardzo trudno było mi pogodzić mocno przezroczyste płatki i koraliki FP z powłoką AB przy koczykach. Nakombinowałam się przeokrutnie.
Próbowałam i w słońcu:


I w cieniu:


Niestety w każdym przypadku są jakieś przekłamania. W słońcu kolory są bliższe prawdy, ale za to jest mnóstwo odblasków i cieni, w cieniu natomiast "uciekał" mi prawdziwy odcień błękitu. Może w namiocie bezcieniowym byłoby trochę lepiej, ale nie posiadam takowego. Dodatkowo jeszcze bloger coś przekombinował (choć mam wyłączoną opcję "poprawy" zdjęć) i jeszcze bardziej "rozwalił" kolory :(

Wykorzystane koraliki to: Rose Petals Aquamarine 8x7 (kolczyki) i 14x13 mm (wisiorek); Fire Polish Capri Blue 4 mm (wisiorek), 6 mm (środek wisiorka) i FP 3mm Capri Blue AB (kolczyki); TOHO Inside-Color Aqua-Capri Lined 15/0 (kolczyki) i 11/0 (wisiorek); krawatka posrebrzana, bigle ze stali chirurgicznej. Wzór pochodzi stąd.

środa, 27 sierpnia 2014

Piąty element - muszelka

I znowu wyzwanie. Ale tym razem to nie ja je znalazłam, tylko ono mnie.
Pewnego razu znalazłam na G+ imienne zaproszenie do udziału w "trudnym wyzwaniu". Wiem, że niektóre z was również je otrzymały. Zaproszenie było na tyle intrygujące, że zajrzałam. Okazało się, że do 4 podanych przez organizatorów wyrazów należy dopasować piąty i wykonać pracę na ten temat. Oto te wyrazy:


Moje skojarzenie było natychmiastowe - przecież to muszelka! Dlaczego? Już wyjaśniam:
Są wakacje (jeszcze). Dzieci wesołe, z uśmiechem na twarzy brodzą w płytkiej wodzie szukając kolorowych kamyków i muszelek. A górale tak sobie je (muszelki) upodobali, że dekorują nimi swoje kapelusze.
A więc muszelka. Tak się złożyło, że nawet miałam jedną w swoich zbiorach, którą zakupiłam jeszcze przed poprzednim latem, ale nie zdążyłam jej dotąd oprawić. Największą trudnością okazał się brak czasu - ledwo udało mi się zdążyć.

Moja muszelka to połówka muszli przegrzebka oprawiona w koraliki w kolorach piasku z plaży, czyli kremowo-złotych.


U góry umieściłam peyotowy tunelik, przez który przeciągnęłam złoty rzemyk i tak powstał muszelkowy naszyjnik.


Wierzchnią część muszli wykończyłam dodatkowo złotymi perełkami.


Muszelka została obszyta, nie obhaftowana, bez użycia podkładu. Dzięki temu od spodu widoczne jest jej wnętrze. Pozwoliło mi to na mały żarcik. Spód naszyjnika wygląda tak:


Czyli jest dwustronny: na elegancko i na wesoło; takie "2 w 1". Duża ruda perełka wisi luźno i przy każdym ruchu lekko grzechocze.
Naszyjnik zgłaszam na Trudne Wyzwanie Craft Style:


Na koniec jeszcze raz muszelka wyzwaniowa na moim dyżurnym tle muszli Paua:


Użyte koraliki: TOHO Treasure Opaque-Lustered Lt Beige, 15/0 PF-Matte Galvanized Starlight i złote szklane perełki 2 i 3 mm oraz ruda perełka 10 mm.
Wymiary wisiorka: 4 cm (szerokość) na 5 cm (długość wraz z krawatką).

