Moi obserwatorzy

środa, 30 lipca 2014

Niecodzienne spotkanie

Dziś rano byliśmy świadkami takiego oto spotkania:


Nasz pies nie do końca był pewien, czy się bać, czy może spróbować się pobawić. W każdym razie obie strony były jednakowo zaciekawione:


Jak już się poobwąchiwały, to zaczęły się gonić tam i z powrotem wzdłuż płotu jak psy :) Niestety nie byłam w stanie tego sfotografować, bo co rusz uciekały mi z kadru.
W końcu daniele zdecydowały się pójść dalej. Ale jak zobaczyły, że zmierzam w ich stronę z aparatem, to poczekały na mnie, żeby mi jeszcze raz zapozować. Robiąc to zdjęcie byłam ok. 5 m od nich.


Daniele pojawiły się w naszej okolicy ostatniej zimy. Na początku była to mamusia z dwoma synkami, Na wiosnę dołączył do nich tatuś. Widziałam go jeszcze z zeszłorocznym porożem i wiem, że to co teraz ma głowie to nie jest nawet jeszcze połowa. Jesienią będzie naprawdę imponujące. Dziś odwiedził nas tatuś z jednym z synków.
Rodzinka prawdopodobnie uciekła z pobliskiej zagrody, ale nikt ich nie próbuje odzyskać. Cóż, wykarmienie takiego stadka nie jest tanie... U nas w paśniku zimą zawsze się coś znajdzie, a łąka obok duża i spokojna, więc chętnie nas odwiedzają. I daniele, i sarny i wiele innych zwierząt.

poniedziałek, 28 lipca 2014

Kolczyki trochę z przypadku

Po pierwsze chciałam wam bardzo podziękować za całe mnóstwo komentarzy pod poprzednim postem. Naprawdę nie spodziewałam się tak gorącego przyjęcia mojej bransoletki. Wasze opinie są bardzo budujące i dopingują mnie do dalszych działań. A oto co z tego wynikło:
Wczoraj, po obiedzie zasiadłam sobie przed telewizorem. A tam kolarze spokojnie, żeby nie powiedzieć leniwie zmierzają do mety w Paryżu. Żadnych emocji, żadnego pchania telewizora. Trzeba było czymś ręce zająć. A że nie zdążyłam jeszcze schować majdanu po łowickiej bransoletce, to wysypałam koraliki i zaczęłam nawlekać, potem igłę zamieniłam na szydełko i z tego wszystkiego niespodziewanie, wręcz trochę niechcący wyszło mi to:


A wszystko przez to, że po skończeniu wspomnianej bransoletki zorientowałam się (o zgrozo!), że nie mam wśród swojej biżuterii nic czarnego. Owszem jest trochę hematytu, ale hematyt to jednak nie to samo co czarny. Czarny jest onyks, albo koraliki opaque jet. Więc aby naprawić to rażące niedopatrzenie wydziergałam sobie kolczyki. Czarne. I z onyksem. To, że nie zabrałam się od razu za naszyjnik spowodowane jest tylko i wyłącznie brakiem odpowiedniej ilości koralików. Ale to na szczęście da się naprawić.

Głównym elementem kolczyków jest kulka koralikowo-szydełkowa, z piętnastek oczywiście. Kulka ma średnicę ok 19 mm.


Jako, że nie przepadam za metalowymi czapeczkami na koralikach, tutaj z nich zrezygnowałam całkowicie. Jedynym urozmaiceniem kulki jest czarny szklany koralik w kształcie dysku powyżej kulki.


Zaś poniżej w formie dyndadełka wisi sobie kropelka onyksu. (Tu w kwiatach hortensji, która za żadne skarby świata nie chce mi kwitnąć na niebiesko)


Na razie zawisły na biglach ze stali chirurgicznej, bo akurat że nie miałam nic lepszego pod ręką. Na pewno zostaną one zastąpione przez jakieś srebrne, zapinane i mocno zoksydowane.
Kolczyki są leciutkie, choć ich długość bez bigla to aż 5 cm. Bardzo przyjemnie dyndolą się w uchu. (Z braku ucha musicie zadowolić się koreanką:)


Również nieźle prezentują się z bransoletką.


Coś mi się wydaje, że ten komplet będzie przebojem lata :)

Zdecydowanie dobrze czuje się w plenerze.
W gąszczu igieł jodełki koreańskiej:


Albo wśród owocków pigwowca, których czas nadejdzie dopiero późną jesienią i jeśli tylko uda im się dojrzeć zostaną przerobione na nalewkę:


Do wykonania kolczyków wykorzystałam koraliki TOHO 15/0 w kolorze Opaque Jet, kropelki naturalnego onyksu i szklane koraliki w kształcie dysku.

Na koniec jeszcze efektowny kwiatek, który właśnie się rozwinął w ogródku - krokosmia:


sobota, 26 lipca 2014

Na ludowo

Wprawdzie miałam odpuścić sobie wszelkie wyzwania na jakiś czas (choć pomysły kłębią się w głowie!), ale temu jakoś nie potrafiłam się oprzeć. Z czym się kojarzy Łowicz? Oczywiście z pasiakami i haftem. Haft łowicki występuje w dwóch odmianach: jedna z nich to taki w wycinankowym stylu z charakterystycznymi kwiatami i kogutkami, zazwyczaj symetryczny względem osi pionowej - to chyba ten bardziej znany. Ale mnie zdecydowanie bardziej podoba się ten drugi: dość realistyczne kwiaty (z dominującą różą) wyszyte pełnym haftem na czarnym tle, zdobiące spódnice, kapelusze, czy paski. Taki właśnie zainspirował mnie do wykonania dzisiejszej bransoletki, a konkretnie te piękne kwiaty wyhaftowane na szalu przez panią Mariannę Madanowską:


Klik w zdjęcie przeniesie was do jej pracowni. Zachęcam do obejrzenia prac pani Marianny. Są naprawdę piękne.
Ja postanowiłam zaadaptować ten motyw do sznura bead crochet. Jako, że szczegółów w nim dość sporo, więc bransoletka powstała z koralików 15/0 na 24 w rzędzie. Oczywiście metodą ukośnikową. Oto ona (z obu stron):



Wzór kwiatowy poprowadziłam spiralnie wzdłuż bransoletki, oczywiście nie mogło również zabraknąć motywu pasiaka.
Samo projektowanie było bardzo przyjemne. Schody zaczęły się przy nawlekaniu. Wzór nie ma żadnej powtarzającej się sekwencji, więc musiałam nawlec po kolei ponad 3 tysiące koralików i nie pomylić się. Wydruk sekwencji zajął mi 3 kartki! Życie uratował mi pasiak, który w naturalny sposób podzielił całość na rzędy. Opanowanie 24 koralików 126 razy to nie to samo co 3024 koralików na raz. Dzięki temu też podczas nawlekania udało mi się zauważyć, że na wydruku sekwencji brakuje mi jednej kolumny (zniknęła gdzieś między stronami) i zainterweniować w porę.
A tak wyglądały nawleczone koraliki. Totalny chaos, prawda?


A przy okazji: nie posiadałam w swoich skarbach cienkiego czarnego kordonka, więc musiałam nabyć ten. Porównałam go z moimi, tymi z wykopalisk i stwierdzam, że są identyczne.
Pełna obaw przystąpiłam do szydełkowania. I możecie sobie mówić, że mam masochistyczne skłonności, ale była to sama przyjemność. Naprawdę szydełkowało mi się cudownie i już mam pomysł na następnego takiego grubaska (oczywiście też z 15-tek). Wiem dla kogo, z jakim motywem i w jakiej kolorystyce, ale najpierw muszę pokończyć wszystko to, co mam pozaczynane :)
Ale wracając do łowickiej bransoletki. Starałam się umieścić na niej większość elementów znajdujących się na inspiracji.
Są więc oczywiście różyczki:


Kilka pąków i białe pięciopłatkowe kwiatki:


Żółte kuleczki w formie kłosa:


Kilka listków:


I oczywiście łowicki pasiak wijący się wokół bransoletki:


Wykończenia metalowe w kolorze czarnym, zapięcie typu toogle w kolorze gunmetal. Wykorzystane koraliki to TOHO 15/0 w kolorach: Opaque Jet, Opaque Cherry, Opaque-Frosted Terra Cotta, Opaque Sunset Orange, Opaque Dandelion, Opaque-Lustered White, Opaque Mint Green i Opaque Pine Green.

Bransoletkę zgłaszam na wyzwanie Kreatywnego Kufra - Podróże: Łowicz


W szale projektowania miałam ochotę od razu na kolczyki kulki i naszyjnik, ale nie mogłam się zdecydować jakie i chyba dobrze, bo bransoletka jest tak kolorowa, że do kompletu z nią pasować będą tylko proste czarne dodatki.
Miałam też ochotę zamieścić wzór na nią, ale jest on zbyt duży by zrobić z niego obrazek, a przy drukowaniu (również do PDF-u) występuje pewien problem, o którym pisałam wcześniej. Jak będzie trochę czasu, to spróbuję dogadać się z programem i wrzucić jednak ten PDF. Póki co, gdyby ktoś miał jednak ochotę, to mogę służyć wzorem w formacie .jbb (program jbead). To tyle na dzisiaj.

PS. Udało mi się w końcu przewalczyć problemy z wydrukiem. Wzór do pobrania pojawił się już w zakładce Moje wzory koralikowe.

Pajęczynka

Wczoraj były imieniny mojej średniej córki. Nie byłabym sobą, gdybym czegoś biżuteryjnego z tej okazji nie stworzyła. Jednak w tym przypadku nie było to takie proste. Uszy nie przekłute, biżuterii prawie w ogóle nie nosi, czasem tylko bransoletki i ewentualnie coś na szyję (od wielkiego dzwonu). A więc bransoletka, ale broń Boże nie zapinana, bo ona nie cierpi żadnych zapięć. I bądź tu człowieku mądry i pisz wiersze :)
Jak widzicie zadanie trudne. Bransoletka od początku do końca była konsultowana. Założenia pierwotne: ma być płaska, szeroka i oczywiście bez zapięcia. Czyli peyote. Początkowo miała być z pająkiem (krzyżakiem) na pajęczynie. Pająk (a właściwie pająki) i pajęczyna powstawały niezależnie, a dopiero potem miały być złożone w całość. Ostatecznie jednak doszłyśmy do wniosku, że pajęczyna wyszła bardzo fajnie, ale żaden z pająków do niej zbytnio nie pasuje. Dlatego powstała sama pajęczyna, a pająk ma być jakiś inny, jaki? jeszcze nie wiem, ale coś wymyślimy. Cała ta "akcja projektowa" zajęła nam z pół roku, jeszcze decyzja dotycząca kolorów, zaopatrzenie i szycie. Wszystko oczywiście na ostatnią chwilę.
Zdecydowałam się uszyć tę bransoletkę z koralików Toho Treasure licząc na to, że są równiejsze od Round, ale niestety bardzo się na nich zawiodłam. Wcale nie są równe, a te silver-lined to już w ogóle jakaś masakra. Jedyne co można im zapisać na plus to dużo większe dziurki jak w okrągłych, nawet w 11/0.
Pajęczynę zaprojektowałam w programie EasyBeadPaterns. Największa zabawa była z połączeniem obu końców, żeby uzyskać ciągłość wzoru. Tym bardziej, że niełatwo było dobrze oszacować obwód, a trzeba było zrobić to dość precyzyjnie. Pierwsza wersja okazała się zbyt luźna, druga za ciasna, dopiero za trzecim razem trafiłam. Było więc trochę prucia - bo żeby skrócić o 2 cm trzeba było spruć jakieś 5 cm i na nowo "trafić" z wzorem. Jednak dzięki temu mam 3 wersje (rozmiary) schematu na pajęczynę :)
No dobra, dość gadania. Oto rzeczona bransoletka:


A tak się prezentuje w miejscu docelowym, czyli na nadgarstku właścicielki:


Kolory bardzo trudne do sfotografowania - zestawienie koralików lustered i silver-lined. Mój aparat nijak nie potrafił złapać ostrości - wyraźnie dostawał oczopląsu. Faktycznie bransoletka błyszczy się dość mocno i powiedziałabym nieprzewidywalnie.
Wzorek całkowicie nieregularny, z każdej strony wygląda inaczej, dlatego wrzucam zestawienie widoków z różnych stron (a właściwie dookoła):


Wykorzystałam koraliki TOHO TT w kolorach Opaque-Lustered White i Silver-Lined Gray oraz białe nici Nymo. Ciekawe jak długo przetrwają? Zastosowany ścieg oczywiście peyote. Szerokość ok. 4 cm.

Oczywiście oprócz bransoletki był też torcik. Borówkowo-orzechowy z masą z serka mascarpone i bitą śmietaną.


Nie zdążyłam go nawet przełożyć na jakąś bardziej reprezentacyjną podkładkę, tak szybko znikał :)


Pycha.


Borówki, orzechy i tych parę poziomek na wierzchu oczywiście z własnego ogródka.

wtorek, 15 lipca 2014

Inne koraliki

Ostatnio niewiele biżuterii u mnie powstaje, ale słoneczko wróciło, burze nas omijają, a latem, kiedy jest pogoda to moje ręce i czas zajmują całkiem inne "koraliki". Tak się składa, że areał u nas spory, a na nim prym wiedzie nieźle "zaopatrzony" sad. Tak więc przedstawiam wam mój wczorajszy "udzierg":


Wiem, że blog miał być robótkowy, ale czyż domowe przetwory nie można podciągnąć pod robótki ręczne? wydaje mi się, że na upartego można...
Kiedy zakładaliśmy nasz sad, jako jedną z pozycji obowiązkowych posadziliśmy czerwoną porzeczkę. Ale kiedy zaczęła owocować okazało się, że nie ma zbytniego wzięcia... Robiłam z niej galaretki i dżemy, ale poza mną nikt ich nie jadł, a ze mnie to konsument raczej mało wydajny. Robiliśmy wino, ale okazało się zbyt kwaśne. Był też sorbet i choć został zjedzony to również bez rewelacji. Do konsumpcji bezpośredniej jest jej zdecydowanie za dużo. Dlatego w tym roku postanowiłam zrobić sok, a właściwie syrop, taki do herbaty lub naleśników.
Do tej pory syrop robiłam głównie z malin (ten to schodzi w każdej ilości), czasem z jeżyn czy wiśni. Wszystkie robiłam "na zimno", czyli zasypując owoce cukrem i czekając aż puszczą sok. Niestety z porzeczkami ta metoda nie przejdzie, trzeba było spróbować czegoś nowego.
Umyte i odszypułkowane porzeczki wsypałam więc do garnka, zasypałam taką samą (wagowo) ilością cukru, przykryłam, postawiłam na płytce, włączyłam na minimalne grzanie i... poszłam kosić trawę. Kiedy wróciłam owocki pięknie już pływały w soku. Odcedziłam, podgrzałam (ale nie zagotowałam) przelałam do butelek i voila! Jest bardzo gęsty i słodki, ale taki miał być. Dzięki temu po otwarciu będzie mógł długo stać, nawet poza lodówką. Zobaczymy czy się sprawdzi.
Zostały mi jeszcze do zagospodarowania odcedzone owocki. Chyba spróbuję zrobić z nich nalewkę.
A tak w ogóle to całkiem przyjemnie pozyskuje się sok ta metodą. Zastanawiam się, czy nie zainwestować w sokownik. Jak by nie było w kolejce czeka jeszcze aronia i dereń...