wtorek, 26 sierpnia 2014

Żeglarsko

Wakacje się kończą, dzieci wróciły do domu i skończył mi się niczym nieograniczony dostęp do komputera i internetu. Pozostały mi w zasadzie tylko poranki. A ja jeszcze chciałam pokazać coś w związku z wakacjami.
Moje dziewczyny (te dwie młodsze) były w tym roku na obozie żeglarskim na Mazurach. Z tej okazji postanowiłam zrobić im coś, co je wyróżni z tłumu. Padło na marynarskie bransoletki. A kiedy okazało się, że w sumie będą ich tylko 4 dziewczyny, to zrobiłam 4 bransoletki. Prawie identyczne. Oto one:


Do ich wykonania odkurzyłam dawno nie używany dysk kumihimo - już prawie zapomniałam jak to się fajnie plecie. Zrobiłam je najprostszym w świecie okrągłym splotem z 12 sznurków. Kolory oczywiście klasycznie marynarskie, choć dziewczyny pierwsze skojarzenie miały z francuską flagą. Jako atrybuty żeglarskie musiały być przede wszystkim wodoodporne, dlatego wykonałam je z cienkiego (1 mm) sznurka nylonowego. Można je do woli moczyć i prać (wiem, bo kiedyś już to przetestowałam).


Bransoletki są bardzo delikatne i lekkie. Ich grubość to raptem ok 5 mm. Wklejone w posrebrzane końcówki, zapinane na karabińczyk. No i oczywiście zawieszka w marynarskim klimacie. Najmniejsza, jaką udało mi się znaleźć - koło sterowe. Z tego, co wiem zostały ciepło przyjęte. No, to jeszcze raz razem:


Bransoletki powstały już prawie trzy tygodnie temu, ale jakoś wcześniej się nie złożyło, żeby je pokazać.

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Wesoła sówka

Pamiętacie tę bransoletkę z sówkami? Właśnie dostała towarzystwo.
Bransoletka była prezentem imieninowym dla mojej najmłodszej córki. Niedawno były jej urodziny więc postanowiłam kontynuować temat i dorobiłam do kompletu naszyjnik. A właściwie to wisiorek zawieszony na grubym sznurku lakierowanym. Prezent wręczony i zaakceptowany, więc już go mogę pokazać :)


Kiedyś, na początku swojej drogi koralikowej natknęłam się, nawet kilkakrotnie, na taką sówkę zrobioną z rivolek. Niestety nie zapisałam żadnego adresu i teraz, kiedy zdecydowałam się sama taką zrobić to oczywiście wszystkie jakby nagle zapadły się pod ziemię - nie znalazłam żadnego porządnego zdjęcia. Musiałam mocno wytężyć pamięć i sporo poimprowizować. Popełniłam kilka błędów, ale i tak sówka wygląda chyba całkiem nieźle. Starałam się utrzymać kolorystykę i podstawową formę podobną do tej z bransoletki. Z kolorami było znacznie łatwiej, choć i tak okazało się, że mam pewne "braki magazynowe", a na uzupełnienia już za późno. Jednak udało mi się jakoś z tego wybrnąć. Zdecydowanie trudniej było zachować kształty. Tym bardziej, że na brzuszek udało mi się zdobyć tylko okrągłą rivolkę, choć zdecydowanie lepszy byłby trójkącik czy choćby łezka.


Oczy zrobiłam z czarnych rivolek oprawionych w kremowe koraliki. Niebieska "grzywka" stanowi jednocześnie krawatkę, na której wisi sówka. Brzuszek to jasno fioletowy kryształek (powinien być trochę większy, ale cóż...) oprawiony też w jasnofioletowe koraliki. Skrzydełka i nóżki z metalicznych ciemnofioletowych koralików. Wykorzystałam mniej więcej te same kolory, co w bransoletce.
Sówka jest przeznaczona dla jeszcze całkiem młodocianej dziewczynki, dlatego musiała być niezbyt duża. Ma ok. 4 cm długości i niecałe 3 cm szerokości.


Tradycyjnie pokazuję również "plecki" (oczy wyjątkowo bez zabudowanego tyłu):


Wykorzystane materiały: Rivoli Swarovskiego: Opaque Jet 8 mm i Tanzanite F 12 mm, koraliki TOHO: 15/0 w kolorach: Opaque-Lustered White i Inside-Color Crystal-Purple Lined; Treasure 12/0 w kolorach: Opaque-Lustered Navajo White i Transparent Crystal oraz 11/0 w kolorach: Higher-Metallic Grape i Inside-Color Crystal-Neon Ice Blue Lined. Sznurek lakierowany w kolorze ciemnofioletowym, wykończenia posrebrzane.

środa, 20 sierpnia 2014

Szyję z sutasz.info

Tak, też mam wrażenie, że zwariowałam. Przecież nie jestem sutaszystką, a porywam się na sutaszowe wyzwanie. Zamiast trawę kosić, albo smażyć powidła, ja sznurki zszywam. No dobra, nie jest aż tak źle: trawa skoszona (póki co), powidła się smażą, ale i tak uważam, że mi kompletnie odbiło.
A wszystko przez te Maki. Spytacie co mają wspólnego koralikowe maki z sutaszem? No, ja po prostu nie mogę zbyt długo siedzieć nad jedną rzeczą, bo zaczynam fiksować. Łapie mnie jakaś szalona, niczym nieuzasadniona wena z przymusem natychmiastowej wykonalności. Bronię się jak mogę, ale nie zawsze się udaje. Kilka razy się złamałam, choćby w przypadku łowickiej bransoletki. W tym przypadku udało mi się jednak jakoś przetrwać, ale zaraz po zakończeniu maków musiałam, no po prostu musiałam złapać za sznurki...


Na to wyzwanie trafiłam przypadkiem na blogu Kadoro, jakieś dwa tygodnie temu. Pomysł napadł mnie chwilę później...
Wiosną zeszłego roku zauroczona urodą malowanych pastylek z masy perłowej zrobiłam sobie taki prosty (choć wcale nie skromny) komplecik:


Bardzo mi przypasował do dżinsowej letniej sukienki. Ale masa perłowa jest mało pancerna i jedna z pastylek w bransoletce została lekko kontuzjowana po gwałtownym kontakcie z podłogą. Wymieniłam ją na nową, a tę odpryśniętą postanowiłam reanimować koralikami. To było już chwilę temu, ale teraz sobie o niej przypomniałam.
Sutasz nie jest moją specjalnością, mam co do niego dość mieszane uczucia. Ale moja najstarsza córka stwierdziła, że jej się to podoba i to ona zmobilizowała mnie do spróbowania. Powstały dwa komplety: pierwszy z turkusami, taki próbny dla mnie i drugi z lawą dla prowodyrki. Było to ponad rok temu. Oba można zobaczyć tu. Potem nawet nabyłam co nieco sznurków, ale za szycie ich się już nie zabrałam. Do teraz.

Oto moja interpretacja wyzwaniowego tematu:


Wisior ma być alternatywą dla naszyjnika z powyższego kompletu, dlatego musiałam zachować kolorystykę. Czyli: biel, złoto i perły. Najpierw obszyłam pastylkę koralikami - białymi z delikatnym złotym akcentem - dość szeroko, żeby zakryć ubytek. Jak zwykle miałam problem z wyborem "prawej" strony, dlatego oprawa jest dwustronna. Otoczyłam ją sznurkami według wyzwaniowych wytycznych. Dla lekkiego złamania koloru dodałam jeden sznurek jasnoszary, mimo to po wykonaniu pierwszego etapu wisior zrobił się taki jakiś... ślubny. Dlatego w ostatniej chwili zdecydowałam się jeszcze na niebieski akcent. Krawatkę wyplotłam peyotem z 15-tek.
Wisior jest całkiem spory. Jego wymiary to: 6 cm (długość wraz z krawatką) na ok 4,5 cm (szerokość).


No i tył. Żal mi było zasłaniać tę piękną masę perłową, dlatego podklejenie jest najmniejsze z możliwych i nieobszyte koralikami. Tyle tylko, żeby schować końcówki sznurków. Wykonałam go z jasnobeżowego Supersuede.