Dawno nie wrzucałam nic z ogródka, ale jakoś nie ma kiedy robić zdjęć.
Na pierwszy ogień irysy. Wprawdzie kupiłam cebulki jako białe, ale kolor mają tak piękny, że już im wybaczyłam:


A to jeden z najbardziej niefotogenicznych kwiatków jakie znam, choć sam kwiatek śliczny. Nie wiem jak nazywa się ten kaktus. Wiele lat temu (jeszcze mieszkałam w Krakowie) mama przyniosła mi sadzonkę, twierdząc, że pięknie kwitnie. Przez kilkanaście lat dbałam o niego a on nic. W końcu stwierdziłam, że nic z niego nie będzie, wyniosłam na poddasze, przez całą zimę nie podlałam ani razu, a on dalej żywy. Więc wiosną wystawiłam na balkon i wtedy zakwitł po raz pierwszy. Oczarował mnie. Teraz już kwitnie co roku, również robione przeze mnie sadzonki. Ma wielkie czerwone kwiaty, które w żaden sposób nie dają się sfotografować - płatki są pokryte jakimś woskiem, który odbija światło i zawsze wychodzą prześwietlone. Mimo to coś wybrałam:


I na tle białej kartki:


Jednak na żywo jest znacznie piękniejszy :)

PS. Dowiedziałam się, że jest to prawdopodobnie Epifilum. Wrzucam zdjęcie rośliny "matecznej", która już niestety przekwitła. Wiem, pokrój straszny, ale od paru lat przymierzam się do jej przesadzenia, tylko nie bardzo wiem jak się do tego zabrać :)) Bydle jest wielkie: najdłuższe "pędy" przekraczają metr długości :))


A jak już wlazłam na balkon z aparatem to jeszcze pokażę jedną z moich juk. W zeszłym roku żadna nie miała ani jednego kwiatka (przemarzły), za to w tym nadrabiają z nawiązką :)))


poniedziałek, 14 lipca 2014

Wbrew pozorom cały czas dziergam

No może nie w sposób ciągły, ale skutecznie robótką dziury czasoprzestrzenne zapełniam. Są takie sytuacje, kiedy tylko na drutach da się działać, więc działam, choć idzie mi trochę jak krew z nosa :-(
Mam rozpoczęte dwa projekty koralikowe i dzięki "przepięknej" pogodzie w ten weekend poszłam z nimi jak burza, tak, że mi się koraliki skończyły. Czekając na dostawę złapałam za mój granatowy sweterek. Dlatego ten post będzie całkowicie nie-biżuteryjny.
W tym momencie mam zrobione ok 25 cm sweterka. Może nie wygląda to imponująco, ale jeśli się popatrzy z trochę innej perspektywy to daje to ok. 120 rzędów x 285 oczek w części głównej (czyli tułowiu) i tyle samo rzędów na rękawach - wtedy brzmi to już znacznie lepiej.
Jak już kiedyś wspominałam idę na żywioł (czyt. improwizuję), dlatego całość robię symultanicznie: na jednym drucie mam tułów (czyli tył i 2 przody w jednym kawałku), a na drugim dwa rękawy i przerabiam je w miarę jednocześnie. W tym momencie wygląda to tak:

Tułów (ledwo się mieści na drucie):


Jeden z rękawów nawet lekko rozprasowałam, żeby lepiej było widać wzory:


Wracając do tempa dziergania. Zastanawiałam się dlaczego tak wolno mi idzie. W końcu jestem raczej doświadczoną dziewiarką, na drutach zasuwam od czterdziestu lat i idzie mi to dość sprawnie. Doszło do tego, że nawet włączyłam stoper. I okazało się, że zrobienie jednego rzędu tułowia (takiego bez przeplotów) zajmuje mi ok. 10 minut! Z przeplotami nawet 2-3 razy dłużej. Zaczęłam baczniej zwracać uwagę na co tracę tyle czasu i okazało się, że co najmniej połowa czasu schodzi mi na przesuwaniu oczek po drucie (a konkretnie z żyłki na drut). Kiedy nabrałam te 285 oczek na moje ukochane stare niemieckie druty (tak, znowu z NRD), okazało się, że nie mieszczą mi się na żyłce. Zakupiłam więc w pasmanterii takie z dłuższą żyłką, niestety bliżej nieokreślonego pochodzenia.
Przyjrzyjcie się na zdjęciu jak wygląda miejsce łączenia żyłki z drutem - u góry te z pasmanterii, na dole - stare niemieckie. Myślę, że komentarz jest zbędny:


Nie muszę chyba dodawać, że przy rękawach robionych na tych drugich drutach nie mam żadnego problemu.
Swoją drogą mam te druty kilkadziesiąt lat, a dopiero na fotografii makro zauważyłam, że jest na nich wybity rozmiar... a ja zawsze posiłkowałam się suwmiarką.

Na koniec mam dla was prezent-niespodziankę. Widzicie na górze, przy samym drucie motylki? Mam dla was schemat na nie. Wzór jest naprawdę prosty. Wymyśliłam go robiąc ten sweterek i na wszelki wypadek zapisałam, żeby nie zapomnieć. Oto on:


Zrobiłam nawet próbkę z jaśniejszej włóczki, żeby lepiej było go widać.


Jeśli macie jakieś wątpliwości, to pytajcie. Na pewno odpowiem.

poniedziałek, 7 lipca 2014

Cieniowane kulki

Męczyło mnie to, od kiedy rozkminiłam o co chodzi z tymi wężami szydełkowo-koralikowymi, czyli tak jakby od zawsze. Mój pierwszy komplet tą techniką pochodzi jeszcze sprzed "epoki TOHO" i korzystając z porad Weroniki wykonałam go na cieniowanym kordonku z bezbarwnych koralików. Od razu próbowałam zrobić też kulki, ale moje ówczesne umiejętności nie dały mi niestety takiej szansy. Dzisiaj zdecydowanie bogatsza w wiedzę i doświadczenia w końcu zrealizowałam ten pomysł.
Kordonek, którym dysponowałam jest dość gruby, ale miałam tylko taki, dlatego dopasowałam koraliki do kordonka i kulki zrobiłam z gigantycznych TOHO 8/0. Naprawdę jeszcze nie szydełkowałam tak wielkimi koralikami. Mimo to kulki wyszły dość "rzadkie", ale akurat w tym przypadku to nawet fajnie wygląda, więc nic nie poprawiałam.
Czy jestem usatysfakcjonowana osiągniętym efektem? Sama nie wiem... Ale cieszę się, że w końcu je zrobiłam, bo chodziły za mną wystarczająco długo. Za to robiło się je naprawdę błyskawicznie :)
Oto moje cieniowane kulki:


Kulka - wisiorek ma prawie 3 cm średnicy i z każdej strony wygląda inaczej:


Krawatkę wyplotłam z tych samych koralików na tej samej nici (cieniowanym kordonku znaczy się) i żeby nie była za bardzo masywna zastosowałam dość ażurowy ścieg RAW4 - wydaje mi się, że wygląda nienajgorzej. Swoją drogą kilkakrotne przeciągnięcie tak grubej nici nawet przez dość spore dziurki koralików 8/0 nie jest wcale łatwe (kilka ofiar było = pękniętych koralików).


Kulki w koczykach mają trochę ponad 2 cm. Cały czas testuję bigle ze stali chirurgicznej i póki co się sprawdzają - żadnej reakcji alergicznej nie odnotowałam, więc chyba mogę z czystym sumieniem potwierdzić ich antyalergiczność.


Pasuje do nich bransoletka bangle, którą zrobiłam jakiś czas temu z 11/0 w tym samym kolorze i z tego samego kordonka:


Kulkę wisiorek można powiesić na starym cieniowanym sznurze, który jest bardzo długi (prawie lariat), więc może parę węzełków?