Długo zastanawiałam się na czym go zawiesić. Przymierzałam wiele różnych rzeczy. W końcu zdecydowałam się na prostą złotą obróżkę z linki jubilerskiej, ale krawatka ma na tyle duży prześwit, że zmieściłby się też np. rzemień, to na wypadek gdyby mi się odmieniło.
Największą trudnością w całej tej zabawie okazało się trzymanie się zadanego schematu. Cały czas korciło mnie , żeby coś zmienić, dodać... Chyba rozumiem, dlaczego większość sutaszowych dzieł jest tak mocno rozbudowana - to po prostu się samo o to prosi :)
Jeśli chodzi o stronę techniczną to jest krzywo, nawet bardzo, ale do sutaszu potrzeba dużo wprawy, której ja nie mam ani trochę, bo i skąd? Pomimo, że sznurki jeszcze się mnie słuchają i tak jestem z siebie dumna. W końcu to ja będę go nosić, a mnie to nie przeszkadza. Zresztą z daleka wygląda całkiem nieźle :-D


Może jednak zacznę szyć sutasz? Kto wie...
Trochę się przerobiłam z tym złotym sznurkiem. Nie dość, że jest znacznie cieńszy i węższy od pozostałych, to jeszcze nie jest on metalizowany, tylko metaliczny - upleciony z metalicznych paseczków, w dodatku dość gęsto. Ciężko było przejść przez niego igłą, nie mówiąc już o równym złożeniu go z innymi.
Aparat bezlitośnie obnaża wszelkie niedociągnięcia, nawet te, których gołym okiem nie widać. Poza tym jest tak beznadziejna pogoda, a co za tym idzie - światło, że więcej zdjęć dzisiaj nie będzie. A tak w ogóle to tył wygląda równiej niż przód - to przez ten złoty sznurek, który "uciekł" mi trochę wgłąb.
Jak teraz patrzę na ten naszyjnik to widzę, że też nieźle by pasował do tego złotego kompletu. To byłby już trzeci :)
Materiały: okrągła pastylka masy perłowej malowanej w niezapominajki o średnicy 30 mm; szklane białe perełki 8 mm; sznurki sutasz: biały, jasnoszary, złoty i niebieski; koraliki TOHO w kolorach: Opaque-Lustered White (Treasure i 15/0) i PFG Starlight (15/0 i 8/0); złota obróżka z linki jubilerskiej.
Wisior oczywiście zgłaszam na wyzwanie "Szyję z sutasz.info - Tutorial Wisior".

sobota, 16 sierpnia 2014

Maki

Wreszcie je skończyłam, choć chwilami miałam wątpliwości czy uda mi się to kiedykolwiek. To najbardziej czasochłonny projekt biżuteryjny, jaki kiedykolwiek zrobiłam. A wygląda tak niewinnie...
W związku z tym, że tak wolno mi przybywało - pokusiłam się po raz pierwszy o oszacowanie czasu pracy i doznałam szoku. Nie uwzględniając projektu, opracowania schematu, zakupu materiałów, ani różnych losowych przypadków typu pomyłka czy zerwana nitka - wyszło mi, że czas minimalny potrzebny na uszycie tego kompleciku to 25 godzin! A rzeczywisty to z pewnością ponad trzydzieści. Najwięcej czasu zajęło mi wykonanie płatków, a jest ich tu 47, każdy szyty osobno.
Ale dość tego biadolenia. Skończyłam i to jest teraz najważniejsze.

Założenie było dość proste - miały być maki: płaskie i z kryształkiem w środku, zawieszone na sznurach szydełkowych. Schody zaczęły się przy próbie pogodzenia 5-cio krotnych makowych kwiatów z 7, 8 lub 9-cio krotnością oprawy kryształków. Ostatecznie zdecydowałam się moje maki trochę zmutować i tak mają one po: 7, 8 lub 9 płatków, w zależności od wielkości rivolki w środku.
Komplet składa się z naszyjnika, kolczyków i bransoletki (ostrzegam! będzie bardzo dużo zdjęć):


Najważniejszym elementem jest naszyjnik. Składa się on z 3 kwiatków: w środku największy - 9-płatkowy na 14 mm kryształkach i po bokach dwa 8-płatkowe na 12 mm kryształkach. Kwiatki są płaskie, ale nie plaskate. Każdy z płatków zrobiony jest niezależnie i są one na tyle szerokie, że trochę na siebie zachodzą, dzięki czemu udało mi się zyskać pewną plastyczność. Kwiatki połączone są ze sobą koralikową zieloną siateczką. Nośnikiem jest sznur szydełkowo-koralikowy na 6 w rzędzie (5a,1b):


Do kompletu są kolczyki:


Na 10 mm kryształkach, 7 płatków. Starałam się zrobić je jak najmniejsze i dlatego tu płatki nie zachodzą na siebie. Zawieszone na biglach srebrnych bardzo mocno oksydowanych, które zaczepiłam z tyłu kwiatka:


No i jest jeszcze bransoletka:


Średni kwiatek, taki sam jak boczne w naszyjniku (12 mm, 8 płatków). Na podwójnym sznurze koralikowym. Z bardzo wygodnym zapięciem typu slide:


A teraz jeszcze od kuchni. Własnie zorientowałam się, że mam tylko jedno zdjęcie moich "rivolkowych plecków". No, to już się poprawiam.
Kolczyki:


Naszyjnik (widać siateczkę, która stanowi spoiwo dla kwiatków i do niej też przyczepiony jest sznur nośny):


Bransoletka (sznury nośne przewlekłam przez peyotowe tuneliki - jakby co, to kwiatka można ściągnąć):


To na koniec jeszcze raz zbiorczo:


I jeszcze raz:


I wykorzystane materiały: Rivoli Swarovskiego w kolorze Peridot 10, 12 i 14 mm, końcówki do sznurów metalowe w kolorze czarnym, zapięcia (karabińczyk i slide) z powłoką gunmetal, bigle angielskie srebrne oksydowane i koraliki TOHO: Opaque Pepper Red 11/0 i 15/0, Treasure Opaque Jet i 15/0 Opaque Jet i Opaque Mint Green. Aha jeszcze 11/0 Silver-Lined Siam Ruby (paseczek w sznurach).

piątek, 8 sierpnia 2014

Dopełnienie czerni

Kiedy zamawiałam ostatnie materiały wykończeniowe do pracy, którą powinnam była już dawno skończyć, to wrzuciłam też do koszyka paczuszkę czarnych koralików. Listonosz zastał mnie przy kosiarce... Miałam ambitne plany w tym temacie, ale kiedy usiadłam po obiedzie, to nie wytrzymałam i zaczęłam nawlekać te koraliki. W końcu trawa nie zając, nie ucieknie ;-). Tak się rozpędziłam, że przed północą naszyjnik był gotowy. Wreszcie moja szyja nie będzie czuła się już taka goła...
Naszyjnik noszony jest przeze mnie już od paru dni, ale trawa faktycznie nie uciekła i dlatego zdjęcia udało mi się zrobić dopiero dzisiaj i to też tylko dzięki temu, wczoraj wieczorem i w nocy lało, więc wszystko mokre jak diabli.

Oto on:


Naszyjnik jest bardzo prosty, można powiedzieć, że wręcz ascetyczny, ale takie było założenie - ma być tylko dopełnieniem całości, a nie dominować. Jest dość krótki, ale nie za ciasny. Wisi blisko szyi, ale jednak wisi.


Jedynym elementem ozdobnym jest zapięcie, które już od dawna czekało na godne towarzystwo:


Więc gdyby się przypadkiem na szyi przekręcił to wstydu nie będzie:


Oczywiście jest on dopełnieniem do tych kolczyków:


A i z łowicką bransoletką kłócił się nie będzie:


Naszyjnik wydziergałam sznurem zwykłym na 7 koralików Preciosa round 12/0 (choć ja bym je określiła raczej jako 13/0) w kolorze Opaque Jet. Zapięcie zintegrowane z końcówkami z powłoką gunmetal.

Musicie wybaczyć mi dość kiepskie zdjęcia, ale światło dziś jakieś takie bez głębi, a namiotu bezcieniowego niestety nie posiadam.