Tak przy okazji zauważyłam, że biel kordonka w tym sznurze jest jakby bardziej szara niż biała. Czy ktoś kiedyś próbował prać sznur szydełkowo-koralikowy? Nie? Ja chyba spróbuję ;-)

Użyte koraliki to TOHO 8/0 w kolorze Trans-Rainbow Crystal, poza tym: archiwalny cieniowany kordonek, metalowe nakładki i bigle ze stali chirurgicznej.

PS. Miałam napisać od razu, ale zapomniałam. Sorry, już się poprawiam. Kilka dni temu na blogu Biżuteria-blond pojawił się świetny tutorial na kulki, w sam raz dla początkujących. Poza tym znajdziecie tam mnóstwo różnych schematów. Polecam!

wtorek, 1 lipca 2014

Prezent dla młodej elegantki

Zanim przejdę do właściwego tematu jestem wam winna podziękowania. W poprzednim poście rzuciłam kilka pytań z założenia retorycznych. Tym czasem spotkały się one z olbrzymim odzewem. Dostałam od was mnóstwo rad, za które bardzo dziękuję i z pewnością przynajmniej niektóre z nich postaram się wykorzystać w przyszłości. To dla mnie bardzo budujące, bo oznacza, że statystyki wejść na bloga nie są tylko abstrakcyjną pustą liczbą, a wy naprawdę czytacie moje wypociny. Bardzo wam dziękuję, dzięki wam wiem, że warto się starać i nadal to ciągnąć!
A teraz do rzeczy.
Ostatnio zostałyśmy z córką zaproszone na 11 urodziny pewnej młodej damy, która jak każda dama lubi błyskotki. Tak się złożyło, że zaproszenie "wpłynęło" w ostatniej chwili i na wymyślenie, projekt i wykonanie  prezentu miałam raptem kilka godzin. Na szczęście była to niedziela, można było rzucić wszystko inne w kąt i dzięki temu zdążyłam!
Po bardzo krótkim namyśle zdecydowałam się wykonać szydełkowo-koralikowy komplecik: bransoletkę bangle i kolczyki kulki:


Postawiłam na bardzo delikatne, pastelowe kolory i do tego wcale nie różowe :)


Na połyskującym białym tle wyrosły niebieskie kwiatuszki z żółtymi środkami - prawie niezapominajki :)


Bransoletkę wyszydełkowałam prostym sznurem na 6 koralików i zszyłam. Zszywanie sznurów prostych wychodzi mi już naprawdę nieźle - sama nie potrafię znaleźć miejsca łączenia :)))


Obwód jest niewielki (niecałe 20 cm) w sam raz na delikatną dziewczęcą rączkę.


Kolczyki to kulki na ok. 12 cm plastikowych rdzeniach, oczywiście szydełkowe:


Które zawiesiłam na delikatnych srebrnych biglach angielskich i dodałam jeszcze malutką białą perełkę:


Okazało się, że idealnie pasuje tu jeden z woreczków, które dostałam od Preciosy:


I oto gotowy prezent, zrobiony w iście błyskawicznym tempie:


Został już wręczony i chyba nawet się spodobał, bransoletka pasuje na łapkę idealnie.

Wzór kwiatków - żadna rewelacja, pewnie można znaleźć mnóstwo takich w sieci, jednak ja nie miałam czasu na szukanie i szybciej było mi rozrysować je samodzielnie. Gdyby komuś miał się przydać to proszę bardzo.
Oto schemat bransoletki:


I kulki:


Moja kulka, która stanowiła rdzeń miała trochę ponad 12 mm średnicy, dlatego może okazać się, że do kulki dokładnie 12 mm trzeba "wyrzucić" jeden rządek (najlepiej nr 9).

Do wykonania kompleciku użyłam koralików TOHO 11/0 w kolorach: Opaque-Lustered White, Opaque Blue Turquoise i Opaque Sunshine oraz białych 4mm perełek.